Kontrowersyjna reklama na Majorce
Burza w Hiszpanii po pojawieniu się niemieckiej reklamy na lotnisku na Majorce. Poszli za daleko Fot. Cloudy Design/Shutterstock

Niemieccy turyści od lat latają na wakacje do Hiszpanii, a szczególnym dla nich miejscem jest Majorka. Największą wyspę Balearów wybierają przede wszystkim młodzi turyści, co bywa problemem dla lokalnej społeczności. Oliwy do ognia dolał także nowy baner, który pojawił się na budynku miejscowego lotniska.

REKLAMA

Hiszpania od lat zmaga się z problemem masowej turystyki, a Baleary są jedną z największych jej ofiar. Każdego roku na ich największej wyspie dochodzi do strajków, w których wprost padają hasła wzywające podróżnych do powrotu do domu. Problemem nie jest jednak wyłącznie liczba podróżnych, ale także ich jakość. Przez lata Majorka zyskała bowiem łatkę imprezowni dla Brytyjczyków i Niemców i właśnie taki wizerunek zdaniem miejscowych utrwala oburzająca reklama na budynku lotniska.

Afera w Hiszpanii. Na Majorce grzmią po reklamie Niemców

Lotnisko w Palmie to największy port na całych Balearach. Rocznie z jego usług korzysta ok. 31 mln pasażerów, a wielu z nich dociera tam właśnie w okresie od maja do września. I to w tym trudnym czasie na budynku lotniska pojawiła się wielka czerwona reklama z hasłem "Was auf Malle passiert, wird auf Malle beglichen". W języku niemieckim oznacza to "To, co dzieje się na Majorce, zostaje na Majorce". I to wystarczyło, żeby rozpocząć burzę.

Hasło w bezpośredni sposób nawiązuje bowiem do słynnego "Co dzieje się w Vegas, zostaje w Vegas" stworzonego dla agencji turystycznej Las Vegas Convention and Visitors Authority. Slogan ten miał namawiać do swobodnej i nieograniczonej zabawy w mieście świateł.

I właśnie to nawiązanie najbardziej zabolało mieszkańców, którzy od lat próbują walczyć z wizerunkiem kierunku imprezowego. Mają w pamięci, że wcześniej wyganiali turystów i nawet Niemcy mieli tego dość. Zamiast tego podczas promocji wyspy kładziony jest nacisk na jej tradycję, kulturę i możliwość relaksu oraz kontaktu z naturą. Władzom zależy, by nie powtórzył się scenariusz, w którym turyści dewastują uwielbiane miejsca, kiedyś były oazami spokoju. Natomiast slogan nie tylko niweczy te działania, ale i dolewa oliwy do ognia.

Co autor miał na myśli? Wielkie oburzenie w Hiszpanii

Widok wielkiego plakatu nawołującego do imprezowania oburzył władze Balearów. Minister turystyki Balearów Jaume Bauzà wprost domaga się natychmiastowego usunięcia ogromnego plakatu z budynku od Aeny zarządzającej portem. Polityk podkreślił w swoim wpisie, że taki rodzaj reklamy jest "absolutnie niedopuszczalny". Ostatecznie więc to kolejny rozdział tej samej walki, w której Majorka chce surowiej karać turystów i wlepiać im 3 tys. zł mandatu za zabawę na plaży.

Do sprawy na łamach mallorcamagazin.com odniósł się bank Sparkasse, który w ten sposób chce promować korzystanie z aplikacji Wero, czyli funkcji pozwalającej na robienie przelewów z jednego telefonu komórkowego na drugi. "Reklama wymaga uwagi, dlatego musi być prowokacyjna. To, jakie rachunki klienci na Majorce płacą za pomocą Wero, zależy oczywiście wyłącznie od nich. Dlatego trudno nam zrozumieć powiązanie z konkretną formą turystyki na Majorce. Plakat w żadnym momencie nie miał na celu urazić uczuć mieszkańców wyspy" – przekazał niemieckiemu dziennikowi rzecznik banku.

Problemu nie widzi także Aena, czyli spółka zarządzająca znaczną częścią lotnisk w Hiszpanii. Jej przedstawiciele na sytuację patrzą jednak z perspektywy centralnej Hiszpanii, a nie lokalnej sytuacji na Balearach. W oświadczeniu podkreślono, że zdaniem firmy "nie była to kampania promująca nadmierną turystykę na wyspie". Z tym nie zgadza się wielu mieszkańców Majorki, a także lokalnych polityków, dla których plakat stanowi wręcz obrazę.