Mikołaj Bukrewicz w filmie "Mniej obcy"
"Mniej obcy" ma w sobie to, czego nie znoszę w biografiach muzyków Fot. materiał prasowy / Netflix

"Mniej obcy" wpada w tę samą pułapkę, co wiele innych biografii muzyków. Film Netflixa o Janie Borysewiczu i początkach zespołu Lady Pank gra zbyt bezpiecznie, by mógł zostać na dłużej w pamięci widzów. W scenariuszu klisza goni kliszę. Tę historię widzieliśmy na ekranie zbyt wiele razy.

REKLAMA

"Mniej obcy" podbija właśnie platformę streamingową Netflix, zajmując drugie miejsce w filmowym rankingu oglądalności. Dramat biograficzny o legendzie polskiej muzyki gra na pewnym sentymencie, który starsze pokolenia żywią do burzliwych czasów PRL-u (wtedy życie nie było usłane różami, za to ludzie byli sobie bliżsi). Produkcja, choć dobrze zagrana i przyzwoita w niektórych aspektach technicznych, wykorzystuje nostalgię jako przynętę na widza, a to w biografiach muzyków rzadko kiedy wróży dobry i satysfakcjonujący finał.

"Mniej obcy" pokazuje, dlaczego biografie muzyków mają zły PR

"Mniej obcy" w reżyserii Kristoffera Rusa ("Morderczynie", "Za duży na bajki") rozpoczyna się jak większość muzycznych filmów biograficznych. Mamy utalentowanego chłopca, motyw od zera do bohatera i wątek, który służy głównemu bohaterowi jako gorzka lekcja prawdziwego życia. Schemat dobrze nam znany od wielu, wielu lat. Film inspirowany młodością Jana Borysewicza, lidera zespołu Lady Pank, popada w samouwielbienie, co słychać przede wszystkim w kwestiach wypowiadanych z offu przez samego narratora, który rozlicza się z Bogiem.

"Brzmi jak samograj. Problem w tym, że twórcy popełnili szereg błędów, przed którymi przestrzega się na pierwszych zajęciach z pisania scenariusza. O czym myślę? Przede wszystkim o podstawowej zasadzie 'show, don't tell'. Przez cały seans to, co widzimy na ekranie, tłumaczy nam sam Borysewicz" – wspomniał w swojej recenzji Jacek Walewski.

Biografie muzyków są łatwym wabikiem. Ludzie uwielbiają patrzeć, jak ktoś, komu życie cały czas rzuca kłody pod nogi, przezwycięża wszelkie przeciwności losu. Ludzie lubią obserwować, jak ktoś, kogo znają (z widzenia i ze słyszenia), wspina się powoli po szczeblach kariery. Problem tkwi w tym, że takie filmy często skłaniają się w kierunku utartych schematów, nie widząc potrzeby w zgłębianiu fenomenu czyjejś twórczości. Muzyka schodzi na dalszy plan, ustępując miejsca tym samym archetypom fabularnym. W "Mniej obcym" piosenki są niczym więcej niż tłem.

Dalsza część artykułu poniżej.

Skromne początki, bunt, pierwszy sukces, który wznieca głód, lawina problemów życiowy, kryzys i swoiste katharsis – pod ten schemat możemy podpiąć m.in. "Michaela" Antoine’a Fuquy o Michaelu Jacksonie, "Bohemian Rhapsody" Bryana Singera o Freddiem Mercurym i musical "Better Man: Niesamowity Robbie Williams" Michaela Graceya (tutaj przynajmniej mieliśmy zabawę formą).

"'Mniej obcy' nie jest wyjątkiem. Właśnie powstaje filmowa biografia Scorpions, a jej trailer obiecuje dokładnie to samo: grupę rockmanów, która muzyką obala komunizm. Branża odkryła, że biografia gwiazdy sprzedaje się sama, a widz i tak przyjdzie dla piosenek" – stwierdził w naTemat Walewski.

Przypomnijmy, że w obsadzie "Mniej obcego" znaleźli się m.in. Mikołaj Bukrewicz, Marcel Barra, Mikołaj Matczak ("Ostatni komers"), Hubert Miłkowski ("Hiacynt"), Ireneusz Czop ("Pokłosie"), Kinga Preis ("Ołowiane dzieci") i Maciej Musiałowski ("Polot").