
Patryk Słowik, dziennikarz Zero.pl, w "Rozmowie naTemat" opowiada o kulisach sprawy Warszawskiego Szpitala Południowego, milionowych zarobkach młodego lekarza, politykach wchodzących przed kolejkę i systemie ochrony zdrowia, który – jego zdaniem – wali się na naszych oczach.
To miała być kolejna historia o oświadczeniu majątkowym lokalnego radnego. Szybko jednak zamieniła się w jedną z najgłośniejszych afer ostatnich tygodni. Dwa śledztwa prokuratury, konferencje premiera oraz prezydenta Warszawy Rafała Trzaskowskiego, zwolnienia w szpitalu i pytania, na które odpowiedzi chcieliby usłyszeć wszyscy pacjenci stojący miesiącami w kolejkach.
W "Rozmowie naTemat" Patryk Słowik, dziennikarz Zero.pl, mówi o politycznym kolesiostwie, bezradności państwa i ochronie zdrowia, w której zwykły pacjent czeka, a uprzywilejowani wchodzą bocznymi drzwiami.
"Mamy tylko dwa śledztwa prokuratury"
Słowik z ironią odpowiada na pytanie, czy to w ogóle jest afera. Bo – jak mówi – niektórzy przekonują, że "nic się nie wydarzyło". Tyle że lista konsekwencji jest długa.
– Nie wiem, czy to jest afera. Niektórzy mówią, że nic się nie wydarzyło. Mamy tylko dwa śledztwa prokuratury, trzy konferencje Donalda Tuska, cztery konferencje Rafała Trzaskowskiego, kilkadziesiąt osób zwolnionych, czyli Warszawski Szpital Południowy – mówi Słowik.
Punktem wyjścia było oświadczenie majątkowe Dawida Kaczprzyka, byłego już działacza Koalicji Obywatelskiej, młodego lekarza i byłego radnego Ursusa. Jak relacjonuje Słowik, 28-latek bez specjalizacji został koordynatorem SOR-u w Warszawskim Szpitalu Południowym i w 2025 roku zarobił 1,6 mln zł z działalności lekarskiej. Łącznie – ok. 1,7 mln zł.
Na tym historia mogłaby się skończyć. Ale dziennikarz zdobył grafiki dyżurów i zestawił je z publiczną aktywnością Kaczprzyka.
– Skończyłoby się na dwóch dniach narzekania na zarobki lekarzy. Tylko udało mi się zdobyć grafiki dyżurów pana Dawida w Szpitalu Południowym. Nałożyłem na to aktywność pana Dawida, którą chwalił się na Facebooku. I okazało się, że pan Dawid ma tak wielki talent, że bywał w dwóch miejscach jednocześnie – mówi Słowik.
"Dla polityków system wygląda dobrze"
Według Słowika w Warszawskim Szpitalu Południowym niektórych polityków Koalicji Obywatelskiej i ich rodziny przyjmowano w nadzwyczajnym trybie. Pojawia się też wątek tzw. saloniku VIP, czyli pomieszczenia, w którym mieli czekać uprzywilejowani pacjenci.
Słowik podkreśla, że najbardziej nie oburza go samo pomieszczenie, lecz to, że polityczna legitymacja mogła oznaczać szybszy dostęp do badań.
– Jeżeli Polak czeka dzisiaj na kolonoskopię kilka, a zazwyczaj kilkanaście miesięcy, to nie może być tak, że przynależność do partii politycznej powoduje, że ktoś ma to badanie wykonane w ciągu kilkudziesięciu minut. Mnie to oburza. Większość oburzyła się tak zwanym salonikiem VIP, czyli tym pomieszczeniem, a mnie dużo bardziej oburza to, że politycy najzwyczajniej w świecie nie muszą przejmować się tym, jak wygląda publiczny system ochrony zdrowia w Polsce, bo dla nich wygląda dobrze – mówi dziennikarz.
To zdanie jest jednym z kluczy całej rozmowy. Bo jeśli ktoś przez lata wchodzi szybciej, dostaje badania szybciej i szybciej trafia do specjalisty, może nigdy naprawdę nie zobaczyć systemu, w którym żyją zwykli pacjenci.
Zobacz także
"System wali się na naszych oczach"
Patryk Słowik nie ma wątpliwości, że problemy państwowego systemy ochrony zdrowia są dużo głębsze. Niedofinansowanie, źle zarządzane szpitale, politycy w radach nadzorczych, lokalne układy i brak realnej reformy.
– Publiczny system ochrony zdrowia wali się na naszych oczach. Zawsze narzekaliśmy, ale tak źle jak teraz nie było. Tak długich kolejek do wielu badań i zabiegów nie było. Z punktu widzenia polityków, jeżeli oni do tego doprowadzili, to tym bardziej niegodziwe jest wchodzić przed kolejką – mówi.
Słowik zwraca uwagę, że problemem nie jest prosty podział na "złych lekarzy" i "dobrych pacjentów". Przeciwnie: ostrzega przed szczuciem na całe środowisko medyczne. Jego zdaniem trzeba ścigać patologie, ale nie wrzucać wszystkich lekarzy do jednego worka.
– To nie jest tak, że wszyscy lekarze tyle zarabiają i są w takiej sytuacji. Ja znam wielu młodych, ambitnych lekarzy, którzy zarabiają po 10–11 tysięcy złotych na rękę. Uważam, że wynagrodzenie lekarza na poziomie 10–11 tysięcy złotych na rękę, szczególnie w dużym mieście, jest wynagrodzeniem niewygórowanym. To, że zdarzają się patologiczne przypadki, oznacza tyle, że należy walczyć z patologią, a nie ze wszystkimi lekarzami – podkreśla.
Politycy w radach nadzorczych. "Oni niczego nie nadzorują"
Jednym z najostrzejszych wątków rozmowy jest polityczny nadzór nad szpitalami. Słowik przypomina, że po publikacjach dotyczących Szpitala Południowego Rafał Trzaskowski zapowiedział zmiany w zarządzie i radzie nadzorczej placówki oraz usunięcie polityków z rad nadzorczych miejskich spółek medycznych. Dziennikarz pyta jednak: dlaczego dopiero teraz?
– Jeżeli pan prezydent Trzaskowski mówi, że nadzór będzie lepszy, jeśli nie będzie polityków, to zakładam, że nie dowiedział się tego dzisiaj. I druga kwestia: dlaczego tylko w spółkach medycznych? Gdybyśmy opisali patologię w spółce odpadowej czy wodno-kanalizacyjnej, to wymieniałby tylko w odpadowych i wodno-kanalizacyjnych. Może to jest czas, żeby pozbyć się polityków z rad nadzorczych spółek. Oni niczego nie nadzorują, oni tylko biorą pieniądze – ocenia Słowik.
"My idziemy po prostu w przepaść"
Szpitale powiatowe, lokalne układy, brak karetek na czas, porodówki zamykane według Excela i państwo, które od lat nie potrafi zrobić prawdziwej reformy – na taki stan rzeczy zwraca uwagę Słowik.
– Nie da się zarządzać systemem zdrowia tylko z perspektywy Excela, bo ci ludzie w Bieszczadach też żyją. Możemy uznać, że ich nie jest tak dużo, więc niech sobie jakoś radzą, ale mimo wszystko trzeba pomyśleć. W Polsce nie było reformy ochrony zdrowia od kilkudziesięciu lat. A to, co najbardziej zabija publiczny system ochrony zdrowia, to brak jakiejkolwiek reformy. My idziemy po prostu w przepaść i tego nie zmieniamy – mówi.
To rozmowa nie tylko o jednej aferze i jednym szpitalu. To opowieść o państwie, które reaguje dopiero wtedy, gdy dziennikarze pokazują dokumenty. O politykach, którzy mówią o kolejkach, ale sami w nich nie stoją. I o pacjentach, którzy płacą najwyższą cenę za system, w którym zbyt często liczy się nie choroba, lecz znajomości.




