
Piloci Dromaderów to bohaterowie, którzy ryzykują dla nas życiem. Najwyższą cenę zapłacił 5 maja 2026 roku jeden z nich, w trakcie akcji gaszenia pożaru na Lubelszczyźnie. Teraz o kontekście trudów tej pracy i systemowych absurdów, które jej towarzyszą, wypowiedział się instruktor i ekspert lotniczy Marcin Berlik.
Pilot Dromadera Marcin Berlik udzielił w rozmowie z TVN24 informacji na temat formalności związanych z funkcjonowaniem samolotów gaśniczych. Okazuje się, że nie są one częścią żadnego większego systemu bezpieczeństwa.
– Jeśli chodzi o system, jest on zorganizowany w ten sposób, że niestety nie jesteśmy zbyt dobrze ujęci w systemie. Samoloty należą do trzech podmiotów, które w Polsce świadczą takie usługi. Wszystkie te podmioty wykonują usługi na rzecz Lasów Państwowych, które ze swojego budżetu w pełni pokrywają koszty związane z naszą działalnością – stwierdził ekspert. Prowadzi to do absurdalnej wręcz sytuacji.
– Tak naprawdę nie jesteśmy ujęci w krajowym systemie lotowniczo-gaśniczym albo w strukturach. Czyli nie ma porozumień pomiędzy Państwową Strażą Pożarną a nami. Więc tak naprawdę gasimy tylko i wyłącznie Lasy Państwowe – zauważył pilot.
Rozmowa miała oczywiście związek z ogromnym (szacowanym na około 250 ha) pożarem na Roztoczu. Walka z żywiołem wciąż trwa. Jest ona utrudniona przez niesprzyjające warunki atmosferyczne. Na miejscu zaangażowane są setki strażaków i dziesiątki pojazdów gaśniczych. Obecne są także helikoptery i samoloty wspierające operację z powietrza.
Co jednak w przypadku pożarów obiektów prywatnych? To służba na rzecz społeczeństwa
Pilotom Dromaderów zdarza się też gasić obiekty prywatne. Okazuje się jednak, że nie jest to element ich obowiązków, a działanie poza systemem.
– Jeżeli zdarza nam się gasić właśnie pola, nieużytki, łąki, lasy prywatne. Kolegom niedawno się zdarzyło też gasić wysypisko śmieci czy halę produkcyjną. To jest tylko i wyłącznie ukłon ze strony leśników do tego, żeby móc w jakiś sposób służyć społeczeństwu – zdradził Marcin Berlik.
Zobacz także
Jest to wyraz niezwykłego oddania i szacunku wobec służby, pomimo ewidentnej systemowej niesprawiedliwości. W sytuacji pilotów Dromaderów alarmującym jest jeszcze jeden czynnik, który stwarza realne zagrożenie dla koordynacji ich działań.
Praca jako pilot Dromadera to działanie poza systemem. Nieujęci, niedofinansowani i bez łączności
Marcin Berlik odniósł się też do kontekstu operacyjnego w przypadku gaszenia dużych pożarów.
– Natomiast tu, jeśli chodzi o system, jesteśmy, można powiedzieć, dosyć mocno niedofinansowani i nieujęci. Nawet do tego stopnia, że jeżeli prowadzimy działania gaśnicze, nie mamy łączności bezpośrednio z KDR-em, czyli kierującym działaniem ratowniczym – przekazał ekspert w TVN24.
Okazuje się, że koordynacja operacji gaszenia pożaru jest bardziej skomplikowana niż mogłoby się to wydawać.
– Tylko mamy kontakt z leśnikiem, który koordynuje te kwestie. Także można powiedzieć, że gdyby nie Lasy Państwowe, załogi, samoloty czy kultura lotnictwa gaśniczego w Polsce by nie funkcjonowała – skwitował.
Z relacji eksperta wynika, że formacja, która często jest na pierwszej linii frontu w przypadku najpoważniejszych pożarów, nie jest skutecznie ujęta w strukturach ratowniczych państwa. Brak bieżącej komunikacji pomiędzy pilotem a personelem naziemnym ogranicza celność zrzutu. Taka sytuacja może tworzyć niepotrzebne zagrożenie dla życia strażaków uczestniczących w akcji.
A przecież operacje tego typu same w sobie są niezwykle ryzykowne, co udowodniły ostatnie wydarzenia. Piloci muszą radzić sobie w niezwykle trudnych warunkach, na niewielkich wysokościach, przy lokalnych skokach ciśnienia i turbulencjach. Często płacąc za to najwyższą możliwą cenę.
