Konflikt w fundacji Łukasza Litewki
Czy to początek końca Fundacji Team Litewka? Fot. Facebook / Łukasz Litewka. Montaż: naTemat.pl

Są takie momenty w pracy dziennikarza, że po prostu chciałby się mylić. Kiedy 23 kwietnia Polskę obiegła porażająca wiadomość o śmierci Łukasza Litewki – 36-letniego posła, człowieka-instytucji, ikony bezinteresownej pomocy – przez głowę przemknęła mi okrutna myśl. Pomyślałem: "Za chwilę ci wszyscy ludzie wokół jego Fundacji skoczą sobie do gardeł. Nie ma lidera, zaczną się ambicje i walka o schedę".

REKLAMA

Sekundę później skarciłem się w duchu za ten cynizm. Pomyślałem: "No nie, nie w tym przypadku. Nie u Litewki. Przecież tam byli sami ideowcy, ludzie zarażeni jego niesamowitą empatią, jego unikalną energią". Przecież mówimy o #TeamLitewka, wielkiej społeczności, która potrafiła w kilka godzin zebrać fortunę na operację chorego dziecka albo zapełnić schronisko karmą. Przekonywałem samego siebie, że pamięć o pośle Nowej Lewicy będzie jak świętość, jak potężny immunitet chroniący przed najgorszymi ludzkimi przywarami.

Bo kiedy 23 kwietnia gruchnęła wiadomość, że poseł zginął na rowerze w Dąbrowie Górniczej, w mediach społecznościowych zapanował dziwny rodzaj jedności. Ludzie, którzy zwykle nie zgadzają się ze sobą w niczym, nagle pisali to samo: że trzeba ciągnąć Team Litewka dalej, że fundacja musi działać, że "Łukasz by tego chciał". Wszyscy powtarzali tę samą mantrę.

Wrze wokół Fundacji Team Litewka

Tuż po pogrzebie wszystko wyglądało przecież tak jak powinno. W sieci pojawiły się poruszające zapewnienia, pełne wzruszenia zapowiedzi, że dzieło życia posła z Sosnowca nie umrze razem z nim. Czytaliśmy oficjalne deklaracje: "Określenie dalszych losów Fundacji nie byłoby możliwe, bez rozmowy z najbliższymi Łukasza – Rodzicami oraz Bratem. Dziś mieliśmy okazję porozmawiać i jesteśmy zgodni, że najlepszą możliwą formą uczczenia Jego pamięci, jest dalsze, wspólne realizowanie tego, co sobie wymarzył". I jeszcze było takie zdanie: "Wierzymy, że w jakiś magiczny sposób Łukasz będzie czuwał nad nami, nad swoim jedynym i niepowtarzalnym #teamemLitewka".

Tymczasem mamy końcówkę maja. Od tamtego tragicznego popołudnia w Dąbrowie Górniczej minął ledwo nieco ponad miesiąc. Miesiąc! I z szafy zaczęły wypadać najciemniejsze ludzkie przywary. Wokół Fundacji Team Litewka zawrzało, a wylewający się zza zamkniętych drzwi konflikt (bo tak to trzeba nazwać) właśnie uderzył z siłą taranu.

Jak czytamy w liście otwartym rodziny zmarłego posła opublikowanym we wtorek 26 maja przed południem, w Radzie Fundacji mają zasiadać ludzie, których intencje – mówiąc delikatnie – rozjechały się z wolą rodziny. "Część członków Rady zaczęła forsować własne pomysły" – czytamy w oficjalnym oświadczeniu, które poskutkowało całkowitym wstrzymaniem komunikacji. Pod znakiem zapytania stanął jeden z flagowych projektów Łukasza Litewki, czyli "Zwierzogranie". Partnerka posła w swoim oświadczeniu na Instagramie pisze wprost o walce z kimś, kto próbuje "położyć ręce na części jego serca". Jest też zdanie o osobach, które "nie uczestniczyły w życiu fundacji, a teraz chcą ją przejąć". "Wiecie, jakie to uczucie, gdy patrzysz, jak ktoś niszczy na twoich oczach ostatnie, co ci pozostało? Ja właśnie się dowiedziałam" – czytamy.

Łukasz Litewka nie był zwykłym politykiem czy prezesem. On żył tą fundacją przez 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu. "Człowiek od pomagania" odszedł zbyt wcześnie – lista historii, które zostawił po sobie, jest długa jak z Zakopanego do Gdańska. Kto śledził jego profil, ten wie, że tam nie było ściemy. Była autentyczność, która przyciągała miliony. I teraz, zaledwie kilka tygodni po tym, jak odszedł, jesteśmy świadkami czegoś, co za chwilę może skończyć się spektakularnym j*bnięciem tego pięknego projektu.

Oświadczenie rodziny Łukasza Litewki i jego partnerki

W poście rodziny pada dyplomatyczny zwrot "wyjaśnić wątpliwości". Czytaj: jest konflikt, jest spięcie, jest grupa ludzi, która już teraz, ledwie po pogrzebie, ma inny pomysł na to, jak prowadzić dzieło zmarłego niż jego najbliżsi. I wiecie co? Nie mam siły nawet się oburzać. Mam tylko jakieś takie ciężkie uczucie pod żebrami.

Bo to jest dokładnie ten moment, kiedy wielkie, piękne projekty zaczynają się sypać. Najpierw są wzniosłe deklaracje. Potem zapowiedzi, że "kontynuujemy". Potem pierwsze różnice zdań – "ale Łukasz na pewno chciałby tak". Potem drugie – "nie, ja go znałem lepiej, on by chciał inaczej". Potem ktoś zaczyna podejmować decyzje bez konsultacji. Potem rodzina dowiaduje się o czymś trzecimi drzwiami. Potem jest oświadczenie. A potem? Najczęściej jest śmierć tego, co miało żyć po zmarłym.

Nie wiem, kto ma rację w sporze wokół Team Litewka. Może rodzina, może rada fundacji, może wszyscy po trochu. Nie znam kuluarów, nie wiem, jakie konkretnie pomysły ktoś "forsował". I to w sumie nie jest najważniejsze. Najsmutniejsze jest to, że charyzmatyczny lider odchodzi. Zostaje machina, która jechała na jego energii. I nagle okazuje się, że bez niego nikt nie wie, jak ją obsłużyć – a każdy myśli, że wie najlepiej.

Może uda się to jeszcze posklejać. Bardzo bym chciał. Niech rodzina dogada się z radą, niech rada wsłucha się w rodzinę, niech ktoś wreszcie powie sobie: "Stop, pomyślmy, co on by zrobił, gdyby siedział teraz z nami przy stole". Bo jeżeli się nie uda – jeżeli za chwilę przeczytamy, że Team Litewka idzie do likwidacji albo dzieli się na dwie zwaśnione frakcje – to będzie naprawdę gorzka pointa.

Łukasz Litewka zostawił po sobie testament spisany tysiącami dobrych uczynków. Tymczasem jego nazwisko staje się właśnie paliwem do wewnętrznych rozgrywek w organizacji, którą stworzył. Jeśli Team Litewka runie, będzie to jedna z największych i najbardziej przykrych porażek idei bezinteresownej pomocy.