
Wierzą, że świat jest odbiciem ich myśli. Wprowadzają się w stan posiadania czegoś, czego nie mają. Polacy pokochali afirmowanie i manifestowanie rzeczywistości. – Nie istnieje żadna magiczna pigułka na szczęście. Przekonanie, że wystarczy pomyśleć życzenie "tu i teraz", bez wykonania głębokiej pracy wewnętrznej, jest po prostu iluzją – ostrzega Ewelina Naturia Pańczyk, psychotraumatolożka, terapeutka i mediatorka.
Pamiętam, jak przed laty, przed swoim pierwszym półmaratonem, wyobrażałam sobie, że lekko i przyjemnie wbiegam na metę. Dokładnie tak się stało. Wbiegłam na nią jak do własnego domu, a potem od razu poleciałam z wówczas maleńką córeczką na plac zabaw.
Byłam po roku intensywnych treningów, stopniowo wydłużanych zgodnie z planem. Nie chcę wiedzieć, co by się stało, gdybym ten rok przeleżała na kanapie i tylko biegała w swoich fantazjach. Być może skończyłabym z kontuzją, w karetce albo nie zmieściłabym się w limicie czasu.
Wtedy wyobrażałam sobie sukces, dziś powiedziałabym: zamanifestowałam go, wyafirmowałam sobie.
Do dziś, kiedy o czymś marzę, próbuję sobie wyobrazić, że już to mam. Zawsze kreślę sobie optymistyczne scenariusze, bo po co zakładać najgorsze? Ale najpierw działam.
Energia obfitości
To, co zrobiłam wtedy intuicyjnie, neuronauka i psychologia sportu opisują jako trening wyobrażeniowy. Badania pokazują, że podczas intensywnej wizualizacji w mózgu aktywują się te same obszary, które odpowiadają za realny ruch. Dobrze wiedział o tym Amerykanin, Michael Phelps. Najbardziej utytułowany olimpijczyk w historii przed startami odtwarzał w głowie "film" idealnego wyścigu, ale też możliwe scenariusze kryzysowe. Dzięki temu, gdy podczas igrzysk w Pekinie do jego okularów nalała się woda, nie spanikował. Płynął na pamięć i zdobył złoto.
Phelps nie leżał jednak na kanapie, czekając, aż wszechświat wykona pracę za niego. Wizualizacja była tylko uzupełnieniem tysięcy godzin treningu. Bez nich wygrana pozostałaby wyłącznie życzeniem.
W mediach społecznościowych coraz częściej trafiam na historie osób przekonanych, że wystarczy "wejść w energię obfitości", by pieniądze same pojawiły się na koncie, albo "wibrować na częstotliwości miłości", by idealny partner zapukał do drzwi. Niektóre z tych osób rezygnują z pracy, odkładają decyzje zawodowe albo wycofują się z aktywnego życia, wierząc, że wszechświat sam wszystko dostarczy. Działanie zupełnie wyparowuje.
I trochę się boję. Zwłaszcza po przeczytaniu historii kobiety, która przestała chodzić do pracy, wierząc, że zamanifestuje bogactwo z powietrza. Bogactwo nie przyszło, pojawiły się długi, mąż ją zostawił. Do tego doszła depresja.
Użytkowniczki grup (kobiet jest w nich więcej) niechętnie mówią o porażkach. Częściej dzielą się historiami o tym, jak "wymanifestowały" wymarzoną pracę, duże pieniądze czy idealnego partnera.
– Przez miesiąc zapisywałam sobie w zeszycie cechy partnera, którego chciałam poznać – opowiada Gabriela. – Jestem bardzo wysoka, więc zależało mi, żeby mężczyzna miał co najmniej 185 cm wzrostu. Spisałam dokładnie te cechy. I co? Poznałam dokładnie takiego mężczyznę.
Jej historia zaczęła się rok temu, kiedy trafiła na książki Neville’a Goddarda – amerykańskiego mistyka i twórcy tzw. Prawa Założenia (to koncepcja, według której rzeczywistość bezwzględnie materializuje to, co w swoich myślach z góry uznamy za pewny, już dokonany fakt). Przyznaje, że na początku podchodziła do tego z dystansem, ale postanowiła sprawdzić wszystko na sobie. Zaczęła od tzw. eksperymentu z drabiną.
Przez kilka nocy, tuż przed zaśnięciem, wizualizowała, że wchodzi po drabinie. Jak mówi, starała się przy tym wyobrażać sobie jak najwięcej szczegółów. Uruchomiła wszystkie zmysły. W ciągu dnia powtarzała sobie przekornie, że "na pewno nie wejdzie na drabinę". Po kilku dniach – jak opowiada – rzeczywiście znalazła się w sytuacji, w której musiała wejść na prawdziwą drabinę.
To był dla niej moment przełomowy. Zaczęła bawić się tą metodą: manifestowała wolne miejsca parkingowe, wiadomości od konkretnych osób, a nawet chorobę, która pojawiła się wtedy, kiedy potrzebowała odpocząć.
– Dziś nie wyobrażam sobie, żeby przed snem nie wchodzić w stan, w którym czuję to, co chcę manifestować – podkreśla.
Z kolei Joanna wierzy, że wymanifestowała pracę, o jakiej marzyła.
– Codziennie wizualizowałam sobie ten moment, żyłam z przekonaniem, że to stanowisko już do mnie należy – opowiada. – Kiedy jednak powiedziałam o tym znajomym, wyśmiali mnie. Usłyszałam, że to nie zasługa afirmacji, ale moich kompetencji.
Szybko doszła do wniosku, że otaczanie się ludźmi, którzy nie rozumieją Prawa Założenia, nie wspiera jej rozwoju. Ograniczyła kontakt z dawnymi znajomymi i dziś żyje po swojemu.
W świecie manifestacji nie ma już miejsca na zwykłe "pozytywne myślenie" – tu funkcjonuje rozbudowany, niemal techniczny język. Jednym z kluczowych pojęć jest Self Concept, rozumiany jako radykalna zmiana obrazu samej siebie. Zgodnie z tą zasadą, jeśli ktoś zacznie postrzegać się jak osoba bogata czy spełniona, rzeczywistość ma – według wyznawców tej koncepcji – podążyć za tym wyobrażeniem.
Polacy pokochali manifestacje i afirmacje. Grupy zrzeszające zwolenników tych idei liczą dziś dziesiątki tysięcy osób. Trend ten przeniknął także do języka codziennego. Słowo "wymanifestować" wyszło z zamkniętych forów internetowych i coraz częściej pojawia się w potocznych rozmowach.
Dla części młodych osób – zwłaszcza milenialsów i przedstawicieli pokolenia Z – sukces rzadziej opisywany jest jako szczęśliwy zbieg okoliczności czy trafiona okazja. Coraz częściej mówi się, że bilety lotnicze, podwyżka czy znalezienie mieszkania zostały "wymanifestowane".
8 tysięcy złotych z powietrza
Wiktoria, kolejna entuzjastka Prawa Założenia, przestała reagować na tzw. 3D, czyli bieżącą, fizyczną rzeczywistość. Jak tłumaczą osoby związane z nurtem Goddarda, jest ona jedynie "opóźnionym" odbiciem wcześniejszych myśli. W tej interpretacji liczy się przede wszystkim to, co dzieje się w wyobraźni, nawet jeśli rzeczywistość temu przeczy.
– Mój były chłopak, którego z powrotem chcę zamanifestować, ma narzeczoną, ale ignoruję 3D i zakładam, że jesteśmy razem. Wierzę, że ta dziewczyna po prostu zniknie z jego życia – mówi z rozbrajającą szczerością.
Najbardziej zaskakującą historią, na jaką trafiłam w jednej z grup, była opowieść o "manifestowaniu" 8 tysięcy złotych miesięcznie – bez pracy i jakichkolwiek innych źródeł dochodu. Internautka, pisząca z anonimowego konta, twierdziła, że "wystarczyło tylko zmienić swoje przekonania". Brzmi kusząco!
Moda na afirmacje i manifestacje przeżywa dziś prawdziwy rozkwit. Zdaniem Eweliny Naturii Pańczyk, psychotraumatolożki, terapeutki i mediatorki, samo zjawisko wyrasta z bardzo zrozumiałej potrzeby odzyskania wpływu na własne życie.
Jak zauważa ekspertka, współczesny człowiek coraz częściej odrzuca bezrefleksyjne podporządkowanie i szuka rozwiązań, które pozwolą mu żyć w zgodzie z własnymi potrzebami. I kieruje się w stronę rozwoju osobistego.
Problem zaczyna się jednak wtedy, gdy złożony proces zdrowienia zostaje sprowadzony do kilku prostych haseł.
– Jako psychotraumatolog pracuję z ludźmi znajdującymi się w najtrudniejszych momentach życia. W przypadku osoby głęboko straumatyzowanej, będącej w całkowitym życiowym rozpadzie, podanie jej gotowej afirmacji jest kompletnym absurdem i na tym etapie może bardziej zaszkodzić niż pomóc – podkreśla Ewelina Naturia Pańczyk.
Jak wyjaśnia, człowiek przeżywający głęboki kryzys często nie ma nawet kontaktu ze swoimi rzeczywistymi potrzebami. Kobieta po wieloletnim przemocowym związku czy mężczyzna, który utracił kontakt z dziećmi, karmieni pop-psychologiczną wizją "manifestowania szczęścia", mogą doświadczać jedynie jeszcze większej frustracji. Zamiast ulgi pojawia się poczucie porażki i cierpienie związane z tym, czego aktualnie brakuje w ich życiu.
Wizualizacje mogą wspierać, ale nie zastąpią terapii
Ekspertka podkreśla jednak, że nie oznacza to całkowitego odrzucenia wizualizacji czy afirmacji. Przeciwnie – odpowiednio wykorzystane znajdują zastosowanie również w procesie terapeutycznym.
– Wizualizacje pomagają pacjentowi wyobrazić sobie lepszą przyszłość i zobaczyć cel, do którego zmierza. Pokazują, że zmiana jest możliwa. Ale dzieje się to dopiero wtedy, gdy człowiek przepracuje swoje rany, odbuduje zasoby i odzyska kontakt ze sobą po przeżytym stresie pourazowym – tłumaczy.
Jak dodaje, dopiero na tym etapie proste komunikaty mogą stać się realnym wsparciem.
Ewelina Naturia Pańczyk
psychotraumatolożka, terapeutka i mediatorka
Jednocześnie Ewelina Naturia Pańczyk zastrzega, że przypisywanie afirmacjom niemal magicznej mocy jest niebezpiecznym uproszczeniem.
– Powiedzmy sobie jasno: przekonanie, że wystarczy pomyśleć życzenie "tu i teraz", bez wykonania głębokiej pracy wewnętrznej, jest po prostu iluzją – zaznacza.
Magiczna pigułka z TikToka
Dlaczego tak chętnie sięgamy po afirmacje? Zdaniem Eweliny Naturii Pańczyk powodów popularności takich przekonań jest co najmniej kilka.
Pierwszym z nich jest potrzeba pójścia na skróty. Współczesna kultura przyzwyczaiła nas do natychmiastowych efektów.
– Żyjemy w erze Instagrama i TikToka. Na krótkich filmikach widzimy kogoś, kto trzyma surowego kurczaka, pstryka palcem, a po sekundzie na stole pojawia się gotowa, pięknie podana kolacja przy świecach. Przyzwyczailiśmy się do takich obrazków. Tymczasem w rzeczywistości przygotowanie posiłku zajmuje dwie godziny, po drodze można coś przypalić, a efekt nie zawsze będzie idealny. Tak samo jest ze zmianą – trzeba ją po prostu wypracować – tłumaczy.
Jak podkreśla psychotraumatolożka, nie istnieje żadna magiczna pigułka na szczęście. Osobie z traumą, zaburzeniami lękowymi czy nawracającymi atakami paniki samo zapisanie kilku zdań na kartce nie rozwiąże problemu. Terapia jest głębokim procesem i ciężką pracą, która wymaga czasu.
Ciąg dalszy tekstu poniżej
Zobacz także
Lęk przed spotkaniem z samym sobą
Drugim, znacznie głębszym powodem, jest lęk przed konfrontacją z własnymi przeżyciami i prawdą o sobie.
– Ktoś może myśleć o sobie: "Jestem świetny, mam wszystko przepracowane, wiem już o sobie wszystko". Tymczasem w procesie terapeutycznym nagle okazuje się, że jest dopiero na początku swojej drogi. Taka prawda potrafi przytłoczyć – zauważa Pańczyk.
Jak dodaje, terapeuta działa trochę jak lustro, a spotkanie z własnym wstydem, bólem czy dawnymi ranami dla wielu osób okazuje się zbyt trudne.
– Wolimy wyprzeć te doświadczenia, schować je głęboko i żyć tak, jakby problem nie istniał. Niestety, te mechanizmy zawsze w końcu dochodzą do głosu. Jeśli nie przepracujemy ran relacyjnych z dzieciństwa, będą one wracały w kolejnych związkach, a później także w relacjach z własnymi dziećmi. Konfrontacja i tak nas nie ominie – ostrzega.
Jak podkreśla ekspertka, źródłem wielu problemów są doświadczenia wyniesione z domu rodzinnego – traumy porzucenia, odrzucenia, parentyfikacji czy głębokiego wstydu – ale również późniejsze wydarzenia, takie jak śmierć bliskiej osoby, bankructwo czy bolesne rozstania. Tych śladów nie da się wymazać za pomocą afirmacji.
– Człowiek może powtarzać afirmacje przez cały rok, ale jeśli nie dotrze do źródła swoich trudności, niewiele się zmieni. Ucieczka w powierzchowne afirmacje jest jedynie odkładaniem problemu w czasie i próbą oszukania rzeczywistości. Nieprzepracowana trauma bardzo często staje się naszym losem – wpływa na to, kogo spotykamy i w jaki sposób doświadczamy świata. U podstaw popularności manifestacji leżą więc z jednej strony wygoda i pragnienie szybkich rozwiązań, a z drugiej – głęboki lęk przed odkryciem, kim naprawdę jesteśmy, gdy opadną wszystkie maski – podsumowuje Ewelina Naturia Pańczyk.






