
Po serii decyzji o zamykaniu przestrzeni powietrznej i odwoływaniu połączeń przez linie lotnicze tysiące pasażerów utknęło w krajach Zatoki Perskiej. Wielka Brytania rozpoczęła planowanie dużej operacji powrotów i zachęca obywateli do rejestracji w systemie konsularnym. Polska przyjmuje inną strategię.
W brytyjskich relacjach pojawia się liczba 76 tys. osób jako punkt odniesienia dla planowania działań. To nie jest liczba wszystkich Brytyjczyków w regionie, tylko wstępna skala zgłoszeń w systemie, w którym obywatele przekazują swoją lokalizację i dane kontaktowe.
Brytyjskie MSZ sygnalizuje, że rozważa warianty tras i logistykę na wypadek przedłużających się ograniczeń w ruchu lotniczym, w tym możliwość przerzutu lądowego do krajów, z których możliwe byłyby loty do Europy.
Równolegle media w Wielkiej Brytanii podają, że w regionie przebywają setki tysięcy obywateli UK, a w samych Zjednoczonych Emiratach Arabskich dziesiątki tysięcy. Tłumaczy to, dlaczego Londyn przygotowuje się do wariantu masowego i dlaczego stawia na rejestrację konsularną jako narzędzie porządkowania skali problemu.
Dużo komunikatów, mało "samolotów rządowych"
Na razie widać, że część państw europejskich koncentruje się głównie na komunikatach bezpieczeństwa i wsparciu konsularnym, bo jeśli niebo jest zamknięte, to nawet "specjalny lot" ma ograniczone pole manewru.
Holenderskie MSZ publikuje bieżące aktualizacje, instruuje uziemionych podróżnych, ostrzega przed możliwością przedłużenia zamknięcia przestrzeni powietrznej i zaleca śledzenie komunikatów lokalnych służb oraz przewoźników.
W przypadku Niemiec i wielu innych krajów mocno widoczne są decyzje linii lotniczych, które zawieszają lub ograniczają połączenia do Dubaju, Abu Zabi i innych portów w regionie. To właśnie te ruchy przewoźników "zamrażają" możliwości szybkiego powrotu turystów i pasażerów tranzytowych, niezależnie od tego, jak sprawnie działają służby konsularne.
Zobacz także
Polska: "nie wyślemy samolotów". MSZ mówi wprost, dlaczego
W polskim komunikacie natomiast kluczowe jest jedno zdanie, które wywołało największe emocje. Rzecznik MSZ, pytany o wysłanie samolotów wojskowych po obywateli, odpowiedział krótko: "Tego nie uczynimy". Uzasadnienie jest równie proste. W sytuacji, gdy w regionie wciąż pojawia się ryzyko ataków (pociski, drony) i część przestrzeni powietrznej bywa zamykana z dnia na dzień, lot ewakuacyjny może nie być "pomocą", tylko dodatkowym zagrożeniem.
– Robimy wszystko, co jest możliwe, żeby pomóc naszym obywatelom na miejscu. Nie ma żadnej możliwości, żeby zorganizować inną pomoc. To jest kwestia całego świata. Mówimy o tysiącach ludzi, którzy utknęli w regionie, mieli loty przesiadkowe. Skupiamy się na tym, by nasi obywatele mieli zapewnione bezpieczeństwo tam na miejscu – tłumaczył Wewiór.
MSZ wprost sygnalizuje, że loty wojskowe mają sens tylko wtedy, gdy można je wykonać bezpiecznie. Dlatego resort stawia dziś na to, co da się zrobić od razu: informację, kontakt z placówkami i pomoc w zorganizowaniu alternatywnego wyjazdu.
Jednocześnie MSZ uruchomiło dodatkową infolinię dla osób, które utknęły w regionie. W komunikatach podawano numer +48 22 523 88 80 oraz podkreślano, że linia ma służyć przekazywaniu bieżących informacji i wsparciu w kontakcie z placówkami. MSZ apelowało też o rejestrację w systemie Odyseusz i stosowanie się do zaleceń lokalnych służb.
Gotowość jest, ale to nie jest decyzja o samolocie, tylko o warunkach
W tej samej sprawie MON sygnalizowało, że siły powietrzne są w gotowości do ewentualnych działań ewakuacyjnych, jeśli pojawi się taka potrzeba i zostanie ona formalnie zgłoszona. To podejście nie przeczy komunikatowi MSZ, bo dotyczy dwóch poziomów: zdolności operacyjnej i decyzji, która zależy od sytuacji w regionie i dostępności bezpiecznych korytarzy.
MSZ opublikowało ponadto listę państw, w przypadku których formułowano jednoznaczne ostrzeżenia (odradzanie wyjazdów). Wymieniono łącznie 10 krajów: Jordania, Bahrajn, Kuwejt, Katar, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Arabia Saudyjska, Palestyna, Iran, Izrael i Liban.
