
Noc po walentynkach przyniosła Włochom wyjątkowo gorzki poranek. W Torre Sant'Andrea, na wybrzeżu Apulii, runął do morza słynny Łuk Miłości. Przez lata był jednym z najbardziej rozpoznawalnych widoków całego Salento. Po romantycznym symbolu regionu została już tylko sterta pokruszonych bloków wapienia.
Jeszcze kilka dni temu zdjęcia z Torre Sant'Andrea wyglądały wprost bajkowo: turkusowa woda, jasny klif i charakterystyczny łuk skalny, który niczym kamienny most łączył dwa ostańce wystające z morza. To tutaj pary z całego świata przyjeżdżały, żeby zrobić romantyczne zdjęcie, a według lokalnej legendy pocałunek pod łukiem miał gwarantować trwałe uczucie.
Teraz ten kadr jest już niestety nie do powtórzenia. W nocy z 14 na 15 lutego nad Apulią przeszła kolejna fala gwałtownej pogody. Silny wiatr, wysokie fale i ulewne deszcze dobiły to, co natura przez lata powoli nadgryzała. Nad ranem spacerowicze zobaczyli, że miejsce, które jeszcze dzień wcześniej było ikoną włoskich wakacji, zamieniło się w poszarpany zarys klifu i rozsypujące się w wodzie odłamki skały.
Burmistrz Melendugno, Maurizio Cisternino, mówi wprost o "pogrzebie fragmentu wybrzeża", który współtworzył tożsamość całego Salento. Mieszkańcy dzwonią do urzędu z jednym pytaniem: czy da się jeszcze cokolwiek uratować?
Huragan, fale i kruchy wapień to przepis na katastrofę
Faraglioni di Sant'Andrea zbudowane były z kalkarenitu, czyli charakterystycznego dla tego regionu rodzaju wapienia. To skała, która powstaje z nawarstwionych ziaren piasku wapiennego. Chociaż wygląda zjawiskowo, to w starciu z morzem ma jedną zasadniczą wadę: jest stosunkowo krucha i podatna na erozję.
Przez lata łuk był bombardowany tym samym zestawem sił, które wcześniej go wyrzeźbiły, a mianowicie falami, prądami i tzw. mgłą solną, czyli kroplami wody morskiej unoszonymi przez wiatr i wnikającymi głęboko w skałę. Pęknięcia wypełniała woda, zimą rozsadzana przez niższe temperatury, latem wysuszana i ponownie nasączana.
W ostatnich dniach natura przyspieszyła. Nad Apulią przeszły sztormy, a burza "Harry bis" przyniosła silne porywy wiatru i fale, które z ogromną siłą roztrzaskiwały się o klif. Na zdjęciach wykonanych po katastrofie widać, że łuk pękł w środkowej części – dokładnie tam, gdzie przez lata kumulowały się naprężenia i gdzie woda najłatwiej znajdowała drogę w głąb skały.
Zobacz także
Niespełnione plany ochrony wybrzeża
To, że z Łukiem Miłości "trzeba coś zrobić", było wiadomo od dawna. Melendugno było jedną z nielicznych gmin w Apulii, które złożyły wniosek o środki (około 4,5 mln euro) na działania przeciwko erozji wybrzeża. Projekt został pozytywnie oceniony, ale ostatecznie nie dostał finansowania z powodu braku pieniędzy w regionie. Klif w Torre Sant'Andrea mimo obserwacji geologów był zdany głównie na łaskę i niełaskę morza.
Lokalne media relacjonują, że w dniu po zawaleniu okoliczny klif wypełnił się ludźmi, którzy przyszli "pożegnać" miejsce ważne dla ich życiowych historii: pierwszych wakacji, ślubnych sesji i rodzinnych wyjazdów. "To niezwykle bolesny cios" – przyznają władze gminy.
