Domek na tle islandzkiego krajobrazu
Na Islandii nie bawią się w zmianę czasu. Fot. X1ntao ZHOU / Pexels.com

Przestawianie zegarków dwa razy w roku może wkrótce odejść do historii. W niektórych częściach świata w ogóle nie jest jednak problemem. Nawet w Europie jest państwo, które nie zmienia czasu od niemal 60 lat. Da się? Da się. Ale jest pewien haczyk.

REKLAMA

Zmiana czasu na zimowy już w ten weekend. W nocy z 24 na 25 października (z soboty na niedzielę) o godzinie 3:00 cofamy nasze zegarki do 2:00 i śpimy godzinę dłużej. Zanim jednak zaczniemy się cieszyć, pamiętajmy, że za pół roku będziemy spać godzinę krócej.

W Europie trwa obecnie gorąca debata dotycząca potencjalnej likwidacji tego systemu. Wiadomo jednak, że czas zmianowy będzie funkcjonować przynajmniej przez kolejne 5 lat – do 26 października 2031 roku. Dopiero potem możemy przejść na model, który znamy z kraju znajdującego się bardzo blisko granic wspólnoty. Być może warto więc uczyć się na ich doświadczeniach.

Jak wygląda życie bez zmiany czasu? Na Islandii wiedzą to od 60 lat

W 1968 roku Islandia przyjęła czas całoroczny UTC+0. Państwo kurczowo trzyma się tego rozwiązania ze względu na korzyści finansowe dla gospodarki i możliwość synchronizowania jej ze Starym Kontynentem. To jedna strona medalu. Druga jest znacznie mniej optymistyczna.

W kraju odnotowuje się powszechne problemy związane z nadmiernym stosowaniem leków nasennych oraz innymi zagadnieniami zdrowia publicznego – np. przemęczeniem uczniów (jak podaje "Iceland Insider", cytując prof. Bjorg Thorleifsdottir, 35 proc. nastolatków cierpi na "społeczny jet-lag").

Te problemy niekoniecznie wynikają jednak z braku zmiany czasu, a mogą być związane z tym, że kraj powinien należeć do strefy UTC-1. Obecnie funkcjonuje w UTC+0, czyli według czasu letniego, by dostosować się do europejskich standardów. Zresztą, skalę problemu doskonale widać na poniższej mapie. Islandia jest zupełnie "wycięta" z UTC-1, a część jej terytorium sięga nawet "podręcznikowej" UTC-2:

Strefy czasowe, źródło: TimeZonesBoy, WikimediaCommons / Domena Publiczna

Zmiana czasu to kwestia wielowymiarowa – gospodarka i zdrowie wyraźnie na niej cierpią

Zmiana czasu dwa razy w roku ma negatywny wpływ na zdrowie sercowo-naczyniowe, wzrost liczby wypadków i kolizji (bezpośrednio po wdrożeniu), objawia się w spadku jakości i długości snu, sprzyja udarom mózgu, pogarsza stan psychiczny, a także może mieć wpływ na hormony głodu i sytości. To właśnie te czynniki skłaniają do odejścia od tego modelu.

Zmiana czasu ma negatywny wpływ również na inne obszary związane z gospodarczym funkcjonowaniem państwa, w tym: logistykę i transport, rozliczanie pracy (w przypadku zmian w nocy), systemy IT (w tym np. bankowe), no i oczywiście na spadek produktywności w związku ze zdrowotnymi konsekwencjami przestawiania zegarków. Problem wykracza jednak poza granice Polski czy chociażby Europy.

Dalsza część artykułu poniżej.

Tu pora na małą ciekawostkę. Być może nie każdy o tym wie, ale zmiana czasu w UE odbywa się w innym terminie niż w większości USA. Osoby, które miały okazję współpracować z podmiotami zza Atlantyku, znają tę bolączkę aż za dobrze.

Wiosenne "daylight savings" w USA wchodzą około 2-3 tygodni wcześniej, a jesienią wracają do czasu standardowego o tydzień później. Przy pracy w zespołach rozproszonych tworzy to organizacyjny rozgardiasz i wymaga korzystania z kalkulatorów stref czasowych. W praktyce nie zawsze to wychodzi.

Konsekwencje wykraczają jednak daleko poza kalendarze spotkań. Zmiana różnicy czasu wpływa również na planowanie logistyki, podróży, pracy operacyjnej związanej z dostawami, odbiorami, odprawami towarów – ten chaos to realne wyzwanie, które może prowadzić do kosztów biznesowych.