
W latach 90-tych to byłby niezły pomysł na scenariusz czarnej komedii. Przerażony perspektywą utraty władzy prezydent sięga po ostateczne narzędzie. Rzuca w telewizji zapowiedź, że zapłaci każdemu wyborcy 5000 dolarów, jeśli tylko jego partia osiągnie reelekcję. Przydałby się też jakiś pozytywny akcent w tym filmie, na przykład wyciągnięcie surowych konsekwencji prawnych za jawną korupcję polityczną. Ale żyjemy w latach 20-tych XXI wieku, główny bohater nie jest postacią fikcyjną, a ta historia wcale nie musi się dla niego źle skończyć.
Donald Trump szokuje na konwencji
W Stanach Zjednoczonych nie ma dnia żeby Donald Trump nie wywołał choć minimalnego szoku/skandalu/niedowierzania. Przestaliśmy już trochę zwracać uwagę na coraz to głupsze memy publikowane na oficjalnych profilach Białego Domu, na jego słowotoki pozbawione sensu i dobrego smaku, czy też na symboliczne decyzje mające zagrać na nosie sąsiadom, takie jak zmiany nazw jezior czy zatok. Jednak to, co w nocy ze środy na czwartek prezydent USA ogłosił na konwencji wyborczej swojej partii w Dallas zasługuje na uwagę całego świata.
Obawiający się przegranej w listopadowych tzw. "wyborach połówkowych" do Kongresu i Senatu Trump sięgnął po narzędzie - jak mu się wydaje - ostatniej szansy, by odwrócić złą dla siebie kartę. Zaproponował z mównicy, że jeśli Republikanie utrzymają obie izby w swojej władzy, to wypłaci każdemu dorosłemu Amerykaninowi dokładnie 5000 dolarów. Donald Trump nazywa te pieniądze dywidendą za "niesamowity ekonomiczny sukces" jego rządów. Nie powiedział skąd weźmie te pieniądze i jaka instytucja je wypłaci, zastrzegł jedynie, że warunkiem swobodnego dysponowania tą kwotą jest wydanie jej na terenie Stanów Zjednoczonych.
Walka z komunizmem metodami z komunizmu rodem
Co w tym wszystkim najzabawniejsze: Donald Trump uzasadnił ten ruch potrzebą zwycięstwa nad... komunizmem i głupkokratami (po angielsku używa określenia Dumocrats żeby obśmiać Demokratów). Tymczasem rozdanie ludziom kwoty pięciu tysięcy dolarów na głowę w zamian za zapewnienie utrzymania się przy władzy jest najbardziej komunistycznym ruchem jaki możemy sobie wyobrazić. A sam pomysł, że ludzie faktycznie zmienią swoje wyborcze plany w zamian za przyobiecane pieniądze jest pomysłem niemal żywcem zaczerpniętym z coraz bardziej proroczego filmu z 2006 roku pod tytułem "Idiokracja".
Szybko wyliczono ile kosztowałoby spełnienie absurdalnej zapowiedzi wyborczej Donalda Trumpa. Przy około 240 milionach dorosłych obywateli USA koszt oscylowałby wokół kwoty 1,2 biliona dolarów. Może przy całości budżetu rządu Stanów Zjednoczonych (około 40 bln $) nie wygląda to aż tak imponująco. Ale już większe wrażenie robi to, gdy zestawimy to z budżetem Pentagonu, który w 2027 roku ma wynieść 1,5 biliona dolarów, czyli niewiele mniej niż koszt masowej korupcji politycznej Trumpa.
Dzięki Trumpowi wiele osób jest pod finansową ścianą
Jest jedna diaboliczna rzecz w planie Trumpa, która - jego zdaniem - może przynieść sukces. Otóż to za sprawą jego rządów Amerykanie są zmuszeni do ponoszenia o wiele większych wydatków na codzienne życie niż to było jeszcze kilka lat temu. To z powodu zainicjowanej przez USA wojny z Iranem ceny paliw poszły w górę na całym świecie, a jednym z państw gdzie skutki tego odczuwane są najmocniej są Stany Zjednoczone. Do tego niezatrzymana - a wręcz pogłębiająca się - inflacja sprawiająca, że codzienne koszty życia zamiast spaść urosły. Dodajmy jeszcze obcięte państwowe świadczenia medyczne czy załamane kariery dziesiątek tysięcy osób wyrzuconych na bruk na początku kadencji Trumpa z jego zdaniem niepotrzebnych instytucji federalnych.
W optyce Trumpa mogą więc pojawić się osoby, które dla łatwych pięciu tysięcy dolarów zdecydują się oddać w połówkowych wyborach głos na Republikanów, partii na razie według wszelkich możliwych prognoz zmierzającej ku przepaści. Bo ledwo wiążący koniec z końcem ludzie są w stanie podejmować różne decyzje, by choć na chwilę ulżyć domowym budżetom. Czy jednak okaże się to silniejsze niż rosnąca niechęć wobec sprawcy większości obecnych problemów? A dodajmy, że Trump już raz obiecywał podobne wypłaty dla obywateli w postaci 2000 dolarów za sukces jaki USA osiągną poprzez politykę masowych ceł. Sukcesu nie było, pieniędzy też nie ma, na co zwróciło uwagę nawet przychylne prezydentowi Fox News.
Trump jest rekordowo niepopularny
Obecnie według sondaży Trump cieszy się poparciem jedynie 33% amerykańskiego społeczeństwa, co jest najgorszym wynikiem w historii prezydentów USA. A pomimo tego lokator Białego Domu na środowej konwencji w Dallas podkreślał wielokrotnie, żeby wyborcy traktowali każdego kandydata Republikanów jak Donalda Trumpa. I że głos na tę osobę jest de facto głosem za jak najdłuższymi rządami "DJT".
A zatem mamy rzuconą przy fleszach i kamerach propozycję korupcji politycznej wobec blisko 250 milionów osób. Patrząc na to z perspektywy Polski możemy przecierać oczy ze zdumienia.
Zobacz także
U nas również w ostatnich latach pogłębił się proceder polegający na próbach przekabacenia wyborców przy pomocy publicznych środków. Jednak tak bezczelne narzędzie jest dla nas kulturowo obce.
Jasne, wiele osób nazywało obiecywany przez PiS w 2015 roku program 500+ przekupstwem wobec wyborców. Ale jednak miał ów program określone kryteria oraz solidne podstawy w państwie o słabym socjalu i fatalnym zabezpieczeniu świeżo upieczonych rodziców. Populistycznymi zapowiedziami można śmiało określać obietnice Donalda Tuska, który po 2023 roku miał podwyższyć do 60 tysięcy złotych kwotę wolną od podatku (z czego ostatecznie się wycofał). Ale i to było zwykłe narzędzie fiskalne, które funkcjonuje w państwowym systemie, i które podlega przedwyborczym obietnicom, niezależnie jak będziemy je postrzegać.
Desperacja aż kipi z Białego Domu
Trump nie bawi się w żadne ceregiele. On po prostu chce nagrodzić Amerykanów za jedyną słuszną - dla niego - decyzję. I jest w tym na swój absurdalny sposób demokratyczny - wszak USA jeszcze nie doszły do takiego momentu, że tylko wyborca republikański otrzyma za taką a nie inną decyzję nagrodę. Ale trudno nie mieć wrażenia, że przy potężnym arsenale użytych już przez Trumpa rozwiązań kolejne mogą być już z rodzaju tych naprawdę mrocznych. Od fałszowania wyborów przez bezpośrednie wpływanie na decyzje wyborców prośbą i groźbą.
W idiokracji Trumpa nie ma już żadnych barier. A jeśli ich nie ma, to nie ma też limitu dwóch kadencji. Dlatego po wyborach połówkowych może się nam szykować jeszcze grubsza jazda w walce o Biały Dom.






