
Wenecja niezmiennie pozostaje jednym z najbardziej pożądanych kierunków turystycznych. Miasto na wodzie to prawdziwy ewenement na skalę światową i kulturowa perełka we włoskiej koronie. Miasto jednak przeżywa prawdziwe najazdy turystów. Te są uciążliwe, ale i wyjątkowo dochodowe.
Kiedy myślisz o Włoszech, najszybciej kojarzysz je pewnie z Rzymem i Wenecją właśnie. Miasto na wodzie to jedna z ikon Italii i przy okazji jedno z najbardziej zatłoczonych miast świata. Jego władze jako pierwsze w historii wprowadziły opłaty wstępu. To już trzeci "testowy" rok tego programu, a jego efekty poniekąd są imponujące.
Wenecja zakończyła pobieranie opłat za wstęp. Pokaźna sumka na koncie
Pobieranie opłat za wstęp do Wenecji rozpoczęło się w tym roku 3 kwietnia i trwało do niedzieli 26 lipca. Jednodniowi turyści musieli kupować bilety wstępu w weekendy, a także w ważne święta. W sumie było to 60 dni. Efekt? Miasto wydało aż 650 tys. wejściówek, a łączny zastrzyk finansowy do budżetu wyniósł ponad 5 mln euro.
"Wstępna analiza wykazała m.in. pewne oznaki spadku szczytowej frekwencji w najbardziej krytycznych dniach. Fakt ten zostanie dokładniej zbadany w końcowym raporcie z badania" – poinformowały władze Wenecji w oficjalnym komunikacie. Na oficjalny raport z tegorocznych testów trzeba będzie poczekać do początku sierpnia.
Jednak już teraz widać, że program poniekąd jest bardzo dużym sukcesem. Opłata w wysokości 5 lub 10 euro to po prostu świetny sposób na uszczelnienie weneckiego systemu podatkowego. Ci, którzy zatrzymują się w hotelach w zabytkowym centrum miasta lub lądowym Mestre, płacą daninę za każdą spędzoną tam noc. Dodatkowo mierzą się oni z istotnym problemem: doba hotelowa jest coraz krótsza. Ci, którzy docierali na jeden dzień (i byli najbardziej uciążliwą grupą), nadal są tam obecni, ale teraz przynajmniej dokładają się do utrzymania miasta.
Walka z nadmierną turystyką czy sposób na dorobienie się na turystach? Czekam na pełne dane Wenecji
Im dłużej patrzę na projekt testowy Wenecji, tym więcej mam co do niego wątpliwości. Bo oczywiście sama idea ograniczenia masowej turystyki w mieście jest bardzo ważna. Jego ogromnym problemem jest bowiem wyludnianie się. Osoby mieszkające tam na stałe mają po prostu dość tłumów, przez które przejście ulicami jest niemożliwe. Odwiedzający są też źródłem hałasu i zanieczyszczeń. Niestety w szczycie sezonu wystarczy nieco skręcić z głównej arterii, żeby poczuć odór moczu. A to przecież nie jest dzieło mieszkających tam osób. Podobnie zresztą Rzym obnażył największy problem współczesnej turystyki i też nie potrafi sobie z nim poradzić.
Zobacz także
Jednak czy opłata wynosząca 5 euro w przypadku rezerwacji na co najmniej 3 dni przed przyjazdem lub 10 euro, jeżeli chcecie wejść w ostatniej chwili, kogokolwiek odstrasza? Bądźmy szczerzy, dla większości turystów jest to żadna opłata. Więcej trzeba nieraz zapłacić za zwiedzenie jednego muzeum albo wejście do zoo. To wszystko miałoby zdecydowanie większy sens, gdyby oprócz opłat obowiązywał twardy limit odwiedzających, a taki tam nie istnieje. A przecież Włochy wprowadzają limity turystów w innych swoich regionach. Druga opcja to ostre podwyższenie opłat, które naprawdę zabolałoby turystów.
Dlatego aktualnie wszystko o wiele bardziej wygląda na kolejny sposób na zarabianie na turystach, a niekoniecznie na realną pomoc mieszkańcom. Zresztą sam okres wydawania wejściówek też jest kontrowersyjny – od kwietnia do lipca, podczas gdy szczyt sezonu trwa tam minimum do końca sierpnia. W lutym, kiedy miasto przeżywa najazd ze względu na karnawał, nikt o pobieraniu opłat za wstęp nawet nie myśli.
To wszystko jest dużą ułomnością tego programu i sprawia, że moim zdaniem opłata za wstęp do Wenecji jest mało skuteczna. Ale z niecierpliwością czekam na ostateczne dane, które podsumują, jak naprawdę wygląda overtourism w mieście na wodzie.






