
Od lat słyszymy, że praca na Zachodzie przestała się opłacać, a Polacy masowo wracają do kraju. Tymczasem najnowsze dane NBP wywołują spory poznawczy zgrzyt: w samym drugim kwartale 2026 roku rodacy z zagranicy przyspłacili do Polski aż 5,5 miliarda złotych. Skąd bierze się ta rzeka gotówki, kto naprawdę ją wysyła? Mity o "końcu na wyjazdy" mijają się z rzeczywistością.
Mimo rosnących pensji nad Wisłą i głośnych deklaracji o doganianiu Zachodu, polscy pracownicy za granicą przelali do ojczyzny o 4,3 proc. więcej pieniędzy niż rok temu. Z jednej strony jest to wsparcie dla rodzin i zastrzyk gotówki dla krajowej konsumpcji, z drugiej – niepodważalny dowód na to, że polski rynek pracy wciąż nie jest w stanie zaoferować części obywateli konkurencyjnych warunków.
5,5 miliarda złotych w trzy miesiące. Dlaczego polscy emigranci wciąż ślą do kraju rekordowe przelewy?
W przestrzeni publicznej od dawna dominuje narracja, że Polska tak bardzo dogoniła Zachód, iż wyjeżdżanie do pracy za granicę przestało mieć jakikolwiek sens. Słyszymy o powrotach, wyrównywaniu się poziomów życia i rosnącej płacy minimalnej nad Wisłą.
Tymczasem Narodowy Bank Polski publikuje oficjalny bilans płatniczy za II kwartał 2026 roku, z którego biją zaskakujące liczby: w ciągu zaledwie trzech miesięcy Polacy pracujący za granicą przesłali do kraju aż 5,5 miliarda złotych (wzrost o 4,3 proc. rok do roku). Pracownicy krótkookresowi przesłali 45,9 proc. tej kwoty (2,52 mld zł), osiedleni na stałe 54,1 proc., czyli ok. 2,98 mld zł.
Skąd bierze się wzrost, skoro pracowników sezonowych jest mniej?
Najbardziej uderzającym fragmentem komunikatu NBP jest informacja, że wzrost łącznej kwoty transferów o 4,3 proc. nastąpił przy jednoczesnym dalszym spadku liczby Polaków pracujących krótkoterminowo w Niemczech. Jak wytłumaczyć ten paradoks?
Cóż, na zachodzie też rośnie presja płacowa. W Niemczech, Holandii czy Wielkiej Brytanii w ostatnich miesiącach wyraźnie wzrosły stawki godzinowe oraz płaca minimalna. Nawet jeśli do pracy sezonowej (np. przy zbiorach, w logistyce czy budownictwie) wyjeżdża mniej osób niż dekadę temu, to ci, którzy się na to decydują, zarabiają nominalnie znacznie więcej w euro czy funtach. I więcej przysyłają.
W Polsce z kolei rosną koszty utrzymania (rachunki, kredyty, edukacja). Osoby pracujące za granicą wysyłają swoim rodzinom w Polsce większe kwoty bezwzględne, aby utrzymać ich dotychczasowy poziom życia.
Ważna jest też stabilizacja osiedlonych na Zachodzie Polaków. Ponad połowa pieniędzy (54,1 proc.) pochodzi od osób, które na Zachodzie mieszkają od lat. Pieniądze te płyną do kraju w formie wsparcia dla starzejących się rodziców, spłat rat kredytów hipotecznych zaciągniętych w Polsce czy oszczędności lokowanych w polskich nieruchomościach i na kontach walutowych.
Ten ostatni element ma dziś szczególne znaczenie. Odpowiedź na pytanie, kiedy znów spadną stopy procentowe, brzmi według części analityków: nieprędko, bo stabilizacji kosztu pieniądza spodziewają się co najmniej do końca 2026 roku.
Ilu Polaków naprawdę przysyła te pieniądze?
Według szacunków GUS oraz danych z zagranicznych urzędów statystycznych, poza granicami Polski przebywa na stałe lub długoterminowo od 1,5 do 1,7 miliona Polaków (głównie w Niemczech – ok. 700-800 tys., Wielkiej Brytanii – ok. 450-500 tys., oraz w Holandii, Norwegii i Irlandii).
Z kolei liczba migrantów krótkookresowych (wyjeżdżających na kilka tygodni lub miesięcy w roku) szacowana jest na 150-250 tysięcy osób rocznie.
Oznacza to, że kwota 5,5 mld zł na kwartał (czyli potencjalnie ponad 22 miliardy złotych rocznie) generowana jest przez grupę liczącą łącznie niespełna 2 miliony obywateli. Średnio na jednego polskiego emigranta (uwzględniając też dzieci i osoby niepracujące) przypada niemal 1000 zł miesięcznie przelewane do Polski.
Zobacz także
Czy wyjazd "za chlebem" wciąż się opłaca?
Wokół opłacalności emigracji narosło wiele uproszczeń. Rzeczywiście, różnica między średnią płacą w Polsce a najniższą pensją na Zachodzie nie jest już tak gigantyczna, jak w latach 2004–2015. Jednak w konkretnych grupach zawodowych i rejonach Polski matematyka nie jest tak łaskawa.
Elektryk, spawacz, budowlaniec czy opiekun medyczny w Niemczech lub Holandii bez problemu zarobi na rękę 2200–3200 euro (ok. 9500–13 800 zł). W małym polskim mieście powiatowym za tę samą pracę często oferuje się płacę minimalną lub niewiele ponad nią (ok. 3500–4500 zł na rękę).
Dla porównania: raport płacowy Antal pokazał, że 16,4 tys. zł średniej pensji ekspertów to rynek, na którym AI dyktuje warunki – ale takie stawki dotyczą wąskiej grupy specjalistów z największych miast, a nie fachowców z powiatu.
Kluczem nie są koszty życia na miejscu, ale zdolność do oszczędzania. Pracownik w Niemczech, żyjący skromnie w kwaterze pracowniczej, jest w stanie odłożyć co miesiąc 1000–1500 euro (4300–6500 zł). W Polsce dla ogromnej części gospodarstw domowych odłożenie 1500 zł miesięcznie jest granicą nie do przebicia.
Dlatego choć masowa wyprzedaż siły roboczej się skończyła, wyjazd na 3–6 miesięcy wciąż pozwala podreperować domowy budżet w sposób nieosiągalny na lokalnym rynku pracy.
Czy to dobrze, czy źle dla Polski?
Zostawienie w kraju 5,5 miliarda złotych w trzy miesiące wywołuje mieszane skutki dla gospodarki. Na plus wychodzi zastrzyk dla konsumpcji. Pieniądze te trafiają bezpośrednio do polskich sklepów, punktów usługowych, na budowy domów czy spłatę długów.
Przelewy od dzieci pracujących w Niemczech czy UK często zastępują lub uzupełniają państwowy system opieki społecznej dla polskich emerytów. Do tego dochodzi napływ kapitału zagranicznego, który wzmacnia pozycję polskiego złotego i poprawia wskaźniki obrotów bieżących.
Druga strona medalu: utrata kapitału ludzkiego
Pieniądze są ekwiwalentem braku rąk do pracy nad Wisłą. Polska gospodarka cierpi na niedobór pracowników w budownictwie, przemyśle i usługach. Nie chodzi tylko o samą siłę roboczą, ale i jej strukturę. Najbardziej produktywne roczniki pracują i płacą podatki (oraz składki emerytalne) w niemieckich czy brytyjskich kasach chorych, a do Polski przesyłają jedynie "nadwyżki".
Lukę na rynku pracy w dużej mierze wypełniają dziś pracownicy ze Wschodu. Jak wyliczyli eksperci UNHCR i Deloitte, bez pracowników z Ukrainy polska gospodarka straciłaby 94 mld zł rocznie, a wskaźnik zatrudnienia w tej grupie jest wyższy niż wśród Polaków.
Problem ma też wymiar lokalny. Jak pokazał raport PIE, 70 procent gmin wyludnia się, a koszty ich utrzymania rosną – i to właśnie z gmin depopulacyjnych wyjeżdżają ludzie młodzi, wykształceni i aktywni zawodowo. Zjawisko dotyka również tych, którzy zostają. Statystyki pokazują, że polska żywność podbija światowe rynki, ale sektor rolno-spożywczy co roku mierzy się z brakiem rąk do pracy przy zbiorach.
W województwach takich jak opolskie, podkarpackie, lubelskie czy podlaskie całe gminy wciąż funkcjonują w oparciu o transfery z zagranicy. Dla setek tysięcy polskich rodzin zagraniczna pensja wciąż stanowi kluczowy filar stabilności finansowej. I dopóki różnice w sile nabywczej oszczędności między euro a złotówką pozostaną tak wyraźne, ten strumień pieniędzy nie wyschnie.






