
W miejscowości Skawina doszło w piątek do makabrycznego odkrycia w jednym z mieszkań. Służby znalazły tam ciała czterech osób, w tym zaledwie ośmiodniowego noworodka. Śledczy przypuszczają, że mogło dojść do samobójstwa rozszerzonego, popełnionego przez 35-letniego mężczyznę. Teraz głos w sprawie zabrał jego ojciec, który nie wierzy, że jego syn mógłby popełnić tę zbrodnię.
W piątek, 3 lipca, tuż po godzinie 15:00, funkcjonariusze ze Skawiny w województwie małopolskim odnaleźli w mieszkaniu przy ulicy Niepodległości ciała czterech osób. Jak szybko potwierdzono, ofiarami jest młode małżeństwo: 27-letnia kobieta i 35-letni mężczyzna, a także ich zaledwie ośmiodniowy noworodek oraz 59-letnia babcia dziecka.
Ze wstępnych ustaleń śledczych wynika, że najbardziej prawdopodobną hipotezą jest samobójstwo rozszerzone. Według tej wersji to 35-latek miałby być sprawcą zbrodni, poprzez zamordowanie swojej rodziny, a następnie odebranie sobie życia. – Najbardziej prawdopodobna wstępna wersja jest taka, że mamy tu do czynienia z zabójstwem połączonym z samobójstwem. Wiele wskazuje na to, że mężczyzna jest sprawcą – przekazał w rozmowie z "Faktem" prokurator Tomasz Waszczuk z Prokuratury Okręgowej w Krakowie.
Ojciec 35-latka nie wierzy w to, co się wydarzyło. "Byli szczęśliwi razem"
Dziennikarze "Super Expressu" dotarli do ojca 35-latka i przeprowadzili z nim rozmowę. Z relacji wynika, że mężczyzna jest poruszony i zrozpaczony całą sytuacją. Opowiadał o rodzinie i o tym, że niedawno na świat przyszła jego wnuczka. – Ja nie mogę uwierzyć w to, co się stało – wyznał.
Zupełnie też nie dowierza, by to jego syn był odpowiedzialny za tę zbrodnię. – Mateusz muchy by nie skrzywdził, co dopiero maleńką córeczkę czy żonę. Byli szczęśliwi razem. Odwiedzali nas, czekali na te narodziny. Mateusz od razu po urodzinach córki wszystko załatwiał w urzędach, zameldował dziecko w mieszkaniu – tłumaczył.
Jak relacjonował, w piątek od samego rana miał złe przeczucia. Trwało to do momentu, aż zadzwonił do niego ojciec zmarłej 27-latki i poinformował o tym, co się wydarzyło. Starszy mężczyzna szukał w rozmowie z mediami innych wytłumaczeń. – Może ktoś ich zamordował, bo ich pomylił z kimś innym, może to na jakieś zlecenie egzekucja była i pomylił się. Dzieci nie miały długów, mieli mieszkanie, pracę, nie mieli konfliktu z teściami. Nie rozumiem, co się stało – podsumował.
Pisaliśmy również w naTemat o tym, co mówili znajomi 35-latka o tragedii w Skawinie, którzy tak samo nie mogli uwierzyć w podejrzewany przebieg zdarzeń.
Zobacz także
Interwencja służb i tło tragedii w Skawinie
Cała sprawa rozpoczęła się w piątkowe popołudnie. Policjanci udali się na ulicę Niepodległości po wezwaniu od ojca młodej matki, który nie mógł dostać się do zamkniętego mieszkania, wiedząc, że w środku przebywają cztery osoby z jego rodziny. Z pomocą wezwanej na miejsce straży pożarnej siłowo otwarto drzwi i odnaleziono ofiary.
Podinspektor Katarzyna Cisło z małopolskiej policji zaznaczyła w RMF FM, że ofiary posiadały obrażenia zadane najprawdopodobniej ostrym narzędziem, co od razu skierowało śledczych w stronę hipotezy o samobójstwie rozszerzonym. Wyjaśniła jednocześnie, że rodzina nie sprawiała wcześniej żadnych problemów.
– W policyjnych bazach ci ludzie nie figurują. Nigdy nie było w tym mieszkaniu żadnych policyjnych interwencji, nie była prowadzona również procedura Niebieskiej Karty. Po rozpytaniu sąsiadów nie uzyskaliśmy informacji, aby ci młodzi ludzie, to małżeństwo, wszczynało jakieś burdy, awantury – tłumaczyła funkcjonariuszka.
Dokładny przebieg wydarzeń jest ustalany przez służby
Dokładny mechanizm zgonów oraz ostateczny przebieg zdarzeń ma wyjaśnić zlecona już sekcja zwłok. Jak wskazują służby, będzie to kluczowy element prowadzonego dochodzenia.
Jak tłumaczył na łamach "Faktu" prokurator Tomasz Waszczuk, ostatni kontakt z rodziną miał miejsce w czwartkowy wieczór. To właśnie na tej podstawie śledczy określają ramy czasowe tragedii.
– Wstępnie zakładamy, że do tej zbrodni mogło dojść na przestrzeni 24 godzin, między czwartkiem a piątkiem, ponieważ ostatni kontakt ze swoją żoną, czyli babcią noworodka, dziadek dziecka miał w czwartek wieczorem. W piątek, gdy dziadek nie mógł się dodzwonić, pojawił się w tym mieszkaniu o godz. 15.00 – przyznaje prokurator, zaznaczając jednocześnie, że wszystkie te okoliczności są jeszcze na etapie weryfikacji.






