
Mijają cztery lata od wybuchu pełnoskalowej wojny w Ukrainie. 24 lutego 2022 roku Rosja zaatakowała sąsiada. Bilans jest tragiczny: liczbę poległych, zaginionych lub rannych szacuje się w milionach. Ukraina nie jest jednak sama: wspierają ją i Europa, i Stany Zjednoczone.
We wtorek, 24 lutego, przypada czwarta rocznica agresji Rosji na Ukrainę. Wojnę w Kremlu nazwano "specjalną operacją wojskową", która miała trwać zaledwie trzy dni. Dziś minęło ich 1461, a ile jeszcze – nie wiadomo. Na początku konfliktu Władimir Putin twierdził, że jego celem jest ochrona "ludzi, którzy od ośmiu lat są poddawani tyranii i ludobójstwu przez kijowski reżim". Na przestrzeni czasu założenia formułowane przez rosyjskich polityków ulegały zmianie. Zmieniał się także, niestety, bilans wojny w Ukrainie. Ten wciąż rośnie, a już teraz liczony jest w milionach.
Liczba ofiar wojny w Ukrainie. Zatrważające statystyki
Serwis WP.pl podaje, cytując "The New York Timesa", który powołuje się na badanie Centrum Studiów Strategicznych i Międzynarodowych (CSIS), że liczba rosyjskich i ukraińskich żołnierzy, którzy podczas wojny zginęli, zostali ranni lub uznani za zaginionych, wiosną br. może sięgnąć nawet dwóch milionów.
Obecny tragiczny bilans wojny to niemal 1,2 miliona wojskowych po stronie Rosji i prawie 600 tysięcy po stronie Ukrainy. Liczba zmarłych, rannych lub zaginionych po obu stronach jest zatrważająca, a tylko w ubiegłym roku w każdym miesiącu "znikało" prawie 35 tysięcy żołnierzy z Rosji. W tym czasie agresor zajął ok. 1,5 proc. terytorium Ukrainy.
Z analiz CSIS wynika, że w wojnie zginęło prawie 325 tys. żołnierzy z Rosji i między 100 a 140 tys. z Ukrainy. Są to dane szacunkowe: "TNYT" zastrzega, że trudno jest ustalić liczbę ofiar, bo Rosja ją zaniża, a Ukraina nie ujawnia danych. Przedstawione wyliczenia opierają się na kalkulacjach rządów USA i Wielkiej Brytanii.
Choć Rosja płaci wyższą cenę za tę wojnę, to pamiętajmy, że jej populacja wynosi ponad 140 milionów osób, podczas gdy liczbę ludności w Ukrainie szacuje się na około 35 milionów. To z kolei oznacza, że najeźdźcy łatwiej jest uzupełnić straty. Te po stronie ukraińskiej są znacznie bardziej dotkliwe.
Donald Trump miał zakończyć rosyjską inwazję na Ukrainę. Obietnice i negocjacje
Niestety, nic nie zapowiada rychłego zakończenia rosyjskiej inwazji na Ukrainę. Nie pomogły tu liczne obietnice Donalda Trumpa, że skończy wojnę w ciągu 24 godzin. Jak pisaliśmy w naTemat, prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski informował opinię publiczną, że Stany Zjednoczone "chcą wszystko zakończyć do czerwca" i "zrobią wszystko, by zakończyć wojnę". W przeciwnym wypadku, jak mówił polityk, "najpewniej będą wywierać presję". Tylko że mieszkańcy nie traktują już tego tak poważnie.
Trzeba Trumpowi oddać, że – przynajmniej według jego zapewnień – osobiście próbował powstrzymać rosyjskie ataki. Podobno "prosił" Władimira Putina o to, by ten przez tydzień "nie bombardował Kijowa i okolicznych miasteczek". Cóż jednak z tego, skoro mimo doniesień o "miłej" reakcji Rosjanie dokonali zmasowanego ataku przed upływem wyznaczonego czasu.
Zobacz także
Wspomnijmy, że w styczniu (ściślej mówiąc: 23-24 stycznia) w Abu Zabi zorganizowano pierwszą turę trójstronnych negocjacji z udziałem Rosji, Ukrainy i Stanów Zjednoczonych. Druga runda odbyła się 5 i 6 lutego. Kolejną turę zorganizowano w Genewie 17 i 18 lutego. Jak dotychczas rozmowy nie przyniosły przełomu, ale szef Biura Prezydenta Ukrainy Wołodymyra Zełenskiego, Kyryło Budanow, poinformował w komunikatorze Telegram, że trwają przygotowania do następnej rundy pokojowych negocjacji.
22 lutego media obiegła wypowiedź specjalnego wysłannika USA Steve'a Witkoffa, który przekazał w wywiadzie dla Fox News, że do spotkania delegacji powinno dojść w ciągu kolejnych trzech tygodni. Jak twierdził, te potencjalnie mogą doprowadzić do szczytu z udziałem Wołodymyra Zełenskiego i Władimira Putina, być może z udziałem prezydenta USA – ale ten, jak zapowiedział Witkoff, nie chce osobiście uczestniczyć w spotkaniu, dopóki nie zyska pewności, że może "doprowadzić do końca i uzyskać najlepszy możliwy wynik".
Polska wspiera Ukrainę. W czwartą rocznicę wybuchu wojny i nie tylko
Ukraina może liczyć na wsparcie ze strony Polski. Niedawno z oficjalną wizytą do Kijowa przybył premier Donald Tusk, a w poniedziałek, jak informowaliśmy w naTemat.pl, stolicę odwiedził marszałek Sejmu Włodzimierz Czarzasty.
– Nie ma wolnej Polski bez wolnej Ukrainy. Nie ma wolnej Ukrainy bez wolnej Polski. Mieliśmy ze sobą trudną historię, ale z tej historii trzeba wyciągać wnioski, a w oparciu o te wnioski trzeba budować przyszłość – mówił polityk.
– Pomożemy wam w wejściu do Unii Europejskiej. Wejdziecie do Unii Europejskiej. To jest nowina, którą przywożę w imieniu całej demokratycznej Europy – obiecywał Czarzasty.
W dniu czwartej rocznicy rosyjskiej inwazji głos na ten temat zabrał również prezydent Karol Nawrocki. Polityk opublikował na platformie X następujący wpis:
"Rosyjska agresja na Ukrainę to poważne zagrożenie dla bezpieczeństwa całej Europy. Historia uczy nas, że ignorowanie imperialnych ambicji Rosji zawsze prowadziło do tragedii. Demokratyczny świat musi zachować jedność w obliczu takich wyzwań. Oczekujemy zaprzestania działań destabilizujących region. Z szacunkiem patrzymy na odwagę ludzi, którzy każdego dnia stają w obronie wolności".
Polska pomaga Ukrainie. Wspieramy ją nie tylko słowami, ale i czynami. Nasz kraj uznawany jest za jeden z tych, które pomagają najbardziej: militarnie, logistycznie i finansowo. W raporcie KPRM z października 2025 roku wskazano, że łączna wartość wsparcia dla Ukrainy wyniosła ponad 18 miliardów złotych. Strona polska pomaga m.in. dostarczając sprzęt wojskowy (częściowo w ramach kontraktów handlowych), szkoląc żołnierzy, finansując terminale Starlink czy też pełniąc rolę hubu logistycznego dla Zachodu. Wysoki Komisarz ONZ do spraw Uchodźców (UNHCR) szacuje też, że z czasowej ochrony w Polsce korzysta niemal milion ukraińskich uchodźców (z łącznej liczby 5,9 miliona).
