Borne Sulinowo dalej kultywuje wojskowe tradycje, ale w ładniejszej formie.
Borne Sulinowo dalej kultywuje wojskowe tradycje, ale w ładniejszej formie. Fot. MILITARNE-BORNE.pl

Dla Bornego Arkadiusz rzucił Kozienice, Samanta zaś Toruń, a Kamil dobrobyt w Irlandii. Zachwyciło ich to poradzieckie i poniemieckie, wojskowe miasteczko w środku lasów i jezior. Nie żałują decyzji, ale czasami bywa ciężko. Teraz goszczą 100 tys. miłośników wszystkiego, co jeździ i strzela. Przy okazji wizyty w Bornym Sulinowie można przekonać się, jak wygląda miasteczko po rządami polskiej administracji, która tutaj jest dopiero od 25 lat.

REKLAMA
Miasteczko w zachodniopomorskiem owiane jest tajemnicą. To tutaj ma być ukryty podziemny kompleks, w którym według różnych wieści przechowywano broń jądrową. Borne Sulinowo do Polski właściwie należy dopiero 25 lat. Wcześniej władze nad nim miało wojsko radzieckie, które zajęło kompleks wojskowy z poligonem po niemieckiej armii.
logo
Fot. screen/google.pl/maps
Nowa radziecka, administracja rozbudowała wojskowe miasteczko. To była strefa zakazana dla Polaków, jednak nie do końca. Mieszkańcy okolicznych wiosek mieli szybciej kolorowe telewizory marki „Rubin” niż warszawiacy, bowiem kwitł handel wymienny. Po pobycie radzieckich wojsk zostały „lenigrady”, czyli bloki z wielkiej płyty, które teraz straszą.
logo
Fot. screen/Majówka z Asg "Projekt Water War"
– Ale... Nie oni zostawili w takim stanie budynki. Jak wyjeżdżali to w mieszkaniach stały nawet meble. Bloki zniszczyli Polacy szabrujący, wszystko, co się tylko dało – opowiada Arkadiusz Makowski, który do Bornego Sulinowa przyjechał z Kozienic.
Wyjechał i wrócił z pomysłem
Trzeba mieć pomysł, aby zamieszkać w Bornym Sulimowie. Kamil Bartoszek pochodzi z wioski położonej niedaleko miasteczka. Aby jednak osiedlić się w tym miasteczku poświęcił lata pracy kilkaset kilometrów od domu.
– W Irlandii razem z żoną dobrze zarabialiśmy, ale ja wiedziałem, że wrócę do Polski. Ten pobyt po prostu pozwolił mi zarobić pieniądze na kupienie sprzętu wojskowego i otworzenie firmy – opowiada Kamil Bartoszek, a w tle rozmowy słychać warkot czołgu.
Prowadzi firmę, która oferuje m.in. przejażdżki ciężkim sprzętem wojskowym. Przez najbliższe dni Bartoszek nie będzie zbyt długo spał. W długi sierpniowy weekend odbywa się w Bornem Sulinowie zlot pojazdów militarnych.
Samych uczestników jest ok. 4 tys. osób, ale łącznie zlot odwiedzi blisko 100 tys. miłośników wojska i turystów.
Pacyfiści szaleją z bronią
Na zlot przyjechali też pasjonaci „strzelanek” ASG. To głównie faceci. Biegają po lesie i strzelają do siebie plastikowymi kulkami z replik broni. Na zlocie pojazdów mają swój obóz, którym zarządza Samanta Burkowska. Tymczasem, jak dodaje, jest pacyfistką.
– Miłośniczka militariów i pacyfistka, tu nie ma sprzeczności. Gdyby inni bawili się wojnę, tak jak my, to tych prawdziwych, okropnych nie byłoby. My się tylko bawimy, a przy okazji uświadamiamy, jakim złem jest prawdziwa – dodaje.
Dla Bornego Sulinowa rzuciła Toruń. Razem ze swoim chłopakiem przyjechała na pierwszy zlot miłośników militariów. Na drugi spakowali do plecaków cały swój dobytek i przyjechali do Bornego na stałe.
– Na zlocie pobraliśmy się. Do USC jechaliśmy z czołgowiska bryczką w asyście ułanów – Samanta śmieje się na wspomnienie ceremonii.
Wypatrzyli sobie mieszkanie na poddaszu w dawny poniemieckim „koszarowcu”.
– Nas tutaj przywiała z mężem wspólna pasja do historii, militariów. A do tego poczucie swobody. Dosłownie parę minut i już jestem w lesie. Nigdzie tak nie ma. No i to miasteczko ma swoje sekrety. To mnie w nim kręci – tłumaczy Burkowska.
Autochtoni biegają w pampersach
Arkadiusza Makowskiego często widać na rowerze, gdy pomyka ulicami miasteczka. Zwłaszcza ostatnio, bo powstały drogi i szlaki rowerowe. Z radością dodaje: – Wkrótce będę jeździł na pobliskie wrzosowisko. Jesienią, gdy kwitną wrzosy jest tam niesamowicie.
Rozmowę przerywa pisk rozradowanych maluchów. Jego dzieci są już rodowitymi tubylcami.
– Wszyscy moi sąsiedzi, tak jak ja, to przyjezdni z całej Polski. Są też warszawiacy, i ci pracujący na co dzień w Niemczech, ale najwięcej jest Ślązaków – wylicza.
Przypadek sprawił, że przed 9 laty trafił do Bornego. Z powodu pracą przyjechał do Szczecinka, ale szukał taniej kawalerki do wynajęcia, znalazł w miasteczku po radzieckiej jednostce wojskowej.
– Od początku spodobało mi się to miasteczko. To praktycznie budynki w lesie. I mnie cieszy, że jest bardzo czysto – dodaje.
Chociaż jest muzykiem, zapewnia, że na brak pracy nie narzeka. – My tutaj żyjemy i jest coraz lepiej. Chociażby widzę to życiu kulturalnym. Na początku oferta była uboga. Teraz dzieje się znacznie więcej – przekonuje.
Makowski też organizuje happeningi...
– Pochody pierwszomajowe – dodaje.
Jego zdaniem jest jeszcze jeden symptom świadczący o rozwoju miasteczka. Szuka nowego lokum dla swojej rodziny. – Jest sporo ciekawych ofert mieszkań. A i kolejni deweloperzy wykupili opustoszałe koszarowe i zamierzają remontować – tłumaczy Makowski.
logo
Fot. sreen/ Włodzimierz Szczepański
Z ciekawości dzwonię do jednego z biur nieruchomości. W ofercie mają np. mieszkanie 30 m kw za 79 tys. zł, natomiast 113 tys zł sprzedający chce za większe 48 m kw. Może to opcja na weekend, bo jako miejsce do życia...
Zimą miasto zamiera
– U nas ludzie raczej uciekają niż ich przybywa – uważa Lucjan Głuszko, prezes Spółdzielni Mieszkaniowej „Zachęta”.
Prezes przyjechał do Bornego tuż po wyjeździe „bratniej” armii. Na stałe mieszka od 2000 r. Twierdzi, że wyjeżdżają nie tylko młodzi, ale też starsi lokatorzy. Brakuje pracy, a dla tych ostatnich lepszej, specjalistycznej służby zdrowia.
– No i ten hałas. Zlot trwa trzy dni, a strzelają już od tygodnia – żali się prezes.
Chociaż Samanta Burkowska jest zakochana w Bornym Sulinowie, to również widzi jego minusy: – W okresie zimowym ludzie tutaj przymierają głodem. Nie ma po prostu pracy. Turyści przyjeżdżają tylko w sezonie letnim, a właściciele pensjonatów zarzynani są podatkami i opłatami. Jak mają rozbudowywać ofertę?
Boli ją też, że niektóre zabytkowe obiekty, które tworzą klimat miasteczka niszczeją, a nawet są wyburzane. Obiekty militarne przyciągały zwiedzający, bardziej niż lasy i najczystsze jeziora. Warszawiacy czy mieszkańcy Trójmiasta mają niemal pod nosem.
– Moja córka wyniosła się z Bornego do Gdańska, bo tam ma większe perspektywy – dodaje Burkowska.
Sami muszą sobie pomóc
Kamil Bartoszek przekrzykuje ryk silnika jakiegoś pojazdu wojskowego. On zdradza pomysł na Borne Sulinowo. Po części realizowany, bo powstają liczne lokalne stowarzyszenia, które współdziałają.
– Z mojego rocznika w mojej rodzinnej wsi, niemal sąsiaduje z Bornem, zostały się tylko cztery osoby. Jak się nie poddaję. Myślę, że dla Bornego przyszłością jest turystyka i militaria. Współpracując tutaj na swoim podwórku i wytrwale działając uda się osiągnąć cel. Trzeba też w to wierzyć! – przekonuje Bartoszek.

Napisz do autora: wlodzimierz.szczepanski@natemat.pl