Góry, masyw Mont Blanc, alpiniści
Alpiniści z Mont Blanc musieli ponieść sporą cenę – i to dosłownie – za swoje nieodpowiedzialne decyzje Fot. Unsplash.com / @bazais

Zachowanie turystów w górach często przechodzi ludzkie pojęcie, a później ratownicy muszą ryzykować swoje życie ratując nieodpowiedzialnych wspinaczy. Nie wszędzie jednak to przejdzie. Alpiniści na Mont Blanc dostali ostatnio nauczkę, za niesłuchanie komunikatów władz.

REKLAMA

W ostatnich dniach na Mont Blanc panują bardzo trudne warunki. Wysokie temperatury powodują topnienie lodu i prowadzą do częstego obrywania się tam skał. Z tego powodu władze zdecydowały się zamknąć do odwołania schroniska Tête Rousse i Goûter, leżące na głównej drodze na szczyt.

Francuska Federacja Klubów Alpinistycznych (FFCAM) przekazała 11 sierpnia w tej sprawie komunikat: "W nawiązaniu do zarządzenia władz miejskich z 11 sierpnia 2026 r., powołującego się na bardzo wysokie ryzyko obrywów skalnych w kuluarze Goûter, schroniska Tête Rousse i Goûter są zamknięte dla turystów od godziny 14:00 we wtorek 11 sierpnia 2026 r. aż do oficjalnego ponownego otwarcia". Te informacje nie powstrzymały jednak grupy alpinistów, którzy potem słono zapłacili za swoje decyzje.

Nocleg na wysokości i nagła zmiana planów

Mimo zakazu, który zaczął obowiązywać 11 sierpnia, znaczna grupa turystów przebywała już na szlaku. Zamiast posłuchać apeli lokalnych przewodników o powrót, 32 osoby zdecydowały się pójść wyżej, docierając do schroniska Goûter – ostatniego punktu przed atakiem szczytowym na Mont Blanc – gdzie zostały na noc. A masyw ten regularnie zbiera śmiertelne żniwo: w 2024 roku polski ksiądz zginął na Mont Blanc podczas jednej z wypraw.

Według informacji przekazywanych przez francuskie media, kolejnego dnia rano wspinacze zmienili jednak plany i zażądali od francuskich służb publicznych bezpłatnego transportu śmigłowcem. Wynikało to z faktu, że schronisko znajduje się nad niebezpiecznym, narażonym na obrywy skalne żlebem Grand Couloir. Mimo, że turyści przecież przeszli go w drodze na górę, to nagle z obawy przed spadającymi kamieniami nie chcieli już wracać tą samą trasą i woleli darmową "podwózkę" na dół.

Zdecydowana odmowa władz. Turyści płacą z własnej kieszeni

Przedstawiciel lokalnych władz, mer Saint-Gervais Jean-Marc Peillex, nie zgodził się na te żądania. Cytowany przez francuskie media, m.in. franceinfo.fr, skrytykował alpinistów za to, że oczekiwali pomocy na koszt państwa, chociaż wcześniej w pełni świadomie zignorowali zagrożenie i z własnej woli podjęli ryzyko. Urzędnik podkreślił, że nikt z grupy nie wymagał interwencji medycznej, a warunki w kuluarze poprawiły się na tyle, że bezpieczny powrót o własnych siłach był tego dnia w pełni możliwy.

Po konsultacjach z żandarmerią wysokogórską mer zezwolił jedynie na prywatne loty helikopterem, których koszty musieli pokryć sami alpiniści. Część grupy przystała na tę płatną opcję, podczas gdy pozostali zeszli o własnych siłach bez żadnych komplikacji. Podobnie było zresztą, gdy to Polacy utknęli w słowackich Tatrach i musieli liczyć się z rachunkiem za akcję ratunkową.

Jean-Marc Peillex wykorzystał ten incydent, aby wezwać do reformy francuskich przepisów dotyczących ratownictwa górskiego. Jego zdaniem środki publiczne powinny być przeznaczane wyłącznie na rzeczywiste, nagłe wypadki, a osoby podejmujące skalkulowane ryzyko powinny ponosić konsekwencje swoich wyborów.

Warto tutaj wspomnieć, że w Polsce od lat toczy się podobna dyskusja w kwestii wprowadzenia płatnych akcji ratunkowych. W wielu krajach europejskich takie zasady obowiązują już od dawna. Ma to skłaniać turystów do dokładniejszego przemyślenia swoich wypraw i zapobiegać nadużywaniu pomocy ratowników w sytuacjach, gdy odpowiedzialność leży wyłącznie po stronie samych wspinaczy.