Laptop doprowadził do awaryjnej sytuacji na pokładzie
Dyn na pokładzie samolotu. Źródłem urządzenie jednego z pasazerów Fot. ChicagoPhotographer/Shutterstock

Latanie samolotem stało się w wielu przypadkach nieodłącznym elementem wakacji. Jednak pakując plecak czy walizkę, nie zdajemy sobie sprawy, jak duże zagrożenie mogą spowodować rzeczy, które każdy z nas tam wkłada. Przekonali się o tym pasażerowie, którzy doznali bolesnych oparzeń na pokładzie samolotu.

REKLAMA

Sztuka pakowania bagażu podręcznego naprawdę nie jest łatwa. Na łamach kanału kierunek:PODRÓŻE regularnie testuję kolejne sposoby na to, jak zapakować więcej rzeczy do zwykłego plecaka. Ostatecznie jednak wiele uwagi trzeba poświęcić nie tylko temu, ile wkładamy do środka, ale i co. Podczas lotu w USA niebezpiecznym problemem okazał się laptop.

Laptop zaczął dymić podczas lotu. 4 pasażerów z poparzeniami

Piątek 21 sierpnia miał być dla nich kolejnym zwykłym dniem. Pasażerowie wsiedli na pokład American Airlines w Atlancie i ruszyli w kierunku Dallas. Podróż miała potrwać dwie godziny, więc jeden z pasażerów siedzących w środkowej części samolotu postanowił wyjąć laptopa. Używanie takich urządzeń jest zgodne z przepisami, o ile nie jest to czas startu lub lądowania oraz nie występują turbulencje.

Na niedługo przed lądowaniem z urządzenia zaczął się jednak wydobywać dym, a laptop szybko się nagrzewał. Sytuacja zrobiła się niebezpieczna, a parzące urządzenie trafiło w ręce kilku innych osób. W sumie poparzonych zostało aż 4-5 pasażerów. Jedna osoba (właściciel laptopa) potrzebowała po lądowaniu pomocy medycznej.

Jak podaje "People", załoga feralnego lotu poinformowała o całej sytuacji kapitana, a ten zaalarmował służby lotniskowe. Już w trakcie lotu sprzęt zabezpieczono w specjalnej torbie, która znajduje się na pokładzie samolotu i służy właśnie do spowolnienia reakcji zachodzących w bateriach. Bo to one stanowią coraz większe zagrożenie na pokładach.

Tutaj sytuacja została szybko opanowana. Załoga przejęła sprzęt, a chwilę po wylądowaniu trafił on w ręce służb lotniskowych, które zajęły się ugaszeniem urządzenia. Tym razem obyło się bez poważnego zagrożenia i pełnoskalowego pożaru na pokładzie. Wszyscy mieli także szczęście, że do niebezpiecznej sytuacji doszło już w trakcie lądowania.

Baterie na pokładach samolotów poważnym zagrożeniem. Każdy z nas ma ich przynajmniej kilka

Niestety to nie pierwszy raz w ostatnim czasie, kiedy doszło do poważnego incydentu spowodowanego przez urządzenie na baterię. Amerykańska Federalna Administracja Lotnictwa tylko do sierpnia 2026 roku odnotowała w USA już 58 incydentów związanych z bateriami litowymi. Biorąc pod uwagę, że miesięcznie odbywa się tam ok. 1,4 mln operacji lotniczych, nadal nie jest to aż tak duża skala.

Niemniej przypadków problemów z telefonami, laptopami, tabletami i powerbankami jest coraz więcej, dlatego i reakcje przewoźników oraz organizacji zajmujących się bezpieczeństwem w lotnictwie są abrdzo jasne. Stąd bp. w 2026 roku wydana przez Międzynarodową Organizację Lotnictwa Cywilnego rekomendacja, aby na pokład wnosić maksymalnie dwa powerbanki.

W Azji coraz powszechniejszy jest natomiast zakaz wkładania baterii do schowków nad głowami. Powerbanki i telefony należy trzymać pod siedzeniem, a najlepiej w oddzielnej torbie w kieszeni fotela przed wami. Takie zasady obowiązują np. w koreańskich liniach lotniczych, które jako jedne z pierwszych zaczęły zmniejszać ryzyko pożaru wywołanego elektroniką. W Wielkiej Brytanii krzywą patrzą takę na e-papierosy. Wszystko dlatego, że konsekwencje pojawienia się ognia z urządzenia bywają poważne. W przeszłości dochodziło już nawet do całkowitego spłonięcia maszyn.