
Podczas gdy w Warszawie premier z prezydentem spierają się o podatek od ekstrazysków i sztywne marże, Berlin przeszedł do konkretów. W Niemczech weszła w życie kolejna obniżka podatku energetycznego, a ceny na stacjach gwałtownie spadły już pierwszej nocy. Czy niemiecki wariant to lekcja dla polskich polityków, czy ostrzeżenie przed pułapką koncernów?
Trzymiesięczna obniżka podatku ma obniżyć cenę litra paliwa w Niemczech o blisko 17 centów. Choć kierowcy widzą już pierwsze obniżki na pylonach, automobilklub ADAC bije na alarm, że część ulgi mogą przejąć paliwowi giganci. Dokładnie ten sam spór mieliśmy w Polsce przy projektach ustaw paliwowych.
10 centów mniej w jedną noc. Czy Polska powinna pójść tą samą drogą?
Niemcy obniżyli podatek energetyczny, co przełożyło się na natychmiastowy spadek cen benzyny i diesla u naszych zachodnich sąsiadów. Benzyna E10 w wielu miejscach spadła poniżej 2 euro za litr. Gdy w Polsce spór o ceny paliw zamienił się w polityczny teatr pełen szantaży, wet i ustawowych przepychanek między premierem Donaldem Tuskiem a prezydentem Karolem Nawrockim, nasi zachodni sąsiedzi postanowili działać bez zwłoki.
Od czwartku, 1 października 2026 roku, w Niemczech weszła w życie druga w tym roku obniżka podatku energetycznego na paliwa. Efekt? Według danych portalu cenowego Tankerkönig, już w ciągu pierwszej godziny od wejścia w życie przepisów (między 23:41 a 0:41) średnie ceny benzyny i diesla w całym kraju spadły o 10 do 11 centów na litrze.
Ulga w odpowiedzi na konflikt na Bliskim Wschodzie
Rząd w Berlinie zdecydował się na uruchomienie trzymiesięcznej tarczy podatkowej w odpowiedzi na wyjątkowo wysokie ceny surowca, wywołane zaostrzającym się konfliktem z Iranem. Wrzesień 2026 roku był dla niemieckich kierowców najdroższym miesiącem w historii tankowania, a drogie paliwo bezpośrednio podbijało wskaźniki inflacji.
Docelowo obniżka podatku energetycznego ma przynieść spadek cen benzyny i oleju napędowego o 16,7 centa (ok. 70-75 groszy) na litrze. Jak podaje niemiecki klub automobilowy ADAC, w wielu rejonach kraju popularna benzyna E10 niemal natychmiast spadła poniżej bariery 2 euro za litr.
Przyczyną były kolejne wstrząsy podażowe. We wrześniu dopiero po dziewięciu dniach przerwy saudyjski ropociąg znów zaczął działać, choć atak dronowy odciął wcześniej około 5 proc. światowej podaży surowca.
Zobacz także
Czy stacje nie schowają obniżki do kieszeni?
Niemiecki ruch, choć dał natychmiastowy oddech kierowcom przy dystrybutorach, ujawnił dokładnie ten sam dylemat, który od tygodni paraliżuje polską debatę polityczną: czy prosta obniżka podatków pośrednich na pewno w całości trafia do kieszeni obywatela?
W Niemczech przepisy obniżające podatek obejmują paliwo w momencie opuszczania rafinerii i magazynów, co oznacza, że stacje benzynowe nie mają formalnego nakazu natychmiastowej obniżki cen detalicznych. Związek branży paliwowo-energetycznej (en2x) zapewnia, że obniżka jest bez zwłoki przekazywana kierowcom.
Automobilklub ADAC podchodzi jednak do sprawy ze sporym dystansem. Ekspert rynku paliw Christian Laberer przestrzega: "Ceny będą spadać stopniowo. Apelujemy o pełne i jak najszybsze przeniesienie obniżki na kierowców, ale istnieje obawa, że część ulgi podatkowej utknie w marżach i nie dotrze do portfeli".
Polska próbowała rozwiązać ten problem administracyjnie. W ramach programu CPN wyznaczano nowe maksymalne ceny paliw, zamrażając marżę stacji na poziomie 30 groszy i grożąc karą do miliona złotych za przekroczenie limitu.
Krytycy niemieckiego rozwiązania wskazują również, że proste cięcie podatków generuje dziurę w dochodach państwa i nie zachęca do oszczędzania paliwa w czasach kryzysu. Zwolennicy ripostują krótko: w warunkach drożyzny nie ma szybszej i bardziej bezpośredniej metody na wsparcie obywateli.
Niemieckie realia a polski klincz polityczny
Porównanie sytuacji w Niemczech z polską debatą budżetową pokazuje różnicę w podejściu do zarządzania gospodarką. W wariancie niemieckim ścięcie podatku energetycznego daje natychmiastowy efekt psychologiczny na stacji. Kierowca widzi spadek ceny w kilka godzin po północy. Ceną za to jest jednak ubytek w dochodach budżetowych oraz ryzyko, że część ulgi zjedzą marże koncernów.
W Polsce mamy dwa projekty. Premier Donald Tusk proponuje opodatkowanie nadzwyczajnych marż rafinerii (60 proc. podatku od nadzwyczajnych zysków) i sfinansowanie z tych środków obniżki akcyzy dla kierowców. Rząd chce mieć pewność, że obniżkę zapłacą giganci naftowi ze swoich zysków, a nie budżet państwa. Przekonując, że podatek od nadzwyczajnych zysków Orlenu sfinansuje tańszą benzynę, premier zapowiadał efekty jeszcze przed świętami.
Z kolei projekt Karola Nawrockiego zakłada usunięcie podatku detalicznego i cięcie akcyzy, ale – podobnie jak w Niemczech – wycina z budżetu państwa niemal 3 miliardy złotych bez podania źródła ich pokrycia. Nasze porównanie obu ustaw, czyli 60 proc. podatku od gigantów kontra 3 mld dziury w budżecie, wypadło jednoznacznie na korzyść wariantu rządowego.
Minister finansów stawia sprawę podobnie. Mówiąc, że "niskie podatki, wielkie wydatki i mały deficyt – to tak nie działa", zarzucił Pałacowi proponowanie rozwiązań bez pokrycia.
Polscy kierowcy skutki tego klinczu odczuwają od lipca. Po wygaśnięciu pierwszej odsłony tarczy ceny paliw poszły w kosmos, a analitycy ostrzegali, że bez wsparcia nie każdego będzie stać na używanie auta.
Niemiecki przykład z 1 października pokazuje jedno: obniżka podatków działa natychmiastowo. Jeśli Polska chce uniknąć długotrwałego paraliżu, politycy w Warszawie muszą przestać traktować ceny paliw jako poligon wyborczy. Niemcy udowadniają, że w kryzysie liczy się czas reakcji, a spór o to, czy ulgę sfinansują marże koncernów, czy budżet państwa, trzeba rozstrzygać przy kalkulatorze, a nie na konferencjach prasowych.






