
W poniedziałek na plaży w Darłówku miała miejsce akcja ratunkowa dwóch osób, które w Bałtyku porwał prąd wsteczny. Niestety, nie przeżył ksiądz Rafał Cieszyński, proboszcz parafii w Lęborku. Teraz prokuratura bada, jak doszło do tragedii, a służby prostują teorie dotyczące czerwonej flagi, która rzekomo miała być wywieszona, gdy ksiądz wszedł do morza.
Do tragedii na plaży w Darłówku doszło w poniedziałek 17 sierpnia. Informacje o akcji ratunkowej przekazywały Morska Służba Poszukiwania i Ratownictwa oraz Służba SAR – BSR Darłowo. Kąpiącą się w Bałtyku 46-letnią kobietę oraz 53-letniego mężczyznę porwał silny prąd wsteczny. Na miejsce natychmiast zadysponowano ratowników, którym udało się zlokalizować i wyciągnąć z wody tonące osoby. Kobieta została przetransportowana do szpitala.
Niestety, stan mężczyzny był na tyle ciężki, że mimo podjętej i prowadzonej reanimacji jego życia nie udało się uratować. Jak się później okazało, był to ksiądz Rafał Cieszyński, pełniący funkcję proboszcza parafii pw. Miłosierdzia Bożego w Lęborku. Informację o jego śmierci potwierdziła Kuria Diecezjalna Pelplińska.
Tragedia w Darłówku, czyli trudne warunki i kwestia czerwonej flagi
Ratownicy od początku podkreślali, że warunki panujące tego dnia w Bałtyku należały do wyjątkowo wymagających. "Warunki na morzu były bardzo trudne. Wysokie fale, silne zafalowanie i wzburzony Bałtyk znacząco utrudniały prowadzenie działań. Rozpoczęła się walka z czasem i żywiołem" – informowała w swoim komunikacie Służba SAR – BSR Darłowo.
W przestrzeni medialnej szybko zaczęły pojawiać się spekulacje, że dwójka plażowiczów zdecydowała się na wejście do wody w momencie, gdy na strzeżonym kąpielisku wywieszona była czerwona flaga. Do tych doniesień odniósł się Przemysław Soiński, rzecznik Morskiej Służby Poszukiwania i Ratownictwa. W rozmowie z dziennikiem "Fakt" potwierdził, że tego dnia zakaz faktycznie obowiązywał. – Zgodnie z posiadanymi przez nas informacjami w ciągu dnia na kąpielisku w Darłówku obowiązywała czerwona flaga, oznaczająca zakaz kąpieli – mówił.
Zaznaczył jednak, że nie wiadomo, czy była ona wciąż obecna na maszcie w chwili wejścia pary do wody. Zdarzenie miało bowiem miejsce już po godzinach funkcjonowania strzeżonego kąpieliska. – Zgodnie z przyjętą praktyką po zakończeniu pracy ratowników WOPR oznakowanie flagowe najczęściej, o ile nie zawsze, jest zdejmowane. Dlatego nie możemy stwierdzić, że w chwili samego zdarzenia czerwona flaga była nadal wywieszona – wskazywał w rozmowie z portalem.
Rzecznik odniósł się także do podstawowych kwestii bezpieczeństwa. Zwrócił uwagę, że czerwona flaga oznacza absolutny zakaz wchodzenia do wody, również w strefie przybrzeżnej. "Przy silniejszym falowaniu mogą występować prądy, w tym prądy wsteczne, które mogą bardzo szybko odciągnąć kąpiącą się osobę od brzegu. Niebezpieczne mogą być również same fale i silny ruch wody w płytkiej strefie" – przypomniał.
Zobacz także
Śledztwo prokuratury. Znajomi odradzali kąpiel
Jak przekazała w rozmowie z Wirtualną Polską prok. Ewa Dziadczyk, rzeczniczka prasowa Prokuratury Okręgowej w Koszalinie, Prokuratura Rejonowa w Sławnie wszczęła już śledztwo w tej sprawie. Ma ono dokładnie wyjaśnić okoliczności zdarzenia. Śledczy chcą teraz przede wszystkim ustalić jedną kluczową kwestię: czy w chwili, gdy duchowny i jego znajoma wchodzili do Bałtyku, na plaży nadal wisiały czerwone flagi oznaczające zakaz kąpieli.
Rzeczniczka wskazała, że przez większą część poniedziałku czerwone flagi były wywieszone. Sytuacja zmienia się jednak w godzinach popołudniowych. – Ale o godz. 17 z posterunku na plaży zeszli ratownicy WOPR, którzy codziennie pilnują w Darłowie bezpieczeństwa nad wodą. Nie wiemy jeszcze, czy oni te flagi na noc ze sobą zabierają, czy zostawiają – tłumaczyła prokurator Dziadczyk.
Z ustaleń śledczych wynika ponadto, że zmarłemu proboszczowi towarzyszyła większa grupa znajomych, którzy odradzali mu wchodzenie do wzburzonego morza. – Grupa bawiła się głównie na plaży, ale w pewnym momencie duchowny zdecydował się wejść do wody wraz z jedną znajomą. Pozostali uczestnicy spotkania byli temu przeciwni. Prosili ich, by tego nie robili – wskazywała rzeczniczka.






