One patrzą na facetów z wysoka. Dlaczego to kobiety chętniej jeżdżą konno niż mężczyźni?

Pasja do koni spowodowała, że warszawianka, Honorata Frukacz została właścicielką stajni. Większość osób, które odwiedzają jej ośrodek to kobiety.
Pasja do koni spowodowała, że warszawianka, Honorata Frukacz została właścicielką stajni. Większość osób, które odwiedzają jej ośrodek to kobiety. Fot. Honorata Frukacz
Rozmowa z tymi kobietami mnie zawstydziła, ale zaczęło się niewinnie. Po niedawnej wizycie w w jednej ze stajni postanowiłem sprawdzić, czy to prawda, że kobiety jeżdżą konno dużo chętniej od mężczyzn. Okazuje się, że to nie tylko moje wrażenie, ale fakt. Powodów takiej sytuacji jest kilka. I wcale nie są takie oczywiste.


Wyrzucić obornik z boksu? Przynieść siano? A do tego obok stoi pół tony mięśni, które mogą kopnąć. A trzeba je jeszcze wyszczotkować, osiodłać. Nie, to nie dla faceta. Oni wolą łapać pokemony, najlepiej nie wysiadając z auta...


– Na 30 koni, które są u nas, tylko trzy należą do mężczyzn, w tym jeden do mojego męża. Nawet on siada na konia raz do roku. Faceci są zbyt leniwi na konie – komentuje Honorata Frukacz, ze stajni „Rzeszyce”.

Krótkie sprawdzenie polubień na facebookowym profilu stajni i ponad 90 proc. to kobiety w bryczesach. Przypadek? Sprawdziłem kilkanaście innych podobnych fanpageów. I nie ma facetów!
Aleksandra Szulc, która prowadzi Sportowy Klub Jeździecki "Golden Dream" dodaje: – Jeździectwo, a szczególnie ujeżdżenie, jest taką dyscypliną, gdzie wciąż można coś poprawić. Doskonalić się. Wymaga cierpliwości, dystansu, spokoju i pokory. Natomiast mężczyźni chcą szybkich sukcesów i adrenaliny.

Szczęka po prostu opada
– Stworzyłyśmy nasze miejsce pracy. Mogłam robić coś innego w życiu, bo skończyłam stosunki międzynarodowe, ale pasja jest moją pracą – opowiada Aleksandra, która wraz z siostrą Joanną prowadzi klub w Feliksowie, wiosce pod Łodzią. Tutaj świat puka do jej drzwi.
Trenuje konie i jeźdźców z całego świata. Teraz są u niej dwie Amerykanki i mieszkaniec Hongkongu.


W jej rodzinie nie było tradycji konnych. Instruktorka pierwszy raz w siodle usiadła w wieku 13 lat, a już wkrótce jeździła wyczynowo.

– Rodzicom, którzy do mnie przychodzą z dziećmi w podobnym wieku mówię, że to zbyt późno, aby rozpocząć sportowe trenowanie – śmieje się.

Na początek nastolatkom Szulc wystarczały zwykłe stajenki do rozwijania pasji. Szybko okazało się, że w łódzkiem nie ma za bardzo miejsc do trenowania ujeżdżenia. Rodzice pomogli siostrom zakupić ziemię. Teraz...

– Pracę zaczynam o piątej rano od karmienia koni. Mamy 36 sztuk – dodaje.

Około godz. 10. śniadanie, a potem trening wierzchowców. Przerwa na obiad około 15-16.
Następnie do 22.00 treningi jeździeckie i znów zajmowanie się końmi. Dobrze jest, kiedy położę się spać o 23 – śmieje się.

Nie ma alergii na pracę
Praca przy koniach to ciężka harówka.

– Pierwszy raz na konia wsiadłam w wieku 6 lat. To było na Mazurach. Namówiła mnie serdeczna koleżanka. Wkrótce okazało się, że ona nie może jeździć, bo ma alergię na sierść koni. A ja... Przejechałam się i już wiedziałem czym chcę zajmować się w życiu – uśmiecha się.
W wieku 14 lat rodzice kupili jej pierwszego, własnego konia. Działała w szwadronie jeździeckim w Starej Miłosnej. Codziennie zawożenie nastolatki na zajęcia kończyło się wielogodzinnym przesiadywaniem rodziców w aucie. Dlatego postanowili w końcu kupić córce ziemię niedaleko Żelazowej Woli. Teraz wyrósł tam duży ośrodek jeździecki.

– Konie są niesamowite – wtrąca Frukacz.

Większe od pająków, ale ich się nie boją
Odpowiedź dlaczego kobiety lubią konie bardziej od mężczyzn może zaskoczyć. Zajmujące się końmi zaprzeczają też obiegowej opinii o słabszej płci, która słoika odkręcić nie może i boi się pająków.

– Trochę trzeba było przyzwyczaić ręce do wideł. Były odciski – śmieje się Karina Dąbrowska z Powsina.

Pierwszy raz w siodle usiadła w wieku 4 lat, a w wieku 12 lat otrzymała od rodziców konia.

– Gandawę. Jest wciąż ze mną – wyjaśnia.
Teraz jest właścicielką dwóch wierzchowców, a trzecim się opiekuje. Co daje jej kontakt z koniem?

Spokój. Można mu też zaufać bardziej niż niejednemu człowiekowi – komentuje Karina. – Bać się konia? Nie można się bać! Zwierzę to wyczuje i nie zaufa wystraszonemu człowiekowi.

Ekspert potwierdza: dziewczyny siłą
Moją analizę kobiecej pasji do koni potwierdza ekspert... Paweł Kalisz, nasz redakcyjny kolega od lat jeździ konno w klubie „Pa Ta Taj” w podwarszawskich Kaniach. Gdy trzydzieści lat temu zaczynał przygodę z jeździectwem w jego grupie była tylko jedna dziewczyna. Teraz jest niemal odwrotnie.

– Coś w tym jest. Dziewczyn jeździ zdecydowanie więcej, nie tylko rekreacyjnie czy sportowo. Jest ich więcej nawet w naszej grupie, kultywujące tradycje "Krakusów", a więc formacji ściśle wojskowej. Machają szablami, wywijają lancami, zupełnie jak ułani – ocenia.
Ich przygoda z końmi nie kończy się z chwilą zejścia na ziemię. Nie raz, choć ubrudzone i spocone, godzinami czyszczą konie i ich boksy. Wywożą obornik, przegarniają siano. Gdyby mogły, spędzałyby przy koniach cały dzień.

– Czasem słyszę głosy chłopaków, którzy powtarzają, że im się nie chcę. Albo widzę, jak się ociągają podczas pracy w stajni. Dziewczynom nie trzeba nic powtarzać. One wykonają swoje obowiązki i pomagają innym – śmieje się Paweł. – To wspaniała młodzież, z którą świetnie się dyskutuje. Aż chce się przebywać w ich towarzystwie. Te dziewczyny wiele osiągną w życiu. Przy koniach i na siodle już pokazują siłę charakteru.

Napisz do autora: wlodzimierz.szczepanski@natemat.pl

Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...
0 0Pisał o "tęczowej zarazie". Stał się męczennikiem na prawicy
0 0Dlaczego wierzę Jarosławowi Kaczyńskiemu