Donald Tusk
Donald Tusk szykuje się do jesiennej ofensywy Fot. Shutterstock

– Premier przygotowuje się do jesiennej ofensywy. Zmiany podatkowe, bój o Trybunał Konstytucyjny, jeszcze ostrzejsza konfrontacja z prezydentem. Bez tego rząd nie wyjdzie z kołowrotka afer i bezradności – mówi w rozmowie z naTemat.pl politolog Adam Traczyk. Z dyrektorem zarządzającym More in Common Polska rozmawiamy też o tym, jak bardzo teflonowy jest Karol Nawrocki, jaki jest główny problem Mateusza Morawieckiego i czy Donald Tusk szuka dla siebie następcy.

REKLAMA

Maciej Bąk, naTemat.pl: Gorące i burzliwe wakacje już za nami. Nie tylko za oknem, ale i w polityce...

Adam Traczyk: Chyba wszystkie główne siły polityczne przeszły przez nie mocno poobijane. To nie był dla nich łaskawy sezon. Prawicowa opozycja mierzy się z zataczającą coraz szersze kręgi aferą wokół zondacrypto, a koalicja rządząca wakacje zaczęła skandalem i skandalami je zakończyła.

Wyliczam sobie z głowy najpoważniejsze afery szkodzące rządowi Donalda Tuska w te wakacje. Afera szpitalna, afera powodziowa, afera Marki Polska, zaniechania przy najmie krótkoterminowym, problemy z systemami ostrzegania. Dużo tego, a spektakularnych sukcesów niewiele.

Dlatego widać, że Donald Tusk szuka ucieczki do przodu i już obserwujemy, że szykuje się z jego strony jesienna ofensywa, żeby to wakacyjne złe wrażenie jak najszybciej zmazać.

Co Tusk może zrobić jesienią, żeby odbudować słabnące notowania?

Na pewno szykowane jest jakieś rozwiązanie w sprawie Trybunału Konstytucyjnego i próba dokonania istotnego przełomu w temacie, który dla części elektoratu – ale też z punktu widzenia funkcjonowania państwa – jest istotny. Z politycznego punktu widzenia zasadnicze znaczenie ma to, żeby wyborcy zobaczyli, że KO żyje, walczy i pamięta o swoich zobowiązaniach kampanijnych w zakresie przywracania praworządności.

Zaznaczmy, że nawet tutaj ten najtwardszy elektorat musi zaciskać zęby, widząc, że do misji w TK premier deleguje swoją prawą rękę, czyli Macieja Berka. No dobrze, a co ze sprawami, które mogą realnie poprawić codzienne życie ludziom?

Na pewno istotnym elementem będą zmiany w systemie podatkowym, których pierwszą odsłonę zobaczyliśmy pod koniec wakacji. Na razie mamy zapowiedź wprowadzenia większej proporcjonalności i sprawiedliwości podatkowej w ramach klasy średniej i wyższej klasy średniej, poprzez podniesienie drugiego progu i ograniczenie przywilejów w ramach ryczałtu i podniesienie daniny solidarnościowej dla najbogatszych. Zmiany te dotyczą co prawda tylko ok. 10 proc. najlepiej zarabiających, ale – poza tym, że cywilizują nasz system podatkowy – dotyczą ważnego segmentu wyborców koalicji, którzy przychylnie mogą spojrzeć na te zmiany.

Co jeszcze? Sam mówisz, że ta propozycja dotyczy tylko niewielkiego wycinku społeczeństwa...

Spodziewałbym się jesienią większej odwagi ze strony koalicji. Prezydent swoimi licznymi wetami zachęca wręcz rząd do wejścia na ostrzejszy kurs kolizyjny. Branie Karola Nawrockiego pod włos, zarzucenie go propozycjami, które w społeczeństwie mogą uzyskać duże poparcie, i zobaczenie jak prezydent będzie sobie z tym radził, wydaje się naturalną strategią. Widzimy bowiem, że atmosfera wokół jego wet zaczyna się trochę zagęszczać.

Coraz głośniej mówi się o tym, jak te weta są destrukcyjne dla budżetu państwa, jak je de facto osłabiają, że prezydent na dobrą sprawę nie zważa już na interes państwowy, po prostu blokuje wszystko, co może temu rządowi przysporzyć jakiejś popularności, niezależnie dla skutków dla państwa.

Jednocześnie mam wrażenie, że wśród tych ludzi, do których adresuje swoje działania prezydent Nawrocki, on jest wciąż teflonowy. Nawet w przypadku ustawy lex szarlatan sondaże pokazują, że opinie Polaków dzielą się pół na pół (najnowszy IBRiS dla WP: 45 proc. ocenia ten ruch negatywnie, 43,7 proc. pozytywnie). Więc może te weta są nie po to, by poszerzyć elektorat, tylko żeby scementować ten popierający go?

Oczywiście, że tak. Strategia prezydenta jest tutaj jasna: szkodzić rządowi gdzie tylko się da i jednocześnie konsolidować prawicową bazę, włącznie z marginesami tej prawicowej bazy. Prezydent wychodzi z – przynajmniej na razie – słusznego założenia, że tożsamość prawicowa wystarcza mu do utrzymania poparcia, czyli niewykruszenia się nikogo z tej grupy. Dba więc swoimi wetami także o te grupy, które potencjalnie mogłyby mu gdzieś się wykruszyć i stworzyć jakieś wyłomy.

Zatem przy lex szarlatan udobruchał teoretyków spiskowych i zadbał o to, żeby oni też czuli, że to jest ich prezydent. A bardziej umiarkowani wyborcy prawicowi są gotowi przymknąć na to oko, wykazując się pewną tolerancją, mówiąc sobie, że "to wciąż nasz prezydent, więc wybaczymy mu nawet takie rzeczy, wszak może nie są one dla nas najważniejsze". Podobnie było zresztą już rok temu przy ustawie wiatrakowej – też przecież niebudzącej sprzeciwu w sporej części elektoratu PiS, a jednak zawetowanej, czy w przypadku SAFE.

Wróćmy jeszcze na chwilę do premiera Tuska. Mówisz o jego planie na jesienny reset i pójście do przodu. Patrząc jednak na to, jak często ostatnio wypływają afery praktycznie w każdej dziedzinie życia publicznego, ten plan może spalić na panewce. Może bomba w postaci służby zdrowia wybuchnie mu znów w ręku? A może kolejny polityk KO zostanie złapany na uwłaszczaniu się na finansach państwa? Premier ciągle mówi, jak bardzo tego nie akceptuje i jak to wypali gorącym żelazem, ale jest w tym coraz bardziej bezradny.

I właśnie dlatego jego zadaniem będzie teraz przełamanie tej bezradności, wyjście naprzeciw tym oczekiwaniom, które nie zostały dotychczas zagospodarowane przez koalicję. Faktycznie ten obóz ostatnio ciągle sam sobie rzuca kłody pod nogi, stąd sondaże nie są oszałamiające, a rozgoryczenie wśród elektoratu jest niemałe. Tylko jaka jest alternatywa zamiast pójścia do przodu? Premier może się albo poddać pewnemu marazmowi i pesymizmowi, albo spróbować szarpnąć tymi końmi i jednak spróbować wyjść z tego aferalnego korkociągu i próbować przejść do ofensywy.

Wszak właściwie za pasem jest rok wyborczy, zaraz zacznie się mobilizacja elektoratów, kombinowanie z listami. Tusk będzie mówił, że celem jest zatrzymanie marszu po władzę brunatnej, rozkradającej Polskę prawicy. Problem w tym, że wielu wyborców zaczyna odnosić wrażenie, że w obecnym obozie wcale nie dzieje się specjalnie lepiej niż za poprzedników.

Jeżeli sobie przyrównamy skalę tych nawet ostatnich afer do afer z czasów Prawa i Sprawiedliwości, to jednak porównanie wypada ciągle zdecydowanie na korzyść obecnej ekipy rządzącej. Natomiast mamy jako wyborcy politycznie słabą pamięć i rzadko żyjemy aferami, nawet bardzo głośnymi, sprzed kilku lat, zwłaszcza jeśli nie zostały one dobrze rozliczone.

W tym kontekście nowe afery prawicy, jak ta z zondacrypto, z pewnością pomagają wyborcom odświeżyć aferalną pamięć. Jednak ostatecznie rywalizacja na to, kto ma więcej, a kto mniej afer w czasach silnej polaryzacji może nie mieć kluczowego znaczenia. Ekipa rządząca ma rok na to, aby wyjść do wyborców, nie tylko przestrzegając przed prawicą, ale kładąc na stolę szerszą polityczną ofertę i ofensywną narrację, aby wejść też w zwarcie z obozem prawicowym na poziomie wartości i programu.

Trzeba też pamiętać, że to nie prezydent Nawrocki będzie kandydował w przyszłorocznych wyborach parlamentarnych, tylko najprawdopodobniej cztery różne partie prawicowe, które – poza tym, że mają same swoje także aferalne problemy – będą walczyły o podobnego wyborcę i też będą wzajemnie się podgryzały. Więc to też będzie jakiś element, który premier Tusk będzie chciał rozgrywać. Jednak bez przekazania wyborcom jasnej informacji, po co w zasadzie ten rząd rządzi i po co ma rządzić dalej, wygrać wybory będzie niezwykle trudno.

Czy idzie moment, w którym zacznie kiełkować jakaś nowa polityczna siła, która regularnie objawia się przy okazji kolejnych wyborów parlamentarnych? Wiemy chociażby, że profesor Marcin Matczak organizuje swoje Kluby Radykalnego Centrum. Tylko już tyle razy takie nowe formacje ponosiły klęskę w zderzeniu z rzeczywistością – czego najnowszym przykładem jest Polska 2050 – że może tym razem wyborcy nie będą chcieli takowej zaufać?

Faktycznie takie nowe siły polityczne mają zwykle krótką datę przydatności, ale i ich pojawienie się stało się już pewną regułą, bo jakaś część wyborców – być może naiwnie – ciągle liczy, że jest ktoś, kto oblicze tej naszej polityki odnowi – niezależnie od barw politycznych.

Dlatego też porażka Polski 2050 niekoniecznie byłaby obciążeniem dla potencjalnego ruchu Marcina Matczaka, choć jego celem byłaby mobilizacja podobnego elektoratu. Wszystko zależy od tego, czy uda się rozpalić wyobraźnię wyborców i zmobilizować struktury.

Ale poza wypatrywaniem nowych graczy, musimy też pamiętać, że politycy nieustannie próbują się wymyślać na nowo. Weźmy choćby Mateusza Morawieckiego, który też próbuje się przedstawić jako nowa siła i jakość w polityce, a jest to przecież ktoś, kto przez sześć lat był premierem rządu PiS.

Skoro przywołałeś temat Rozwoju Plus – widzisz w nim na tę chwilę jakiś świeży powiew? Coś, co ich odróżnia od chociażby Prawa i Sprawiedliwości, od którego się oderwali?

Na razie tej świeżości przede wszystkim nie widzą wyborcy, i to jest najistotniejsze. Elektorat Rozwoju Plus jest, póki co, odpryskiem elektoratu Prawa i Sprawiedliwości. Nie udało się wygenerować zainteresowania nowych grup wyborców.

Jednocześnie Mateusz Morawiecki stoi przed bardzo trudnym zadaniem: z jednej strony utrzymać wiarygodność dla prawicowego wyborcy bez nałożenia na siebie wizerunku zdrajcy i rozłamowca, a z drugiej spróbować jednak wyjść do nowych grup polskiego społeczeństwa, wykreowania sobie elektoratu. A to jest szalenie trudne do zrealizowania zadanie.

To ja podam ci przykład, który chyba dość dobrze ilustruje ten paradoks Morawieckiego. Kwestia migracji. Kiedy Przemysław Czarnek rzucił pomysłem natychmiastowego deportowania niepracujących Ukraińców, politycy Rozwoju Plus skrytykowali go – czyli mrugnęli okiem do centrum. Ale niedawno Mateusz Morawiecki ogłosił swoje pomysły na migrantów, z "brutalną asymilacją" na czele. To albo jedno, albo drugie...

No i to jest esencja problematycznej sytuacji Mateusza Morawieckiego. Jeszcze przed rozłamem przyjął on bardzo ostrą narrację względem rządu Donalda Tuska. Sięgał po konfrontacyjny język, często ostrzejszy niż typowy polityk Prawa i Sprawiedliwości. A jednocześnie opowiadał, że trzeba łowić w centrum, że PiS potrzebuje delikatniejszego kursu, bardziej centrowego, bardziej umiarkowanego.

No więc jest pewne rozdwojenie jaźni, próba gry na dwóch fortepianach, która na razie udaje się tylko o tyle, że chyba udało się nie stracić wiarygodności wśród prawicowych wyborców – wszak sondaże nadal wskazują go jako jednego z faworytów do zostania kolejnym premierem w wypadku wygranej prawicy. Ale to jednak nie wystarczy do tego, żeby faktycznie jego partia odniosła sukces, miała więcej niż kilka procent w wyborach i stała się języczkiem u wagi jesienią przyszłego roku.

Mieliśmy przecież wielu polityków, którzy cieszyli się czymś, co można nazwać teoretyczną popularnością, np. o których mówiło się, że gdyby oni znaleźli się w drugiej turze wyborów prezydenckich, toby wygrali. Ale jednocześnie ci sami politycy nie mieli żadnej szansy, by do tej drugiej tury wejść. Więc Morawiecki może być preferowanym premierem prawicowych wyborców, ale to nie znaczy, że jego partia odniesie wymierny wyborczy sukces.

Rozwój Plus to projekt na parę miesięcy, który skończy się po prostu powrotem na listy PiS?

Nie można tego wykluczyć. Historia rozłamowców z Prawa i Sprawiedliwości wskazuje trzy ścieżki. Jedna ścieżka to przejście na drugą stronę sceny politycznej (droga choćby Pawła Kowala czy Joanny Kluzik-Rostkowskiej), druga to marginalizacja polityczna (środowisko Jarosława Gowina). A trzecia to powrót na łono partii-matki i ponowne wchłonięcie w szeregi Prawa i Sprawiedliwości, co spotkało choćby ziobrystów.

Musimy jednak też pamiętać, że jesteśmy w innej sytuacji politycznej niż jeszcze kilka lat temu. Siła Jarosława Kaczyńskiego do organizowania polskiej prawicy jest najsłabsza od czasu kryzysu polskiej prawicy w latach 90-tych. To nie on jest w tym momencie punktem odniesienia dla innych. Choć wciąż ma największą partię o najsilniejszych strukturach.

Uważasz, że Donald Tusk jest gotowy do tego, żeby w przyszłym roku zapowiedzieć, że kończy swoją misję głównego rozgrywającego i zamierza wykreować nową osobę na bycie potencjalnym premierem?

Sam Donald Tusk odniósł się do tego w czasie dyskusji z uczestnikami Campusu Polska Przyszłości w Olsztynie. Przywództwa się nie oddaje, tylko zdobywa. Oczywiście, jestem w stanie wyobrazić sobie taktyczną zagrywkę, w której na stanowisko premiera desygnowany będzie ktoś inny, ale problem z namaszczeniem nowej osoby na premiera jest taki, że ten, kto ją namaścił, czyli właściwy lider polityczny, zwykle ciągle pozostaje na siedzeniu kierowcy. Tak przecież robił Jarosław Kaczyński, delegując na stanowisko premiera wpierw Beatę Szydło, a potem Mateusza Morawieckiego. Taki zabieg de facto nie zmieniał wiele w układzie sił, prezes był de facto nadpremierem.

W szeregach Koalicji Obywatelskiej Donald Tusk jest dominującą postacią i nie ma nikogo, kto realnie mógłby przejąć tę rolę. Zresztą już przerabialiśmy scenariusz, gdy udał się do Brukseli i nie był to okres dobry dla Koalicji Obywatelskiej. Więc dopuszczam myśl, że Donald Tusk – choć dotychczas preferował bardziej przejrzysty model, byłby w stanie pokusić się o taki manewr i stanąć troszeczkę bardziej w cieniu, ale to nie znaczyłoby, że przestanie być rozgrywającym.

Zapytam na koniec: pojawiły się pierwsze sondaże, pierwsze spekulacje, że może jednak w 2027 roku wspólna lista ugrupowań centrowych i lewicowych to jest rozwiązanie najlepsze, by powstrzymać prawicę. Czy wyobrażasz sobie ten scenariusz jako bardziej prawdopodobny niż ten, który się nie zrealizował w 2023 roku?

Wydaje mi się, że dla obydwu obozów wspólna lista jest rozwiązaniem absolutnie ostatecznym. Każde środowisko polityczne będzie chciało obronić swoją samodzielność i tożsamość tak długo, jak tylko się da. I dopiero w momencie, kiedy w zasadzie już nie będzie alternatywy albo faktycznie zajrzy niektórym w oczy perspektywa niezałapania się do Sejmu, to wtedy te dyskusje staną się realne. Na razie są to czysto spekulacyjne scenariusze. Tym bardziej że na prawicy może być nawet trudno o wspólną listę do Senatu.