
Jezioro Solińskie cofnęło się miejscami o kilkadziesiąt metrów i odsłoniło to, co przez ponad pół wieku znajdowało się pod wodą: fundamenty domów, podmurówki i piwnice wsi zatopionych pod koniec lat 60. Turyści przyjeżdżają robić zdjęcia, ale hydrolodzy mają mniej powodów do radości.
Bieszczadzkie Morze, jak potocznie nazywane jest Jezioro Solińskie, powstało kosztem kilkunastu miejscowości. Pod wodą zniknęły m.in. dawna Solina, Wołkowyja, Chrewt, Sokole, Teleśnica Sanna i Rajskie. A razem z nimi domy, cerkwie, cmentarze i młyny. Dziś po odsłoniętym dnie zatok wołkowyjskiej i chrewckiej chodzą turyści. Oglądają resztki chat, kamienne podmurówki i zarysy dawnych zabudowań. Pozostałości są skromne, ale robią wrażenie. To ślady życia, które zalano, żeby okiełznać San.
Woda z Jeziora Solińskiego ucieka szybciej, niż napływa
Wysychanie Soliny ma prostą przyczynę – jezioro ma ujemny bilans dopływu i odpływu. Do zbiornika dopływa obecnie ok. 1 m³ wody na sekundę, a wypływa 7,5 m³ na sekundę. Za ten spadek odpowiada przede wszystkim głęboka susza hydrologiczna. Przez blisko pół roku nie było większych opadów, ale za to panowały wysokie temperatury i dopływy niemal nie zasilały jeziora.
Zespół Elektrowni Wodnych Solina-Myczkowce nie może jednak tak po prostu zakręcić kurka. Przepisy nakazują stały zrzut wody i mamy paradoks. Jezioro Solińskie zrzuca wodę, aby utrzymać minimalny przepływ w rzece San oraz chronić życie biologiczne i zapewnić ciągłość ujęć wody pitnej dla okolicznych miejscowości.
IMGW od miesięcy ostrzega, że niskie są nie tylko stany rzek, ale też zbiorników retencyjnych w całym kraju – susza w Polsce obciąża kraj, a ziemia często przypomina pustynię. Podobnie było we wrześniu 2024 roku, gdy coś złego działo się z Wisłą, a królowa polskich rzek przypominała potok w czasie suszy obejmującej 14 województw. Przy rekordowo płytkiej Wiśle w Warszawie woda odsłoniła stołeczne "skarby".
Do tej pory najgorzej było w 2015 roku, gdy poziom Wisły spadł do 26 cm. Wtedy była to anomalia, ciekawostka, a archeolodzy wypatrywali na dnie rzeki skarbów, szczególnie rzeczy zatopionych podczas potopu szwedzkiego. Teraz o wiele łatwiej znaleźć w Wiśle śmieci i zatopione hulajnogi elektryczne.
Zobacz także
Czy Jezioro Solińskie zniknie na zasze?
Płytkie zatoki Jeziora Solińskiego, np. w okolicach Chrewtu i Teleśnicy, to miejsca rozrodu, żerowania i schronienia ryb oraz ptactwa wodnego. Gdy woda ustępuje, zamieniają się w błoto. Tam, gdzie woda jeszcze została, szybciej się nagrzewa. Spada wtedy stężenie tlenu, a ryby zaczynają cierpieć.
Wypłycone jezioro pokazuje też, ile osadu naniesiono do niego przez dekady. Samorządy i lokalni przedsiębiorcy próbują odmulać niektóre zatoki. Jest to jednak działanie kosztowne, a na prace potrzebna jest zgoda Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska.
Eksperci uspokajają jednak, że Solina nie zniknie. Takie spadki poziomu wody już się zdarzały, m.in. w latach 2003, 2011 i 2022. Zbiornik ma ok. 22 km² powierzchni, ponad 60 m głębokości w najgłębszym miejscu i pojemność ok. 500 mln m³. Według prognoz Regionalnego Zarządu Gospodarki Wodnej w Rzeszowie i IMGW poziom wody powinien zacząć wracać do normy jesienią i zimą, gdy przyjdą deszcze i roztopy.
Jednak przez ciągłe zmiany klimatu, czyli wyższe średnie temperatury i coraz bardziej gwałtowne opady, tak głębokie niżówki będą raczej pojawiać się częściej i trwać dłużej niż przed laty. I to nie tylko u nas – latem 2022 roku opisywaliśmy w naTemat.pl, jak wysychała największa rzeka Francji, Loara. Widok dna Soliny może więc spowszednieć.
Jezioro Solińskie to największy sztuczny zbiornik w Polsce pod względem pojemności. Powstało przede wszystkim po to, by chronić dolinę Sanu przed powodziami. Pierwszą koncepcję zapory przygotował w 1921 roku prof. Karol Pomianowski. Budowa ruszyła w 1960 roku i trwała 8 lat. Pracami kierował inż. Feliks Niczke, był też głównym projektantem zapory i elektrowni. Zapora ma 81,8 m wysokości i 664 m długości. Zbiornik oficjalnie oddano do eksploatacji 20 lipca 1968 roku.






