
"Dość. Mdli mnie już", "Cała ta afera zrobiła się już nudna jak flaki z olejem, w ogóle odechciało się iść na film", "Tego już się nie da słuchać" – reagują Polacy. Od ponad tygodnia jesteśmy maltretowani dramatem filmowym i obyczajowym, który wymknął się spod kontroli i zrobił się coraz bardziej niesmaczny. Ale sprawa "Nigdy w życiu 2" obnaża coś jeszcze. Rozpaliła Polaków tak, jakby chodziło o rację stanu albo sprawę życia i śmierci. Co to o nas mówi?
"Myślałem, że wybuchła III wojna światowa, tak gorący to temat" – rzucił jeden z internautów pod jednym z dziesiątków, jeśli nie setek postów na temat afery. Pod każdym są setki/tysiące komentarzy. Ludzie gotują się z emocji. Nawet jeśli dokładnie nie wiesz, o co chodzi, to i tak docierają do ciebie strzępy tej burzy, bo hasła "Jabłczyńska, Nigdy w życiu 2, Grochola, Szelągowska, Żulewska" są dosłownie wszędzie. Wylewają się z każdej strony internetu, a kolejne odsłony "dramatu" uruchamiają kolejne rzesze ludzi, którzy chcą zabrać głos.
W tym czasie przez Polskę przetacza się afera Zondacrypto, są emocje wokół nowych sondaży i inne polityczne wydarzenia. Ale Polaków najbardziej pochłania drama z show-biznesu i to w stopniu, jakiego dawno nie widzieliśmy.
Co to o nas mówi? O czym świadczy?
Socjolożka: "Jesteśmy przeładowani politycznymi wiadomościami. Może ludzie potrzebują oddechu?"
– Sprawa Zondacrypto jest skomlikowana i wielowymiarowa. Wymaga zrozumienia tego, jak funkcjonują rynki finansowe i czym są "innowacyjne" formy oszczędzania, na czym polegają układy polityczno-biznesowe. Jest w niej wiele ukrytych wątków, często sprzecznych. Wymaga też więcej uwagi i czasu, bo każdego dnia dowiadujemy się o nowych elementach – komentuje w rozmowie z naTemat dr hab. Małgorzata Molęda-Zdziech, socjolożka i politolożka, kierowniczka Katedry Studiów Politycznych w SGH.
Poza tym, jak dodaje, sama polityka może niektórych zniechęcać: – Może mamy jej za dużo i czujemy się nią zmęczeni? Może ludzie potrzebują oddechu? Jesteśmy przeładowani politycznymi wiadomościami. Zawsze tzw. twardym wiadomościom, czyli tym dotyczącym polityki, gospodarki, towarzyszyły wiadomości rozrywkowe, lżejsze.
– Natomiast sprawa "Nigdy w Życiu 2" jest stosunkowo łatwa do zrozumienia. Jest skoncentrowana na dwóch osobach, które przykuwają uwagę, są rozpoznawalne, bo mają status celebrycki i uruchamiają emocje. A język emocji, w przeciwieństwie do języka ekonomii, jest wspólny dla wszystkich. Odwołuje się do uczuć, a nie wiedzy. A uczucia łączą wszystkich: i profesora uczelni, i niewykwalifikowanego robotnika, i nastolatka – mówi autorka "Czas celebrytów. Mediatyzacja życia publicznego"
Dodaje: – A ponieważ sprawa jest prosta, to wydaje nam się, że możemy się wypowiedzieć. Odwołujemy się do własnych doświadczeń. Każdy z nas miał pewną sytuację w życiu, że musiał się z kimś pokłócić, że poczuł się wykorzystany czy robiono coś za jego plecami. Pojawia się więc wspólnota doświadczenia. Skala rażenia tej sprawy jest więc inna.
Awantura o "Nigdy w życiu 2" nie cichnie od ponad tygodnia
Trudno krótko wyjaśnić, o co chodzi w tej dramie. Tu Ola Gersz krok po kroku opisała chronologię zdarzeń.
W dużym skrócie – 26 sierpnia, na prezentacji nowej ramówki TVN Joanna Jabłczyńska potwierdziła, że nie zagra we "Właśnie, że tak!", kontynuacji "Nigdy w życiu" po 22 latach i przekazała mediom, że jest to dla niej ogromny cios i ciężko jest jej się z tym pogodzić.
W mediach społecznościowych nastąpiła eksplozja niezgody. Natychmiast uruchomił się sztab jej obrońców, dla których "Nigdy w życiu" z 2004 roku to coś więcej niż zwykły film. Jednak emocje szybko zaczęły wybiegać ponad to.
W kolejnych dniach mieliśmy wymianę zdań o tym, jak do tego doszło. Padały skrajnie różne wersje. Roztrząsano, czy Jabłczyńska brała udział w castingu, czy nie. Czy przegrała go, czy nie. Kto ma grać główną rolę zamiast niej.
"Katarzyna Grochola zapowiedziała "kroki prawne" wobec Joanny Jabłczyńskiej i... strzeliła sobie w stopę. Widzowie stanęli murem za aktorką, a twórcy "Właśnie że tak!" zdają się nie dostrzegać, że odcięli swojemu sequelowi główne paliwo" – opisywała w naTemat Ola Gersz.
Oliwy do ognia dolała Dorota Szelągowska. Stanęła w obronie matki, twierdząc w długim nagraniu, że Jabłczyńska jest złym człowiekiem. W odpowiedzi aktorka pokazała zrzut ekranu prywatnej korespondencji SMS z Katarzyną Grocholą. Burza rozpętała się na nowo. Tu już przestała być dyskusją o samym filmie. Pojawiły się też głosy psychologów, którzy ocenili słowa Szelągowskiej.
– Dorota Szelągowska mówi o tym, że Joanna Jabłczyńska krzywdzi ludzi, po czym publicznie przez kilka minut jedzie po niej jak po łysej kobyle – analizował jej występ autor konta Zatropemmyśli na instagramie.
Szelągowska podziękowała za jego wpis. I przeprosiła Joannę Jabłczyńską: – Aśka, bardzo cię przepraszam. Nie miałam prawa cię obrażać. Żadne poczucie krzywdy czy zranienia tego nie tłumaczy. Jest mi wstyd. Bardzo cię przepraszam.
Dalsza część artykułu poniżej.
Zobacz także
"Niesamowita jest histeria wokół tej obsady"
Co mamy po drugiej stronie awantury, która trwa od ośmiu dni i nie cichnie? Naród podzielił się na pół. Emocje rozlały się na wszystkie strony, jakby sprawa była najważniejszą w kraju.
"Dla mnie Tosia to Joanna Jabłczyńska" – grzmi jedna strona.
"To tak jakby teraz Lucy z Rancza miała zagrać inna aktorka. Albo Czerepacha, Michałową... Pewne osoby są niezastąpione", "To jakby Kargula zagrał Olbrychski", "Nigdy w Życiu bez Pani Jabłczyńskiej, to jak Kogiel Mogiel bez Pani Błęckiej" – argumentuje.
Druga strona pyta: "Ale po co robić aferę?", "Nie wiem, po co ten dramat. Niejedna aktorka nie dostała wymarzonej roli i nie robi z tego dramatu"...
A trzecia ma już dość:
"Niesamowita jest histeria wokół tej obsady. Mniej dyskusji było o odtwórczyni roli Izabeli Łęckiej", "Ja pier...e, jak ja bym chciał mieć w swoim życiu takie problemy", "Już się czytać tego dziadostwa nie można", itp., itd.
Społeczny "krajobraz po bitwie" wygląda dziś tak, że Polaków w ostatnich ogarnął jakiś obłęd.
Część ludzi grozi bojkotem filmu. W mediach społecznościowych ogłaszają, że przestali obserwować profil jednej z zaangażowanych osób w mediach społecznościowych (zależy, która opcja). Obserwują, która ze znanych osób polubiła post drugiej i strony i... też twierdzą, że przestają ją obserwować. Przewijają się głosy, że nie będą oglądać pewnych programów. Albo kupować książek.
"Są tematy bardziej istotne dla Polaków, a nie jakieś pyskówki artystek i celebrytek"
Na temat afery wypowiedziało się już trochę osób ze świata show-biznesu.
Na przykład Agnieszka Hyży: "Nie wiem, kto ma rację. I nie mnie to oceniać. Tylko to, jak bardzo przestaliśmy ze sobą rozmawiać, zanim zaczniemy rozmawiać o sobie publicznie. Nigdy w życiu nie uwierzę, że każdą ludzką historię da się uczciwie opowiedzieć w trzydziestosekundowej rolce".
Albo Agnieszka Kaczorowska: "Podziwiam odważne kobiety w tej branży, mówiące głośno prawdę… to zawsze niesie konsekwencje, ale jakoś mam nadzieję, że to również zmienia świat… na lepsze".
Doniesień na ten temat jest już tyle, że socjolożka Dorota Peretiatkowicz zażartowała w rozmowie z wp.pl, że "powinniśmy chyba dostawać alerty RCB o tym, że jest kolejna wypowiedź w tej sprawie".
Jeden z naszych czytelników skomentował też pod postem naTemat: "Naprawdę nie ma ważniejszych tematów? Rozumiem, klika się, ale są pewne granice. Są tematy istotne dla dobra Polaków, a nie jakieś pyskówki artystek i celebrytek. Czy wreszcie znajdzie się jakieś medium, które powie 'Basta, nie wchodzimy w to błoto'?".
Socjolożka: Z tej sprawy zrobił się pojedynek. My zaś lubimy obserwować takie pojedynki
– Bohaterki tego wydarzenia medialnego niejako same zaprosiły ludzi do komentowania, upubliczniając sprawę w mediach społecznościowych. A my lubimy pouczać, udzielać rad, występować w roli eksperta i poczuć się lepsi. Z tej sprawy zrobił się pojedynek. My zaś lubimy obserwować takie pojedynki w roli sekundantów. Możemy poczuć, w którym obozie jesteśmy, czyje racje do nas bardziej przemawiają, kogo chcemy ukarać, a kogo będziemy bronić. Możemy też trochę podglądać cudze życie – komentuje dr hab. Małgorzata Molęda-Zdziech.
Uważa, że takie sprawy są budujące dla ludzi, gdyż do tej pory widzieli celebrytki w blasku fleszy. – A teraz ludzie widzą je w sytuacji, w jakiej może być każdy z nas. Dlatego chcą pouczyć, wesprzeć, czy dać wyraz swojemu rozczarowaniu. Poza tym traktują to też jako element rozrywki. Komentarz mogą zamieścić w czasie pracy, czy w czasie czynności domowych, na zasadzie odreagowania – dodaje socjolożka.
Ale z punktu widzenia socjologicznego ta afera pokazuje coś jeszcze.
– Pokazuje pewną przemianę obyczajów, przenoszenie różnych aspektów naszego życia w sferę medialną, następuje mediatyzacja doświadczeń. W erze platform medialnych, potrzebujących nowych treści 24/7 granic prywatności praktycznie nie ma. Teraz do dyskusji publicznej przenosi się praktycznie wszystkie tematy, nie ma tabu – mówi.




