
Panie premierze. Wiem, że dużo ma Pan teraz na głowie, wszak ciągłe gaszenie wybuchających pożarów to rzecz niebywale angażująca. Dlatego nie oczekuję, że dziś Pan z tym listem się zapozna. Ale podejrzewam, że znajdzie pan czas późną jesienią 2027 roku, kiedy nie będzie Pan miał już obowiązków szefa Rady Ministrów. Patrząc na to, jak dziś działa rząd, tak zapewne to się skończy.
Panie Premierze Donaldzie Tusku,
Piszę ten list w samym środku afery szpitalnej, która ma za sobą już kilka erupcji, a niewykluczone, że apogeum dopiero nastąpi. Za sprawą kolejnych publikacji Zero.pl, wiemy dziś, że Pańska ekipa potrzebuje władzy nie po to, by zmieniać Polskę na lepsze, ale po to, by swoje życie uczynić wygodniejszym.
Panu, panie Premierze, nie można w 2026 roku zarzucić lenistwa. Wręcz przeciwnie, uznał Pan bowiem – zapewne słusznie – że ma pod sobą tak mało pracowitych osób, że wiele spraw trzeba po prostu załatwiać osobiście.
W poniedziałki jeździ Pan na szczyty europejskie, we wtorki kręci rolki ze stawiania pizzy młodym piłkarzom, w środy podpisuje kontrakty zbrojeniowe, w czwartek ruga niesfornych koalicjantów, a w piątek odpowiada Pan na szokujące publikacje medialne – że sprawy trzeba wyjaśniać do spodu, wypalać je gorącym żelazem i że toczy Pan walkę z wiatrakami, jakimi są rozpasani działacze Koalicji Obywatelskiej.
I chyba właśnie w tym, Panie Premierze, widzę jeden z głównych problemów tego rządu. W słabym merytorycznie, egoistycznym, krótkowzrocznym, pozbawionym wizji zapleczu partyjnym. Pracować mało komu się chce, własnych pomysłów brak, jest za to dużo uśmiechania się, promocji i powielania przekazu dnia. Pojawiają się rzecz jasna co jakiś czas talenty – choćby ostatnio awansowana przez Pana Magdalena Sobkowiak-Czarnecka czy aktywna i merytoryczna wiceministra pracy Aleksandra Gajewska – ale finalnie ławka okazuje się krótsza niż ta na Pana tradycyjnym noworocznym koleżeńskim meczu oldbojów w Sopocie.
Gdyby jeszcze cały ten aktyw partyjny był dyscyplinowany przez kogoś umiejącego w politykę, ale nie taką opartą na gierkach i układzikach, tylko taką, jakiej oczekują Polacy – nastawioną na szybkie rozwiązywanie problemów, wychodzącą do przodu, promującą wartościowych ludzi...
Ale Pan tę misję powierzył Marcinowi Kierwińskiemu, który jest sekretarzem generalnym całej Koalicji Obywatelskiej, tymczasem to w zarządzanych przez niego lokalnych warszawskich strukturach wyrósł Dawid Kacprzyk. I ten sam człowiek za sprawą Kierwińskiego kierował partyjną młodzieżówką. Strach pomyśleć kogo jeszcze z młodych mógł zarazić swoim cwaniactwem, skłonnością do dojenia publicznej kasy i przepuszczania kolegów partyjnych bez kolejki.
Adrian Zandberg słusznie porównał Marcina Kierwińskiego to Jacka Sasina. To wszak bardzo bliskie sobie postaci, które los związał z różnymi partami politycznymi. Kierwiński nie jest może bardzo złym ministrem spraw wewnętrznych, ale w dziedzinie trzymania partii w ryzach ma dokładnie ten sam talent anty-Midasa co rzeczony Sasin. Gdyby tak nie było, sprawa Tomasza Lenza – wyrzuconego z partii kilka miesięcy po ujawnieniu przez Wirtualną Polskę, że wpychał swojego bliskiego po znajomości do szpitalnej kolejki – sprawiłaby, że to wewnętrzny partyjny audyt ujawniłby szpitalne saloniki VIP, zanim zrobił to Patryk Słowik.
Zamiast tego było klasyczne "jakoś to będzie", a po nim chowanie głowy w piasek i unikanie przez Kierwińskiego politycznej odpowiedzialności za całe zamieszanie.
W komunikacji kryzysowej mistrzami świata to Wy nie jesteście. No bo ktoś jednak pozwolił najbogatszemu posłowi w polskim Sejmie, Arturowi Łąckiemu, pójść do mediów i mówić, że "kto nigdy nie przyspieszał sobie kolejki po znajomości, niech pierwszy rzuci kamieniem".
Wcześniej nie było żadnej strategii na odparcie ataków na projekt o zabezpieczeniu socjalnym ubogich artystów. Choć był to pomysł Waszego rządu, to sami artyści musieli bronić się przed nakręconą wokół sprawy histerią, narażając się często na jeszcze większy wylew hejtu.
Że nie wspomnę o wcześniejszych aferach, jak KPO dla branż turystycznych, gdzie łatwo dawaliście się narracyjnie pożreć, choć finalnie okazało się, że nieprawidłowości było znacznie mniej niż przy wielu rozdawkach publicznych pieniędzy za poprzedników.
Dużo tych afer, prawda?
Ja tu o narracji i politycznej walce, Panie Premierze, ale przecież kluczowe są też sprawy, które dotyczą problemów zwykłych Polaków. Weźmy jeden przykład: podwyższenie progu podatkowego. Wielkie obietnice z kampanii wyborczej ograniczyły się do stwierdzenia ministra finansów Andrzeja Domańskiego, że "będziemy rozmawiać". Tak, wiem, ta nielubiana przez Pana Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz stała się twarzą pomysłu, więc trzeba było ją ustawić do pionu i powiedzieć, że to nie jest inicjatywa rządu. No to pomysł skradł wam Przemysław Czarnek, który podbił stawkę do 180 tysięcy złotych. I teraz każdy Wasz ruch będzie politycznie ryzykowny.
Z tą ochroną zdrowia to też za bardzo Wam nie wychodzi. Można odnieść wrażenie, że jedyna reforma, o jakiej słyszymy, to ta, że lekarze zaczęli zarabiać w Polsce więcej. Niektórzy tyle, że za nic nie wyjadą za granicę, bo tam będzie im po prostu gorzej. A pacjentom zostaje stara bida.
Zobacz także
Sam w miniony weekend spędziłem z bliską osobą noc na SORze, czekając na przyjęcie blisko 6 godzin i przez ten czas studiując na pamięć komunikat, że maksymalny czas oczekiwania nie może przekroczyć 4 godzin. Ostatecznie i tak musimy skorzystać z prywatnej porady specjalisty.
Cięcia w diagnostyce to już w ogóle rzecz niewybaczalna. Zwłaszcza gdy pacjenci słyszą, że powodem jest brak pieniędzy, a te tak obficie płyną na konta arcymajętnych lekarzy.
Zaniedbania tyczą się też wielu grup społecznych. Weźmy naukowców, którzy przecież tak licznie poszli do wyborów w 2023 roku licząc, że następcy Prawa i Sprawiedliwości przestaną uwłaszczać się na polskiej nauce i zaczną wreszcie porządnie finansować ją i ludzi z nią związanymi. Tymczasem w 2026 roku mamy znajomych królika rozsianych po różnych instytucjach i naukowców protestujących na ulicy z hasłami, że gorzej niż w tej chwili nie było chyba nigdy.
Wiem, Panie Premierze, powie Pan zaraz, że w 2026 roku nie było szans na 3 proc. PKB na polską naukę, bo musimy mocno inwestować w obronność. I właśnie inwestycje w zbrojenia, ochronę cywilną i szerzej pojęte bezpieczeństwo miały stać się motywem przewodnim rządów Koalicji 15 Października w czasie globalnego niepokoju. Problem w tym, że nowe myśliwce, miny, hełmy, transportery opancerzone i wyrzutnie rakiet to obrazki tyleż efektowne, co wyborcom zlewające się w jedno. Wzrost siły polskiej armii to ważna rzecz, pieniądze z SAFE również, ale zwykły Polak z gigantycznych pieniędzy na obronność swojego domowego budżetu nie powiększy. A ostatecznie to jego stabilność jest faktorem decydującym o tym, na kogo odda głos w nadchodzących wyborach.
Nie mogę też pominąć kwestii stosunków Polski z Ukrainą. Pana proukraińska postawa nie zawsze idzie w parze z działaniami, co wyraźnie zobaczyliśmy już w kampanii prezydenckiej, kiedy Rafał Trzaskowski puszczał oczko do elektoratu niechętnego Ukraińcom.
To było ciche przyzwolenie na eskalację negatywnych nastrojów między oboma narodami. Jasne, ogromne znaczenie ma tu postawa prezydenta Karola Nawrockiego, który od początku wybiera zwarcie ze swoim ukraińskim odpowiednikiem. Ale, przyłączając się do budowania antyukraińskich nastrojów, na własne życzenie stracił pan wiele kart.
Problemów, jakie powinny być załatwione, a nie są, jest cała masa. Może i Telewizji Polskiej nie ogląda wiele osób, ale do ludzi docierają fragmenty, w których np. nazywa się aferę szpitalną pseudoaferą. A pamiętamy wszyscy zapowiedzi odpolitycznienia mediów publicznych.
Rozliczenia poprzedniej władzy? Skończyły się tak, że przy okazji kryzysu wokół Szpitala Południowego przypominane są respiratory od handlarza bronią – problem w tym, że odpowiedzialny za nie były wiceminister zdrowia w rządzie PiS nie usłyszał za to żadnych zarzutów.
W edukacji też kulawo. Może i udało się nieco ucywilizować sytuację z zarobkami nauczycieli, ale wygenerowano całą masę nowych problemów, z edukacją zdrowotną i brakiem prac domowych na czele.
Dużo tego, prawda? Trudno się dziwić, że władza powoli wymyka się Panu z rąk, Panie Premierze. Co nie oznacza, że sprawa jest przesądzona.
Jarosław Kaczyński zrobił Panu prezent w postaci Przemysława Czarnka jako kandydata na premiera, dwuprocentowych koalicjantów może uda się wciągnąć jeszcze na wspólne listy umacniając listę KO, a Konfederacja i Braun mogą okazać się przeszacowani w sondażach.
Problem dla Pana leży jednak w tym, że wiszenie na czynnikach zewnętrznych nic w 2027 roku nie da, jeśli nie naprawi się problemów, które ma się w swoich szeregach. Sposób poradzenia sobie z aferą szpitalną sporo powie o tym, czy rządzą nami choć trochę poważni ludzie, czy też mentalni koledzy Dawida Kacprzyka.
Życząc pełnych refleksji wakacji,
Maciej Bąk






