
Nie oszukujmy się, jest to pewna hipokryzja. Gdy w Wielkiej Brytanii doszło do kilku napadów na Polaków, trójka ministrów w trybie pilnym natychmiast udała się do Londynu. Rodaków, w końcu, przed agresją i rasizmem bronić trzeba. Ale jeśli u nas, nad Wisłą, do podobnych ataków dochodzi, nikt słowem się nie zająknie. Problemu nie ma. A przecież jest. W skali kraju nawet coraz większy.
Nie było żadnej reakcji władz. Ani w piątek, gdy w warszawskim tramwaju doszło do napaści na polskiego profesora, który prowadził rozmowę w języku niemieckim. Ani podczas weekendu, gdy w metrze jeden z pasażerów zaatakował dwie Azjatki. Nikt nie powiedział "Ludzie opamiętajcie się, co wy robicie". Żaden z trzech ministrów, którzy tak troskliwie podeszli do Polaków w Wielkiej Brytanii, nie zabrał teraz głosu.
Puściła tama I wychodzi na to, że u nas można krzyczeć "Polska dla Polaków! Wyp***lać z Polski!", a nawet komuś przyłożyć. A Anglikom nie wolno "Anglia dla Anglików", bo to napad o podłożu rasistowskim i wymaga interwencji najwyższych władz Polski. Ten wyjazd do Londynu odebrano różnie. Dla jednych był to cyrk na pokaz, dla innych misja wagi państwowej, prawdziwa odsiecz. "Czy ministrowie w tym przypadku okażą taką samą determinację?" – pyta po napadzie na profesora Małgorzata Kidawa Błońska. I nie tylko ona.

"Człowiek słyszy i nie wierzy. Ale jak to? W Warszawie? W Polsce? Zostać pobitym za mówienie po niemiecku? W 2016 roku? Jak to jest w ogóle możliwe. Ale jest. Tak po prostu. Zmieniło się, przesunęło, puściła tama. Ludzie już nie gryzą się w język" – te słowa wzburzonej studentki profesora Jerzego Kochanowskiego idealnie oddają to, co dzieje się dziś wokół nas. Bo dzieje się coś, o czym jeszcze rok, dwa, trzy lata temu raczej się nie słyszało. A jeśli już, były to incydentalne przypadki.
Towarzyszy im niepokój, gdy wychodzą na miasto Dziś to narasta. Te dwa incydenty w Warszawie jakby przelały czarę goryczy. Zwłaszcza ten z profesorem – Polonia niemiecka już napisała do ministra Zbigniewa Ziobry pisząc, że takie zachowania narażają na szwank wizerunek Polski i Polaków, podważają tradycyjną polską gościnność. Może czas głośno potępić takie zachowania? I tępić za każdym razem w taki sposób, by ludzie nie mieli wrażenia, że jest ich coraz więcej? A niektórzy, żeby znów poczuli się bezpiecznie?
– Zaczęło się na jesieni i trwa do dziś. Nienawiść w internecie, ale też agresja słowna, a czasem wręcz fizyczna, wobec naszych klientów i pracowników, po których widać, że nie są Polakami. Oni sami mówią, że jeszcze rok temu czuli się w Polsce bezpiecznie i swobodnie, a teraz coraz częściej towarzyszy im niepokój, gdy wychodzą na miasto – mówiła mi miesiąc temu Kalina Czwarnóg, członek zarządu warszawskiej fundacji "Ocalenie", która wspiera cudzoziemców. Opowiadała, jak jednej z kobiet muzułmańskich ktoś chciał zerwać chustę, innej pasażerowie nie chcieli wypuścić z autobusu, była obrażana. – To już nie są incydenty. Dziś już trudno mówić o incydentach – powiedziała.
z portalu Rodzice bez Granic
Nie spodobał się jego wygląd Oto kilka głośnych "incydentów" ostatnich miesięcy. 37-letni mężczyzna dwa razy zaatakował studentkę z Algierii, bo nosiła hidżab. Wyzywał ją i kopał, krzyczał, że islam trzeba potępić. Na placu zabaw w Przemyślu został zwymyślany ciemnoskóry chłopiec. Pod jego adresem posypały się wulgaryzmy na tle rasowym. We Wrocławiu pobito celebrytę, Bilguuna Ariunbaatara, bo komuś nie spodobał się jego wygląd. W Bydgoszczy doszło do napadu na studentów z Turcji.
"Nie chcemy obcych na naszej ziemi" – mieli usłyszeć uczestnicy programy Erasmus. Z napadu na portugalskiego studenta tłumaczyły się też władze Rzeszowa, choć tam prokuratura nie stwierdziła podłoża rasistowskiego. „Zapie...ę cię ty murzynko je…a” – to usłyszała w warszawskim Ogrodzie Saskim młoda mulatka, pisaliśmy o tym tutaj.
Jeszcze będą bać się do nas przyjeżdżać Jeśli polska władza interweniuje w obronie Polaków za granicą, chwała jej za to. I nic to, że wśród bronionych po części są również tacy, którzy mówią wyłącznie po polsku, bo nie chce im się uczyć języka angielskiego. Którzy się nie integrują i, w mniemaniu wielu Brytyjczyków, zabierają im pracę, panoszą się i polonizują niektóre miasta. Jak ze słynnym Bostonem, największym skupiskiem Polaków i jednocześnie – co pokazało referendum w sprawie Brexitu – najbardziej eurosceptycznym, w którym język polski słychać na każdym rogu. Co nie każdemu się podoba.
Ale w końcu Polacy mają też swój wkład w brytyjskie państwo. Tak jak wielu cudzoziemców w polskie. A zatem brońmy Polaków. Niech rząd w ich obronie interweniuje. Ale niech również nie pozwala na to, by cudzoziemców atakowano w Polsce. Bo niedługo zaczną bać się do Polski przyjeżdżać. Bardzo trafnie oceniła to jedna z naszych czytelniczek.
Czytelniczka naTemat
Fakt, jest różnica – w Anglii doszło do morderstwa, a w Polsce nie. Miejmy nadzieję, że nie jest to "jeszcze nie".
napisz do autora:katarzyna.zuchowicz@natemat.pl
