
Schowki nad głowami pasażerów to ważne miejsca w samolotach. Zwłaszcza lecąc tanimi liniami lotniczymi, kiedy miejsca na nogi jest bardzo niewiele, chcemy schować tam wszystkie swoje rzeczy. Niebawem może się to jednak zmienić. Przez turystów linie lotnicze mogą zacząć zamykać schowki na klucz.
Bagażniki samolotowe są miejscami pożądanymi. Sama lubię wsiąść wcześniej do samolotu, aby wrzucić plecak na górę i nie musieć cisnąć się z nim pod fotelem. Nie tylko ja tak mam, bo większość pasażerów robi, co może, aby gdzieś upchnąć bagaż. Jednak niebawem dostęp do niego podczas lotu może nie być tak łatwy jak dotychczas. Międzynarodowe Zrzeszenie Przewoźników Powietrznych (IATA) rozważa odebranie nam tej możliwości. Sami jesteśmy sobie winni.
Koniec z grzebaniem w plecaku podczas lotu. Schowki będą zamykane na klucz
Na przestrzeni lat samoloty bardzo się zmieniały, ale schowki nad głową były dość stałym elementem wyposażenia samolotu. Dziś bywają tak cenne, że część przewoźników wprowadziła już osobną opłatę za miejsce w schowku nad głową pasażera. Dlaczego więc właśnie teraz zaczęły stanowić one problem? Wszystkiemu winni są ludzie, a w zasadzie nasza bezmyślność i egoistyczne podejście do życia.
IATA przeprowadziła niedawno badanie, które stawia pasażerów w bardzo złym świetle. Wynika z niego, że tylko 61 proc. wiedziało, że w razie ewakuacji powinno zostawić wszystkie swoje rzeczy na pokładzie i jak najszybciej opuścić samolot. 33 proc. potwierdziło, że widziało ludzi, którzy w tej nagłej sytuacji zabierali swoje bagaże, a 22 proc. wskazało, że prawdopodobnie zrobiłoby to samo.
I właśnie ta pogoń za tym, żeby zabrać swoje rzeczy z pokładu, jest największym problemem. Załoga ma tylko 90 sekund na wyprowadzenie wszystkich podróżnych z samolotu i jest to możliwe. Pokazał to m.in. wypadek samolotu w Japonii. Jednak Europejczycy, zamiast troszczyć się o życie swoje i innych pasażerów, martwią się o bagaż, tym samym narażając innych na ryzyko utraty zdrowia i życia. Stąd właśnie poważne rozmowy nad zmianą obecnych przepisów.
– Większość pasażerów wie, co robić w razie wypadku. Istnieje jednak znaczna luka w wiedzy wśród niektórych podróżnych, która może doprowadzić do katastrofy. Nawet poświęcenie kilku dodatkowych sekund na zebranie rzeczy osobistych przez jednego lub dwóch pasażerów może zagrozić ludzkiemu życiu – przekazał Nick Careen, starszy wiceprezes ds. operacji i bezpieczeństwa w IATA w rozmowie z EASA.
Zobacz także
IATA daje nam ostatnią szansę. Zmienimy nawyki albo plecaki trafią pod klucz
IATA ruszyła właśnie z kampanią "Save a Life, Not a Bag", która ma uświadomić podróżnym, że od bagażu i jego zawartości ważniejsze jest ludzkie życie i bezpieczeństwo. Jeżeli taka nauczka nie zadziała, międzynarodowe stowarzyszenie może wydać nowe zalecenia przewoźnikom i ograniczyć naszą swobodę na pokładach samolotów. Nie byłby to zresztą pierwszy raz, gdy podróżni dostają nowy limit dotyczący bagażu podręcznego.
W czarnym scenariuszu możliwe jest wprowadzenie specjalnych zamków do schowków. Dzięki nim bagażniki byłyby zamykane na klucz na czas startu i lądowania. Inna opcja to wprowadzenie wysokich i bolesnych grzywien dla pasażerów łamiących przepisy.
Problemem są jednak nie tylko bagaże, ale i domorośli kamerzyści. W momencie ewakuacji wiele osób zaczyna wyjmować telefony i zaczyna wszystko nagrywać albo robić zdjęcia. To również spowalnia proces ewakuacji, a dodatkowo jest niebezpieczne, bo patrząc w telefon, możemy na kogoś wpaść albo zahaczyć o fotel i doprowadzić do wypadku. Telefony bywają zresztą groźne na pokładzie same w sobie – głośna była niedawno ewakuacja samolotu przez smartfon, którego bateria stanęła w ogniu.
Zasady są proste i powtarzane w wielu poradnikach tłumaczących, jak zachować się, gdy samolot wypada z pasa i co ma zrobić pasażer w takiej sytuacji. A mimo tego nadal mamy problem z właściwą ewakuacją.
– Postępuj zgodnie z instrukcjami załogi, zostaw cały bagaż i szybko udaj się do najbliższego dostępnego wyjścia. To nie tylko uratuje ci życie, ale także będzie dowodem na to, że zrobiłeś wszystko, co w twojej mocy, aby wszyscy mogli uciec z niebezpieczeństwa – przypomniał pasażerom Florian Guillermet, dyrektor wykonawczy EASA cytowany przez "Independent".






