
Włochy od lat są kierunkiem, który cieszy się ogromnym zainteresowaniem turystów z całego świata. Smaczna kuchnia, klimatyczne ulice pełne kamienic, słoneczne wybrzeże i ich kultura przyciągają czasem aż za bardzo. Z turystycznymi najazdami nie radziła sobie jedna z tamtejszych wysp, która teraz chce chronić odwiedzających.
Włochy to jeden z tych kierunków, które Polacy mogą znać zdecydowanie lepiej niż własny kraj. Uwielbiamy wyjeżdżać tam na Wielkanoc, długie weekendy, ale i wakacje. Dzięki ogromnej siatce połączeń w ciągu dwóch godzin nawet za 200-300 zł w dwie strony możemy cieszyć się tamtejszym Dolce Vita. Jednak na Capri bywa z tym bardzo różnie.
Wyspa we Włoszech ograniczyła liczbę turystów. Teraz chce karać lokalsów
Ogromne zainteresowanie podróżami do Włoch sprawiło, że niektóre miejsca przestały radzić sobie z masową turystyką. W Wenecji wprowadzono bilety wstępu, a kolejne miasteczka wprost piszą, że potrzebują twardego limitu odwiedzających. Na drugą z tych opcji zdecydowała się poniekąd wyspa Capri znajdująca się niedaleko Neapolu.
Wyspę zamieszkuje ok. 13 tys. osób, podczas gdy w sezonie dziennie odwiedzają ich dziesiątki tysięcy podróżnych. Stąd przyjęty już kilka tygodni temu limit dla wycieczek zorganizowanych. Te będą mogły liczyć maksymalnie 40 osób, a dodatkowo przewodnicy otrzymają zakaz korzystania z głośników. Ma to być pierwszym krokiem w uporządkowaniu turystycznego chaosu.
Jednak zmiany dotkną nie tylko przyjezdnych, ale i lokalsów. Władze wyspy chcą ukrócić poczynania handlarzy i właścicieli biur podróży, którzy w nachalny sposób naciągali podróżnych na swoje produkty lub wycieczki. Od 7 kwietnia oficjalnie obowiązuje tam zakaz agresywnego naciągactwa.
Zobacz także
Nawet 2,1 tys. zł mandatu za nagabywanie turystów we Włoszech
Nowe przepisy przewidują m.in. zakaz rozdawania ulotek, czy po prostu natrętnego i uciążliwego namawiania turystów na skorzystanie z usług restauracji, sklepu lub biura oferującego wycieczki. Kary za nieprzestrzeganie nowych zasad wynoszą od 25 do nawet 500 euro. W przeliczeniu na złotówki daje to od ok. 100 zł do nawet 2,1 tys. zł mandatu.
Decyzja o karaniu naciągaczy ma związek z dwiema kwestiami. Po pierwsze turyści coraz częściej skarżyli się na nieprzyjemne incydenty z udziałem sprzedawców. A ponieważ Capri promuje się jako miejsce luksusowego wypoczynku, był to mocny cios w ich wizerunek.
Po drugie taka zmiana pozwoli na uporządkowanie miejskiej przestrzeni i usprawni przepływ turystów. Ci np. po zejściu z promu nie będą od razu zatrzymywać się na drodze zaczepieni przez handlarza. Dzięki temu nie stworzą zatoru, a przejście będzie znacznie płynniejsze.
