
"Violetta Villas" w reżyserii Karoliny Bielawskiej przez połowę seansu daje przebłyski wielkiego potencjału, ale niestety przegrywa w starciu ze schematyczną formą biografii muzycznej, podobnie zresztą jak "Mniej obcy" Kristoffera Rusa. Sandra Drzymalska tworzy przekonujący portret legendarnej divy, ale nie ma wystarczająco dużo siły, aby na swoich barkach donieść cały film do mety.
Idąc na seans "Violetty Villas", miałam cichą nadzieję na obraz, który językiem kinematografii spróbuje oswoić fenomen legendy polskiej estrady władającej sopranem koloraturowym. Salę kinową opuściłam z mętlikiem w głowie, gdyż na pierwszy rzut oka odniosłam wrażenie, że w tej produkcji rzeczy dobre i rzeczy złe toczyły równą walkę.
Jestem jedną z tych osób, które po każdej projekcji potrzebują poukładać sobie w głowie to, co widziały na dużym ekranie. Po dłuższym zastanowieniu doszłam do wniosku, że biografii rodzimej divy zabrakło odwagi, by wyjść ponad to, co oferuje większość dzieł należących do tego samego podgatunku. "Violetta Villas" Karoliny Bielawskiej ("Na dobre i na złe") miała możliwość wstąpienia na rzadko uczęszczaną ścieżkę, ale zrezygnowała z tego, skupiając swą uwagę na zbyt wielu wątkach z życiorysu gwiazdy.
Recenzja filmu "Violetta Villas" z Sandrą Drzymalską. Chaos na tle dramatu rodzinnego
Połowa lat 50. ubiegłego wieku. Czesława Gospodarek próbuje w pośpiechu opuścić Lewin Kłodzki. Ramionami otula małe zawiniątko – synka, który na chłód i szybki krok matki reaguje donośnym płaczem. Przyszła artystka estradowa stoi przed życiowym wyborem. Albo wróci do rodzinnego domu, który nie daje jej żadnych perspektyw, albo zostawi dziecko pod opieką babci i samodzielnie wyruszy w nieznane, tym samym przypieczętowując swój los. Dziewczyna wybiera to drugie.
Scena otwierająca "Violettę Villas" kusi nas wizją polskiego dramatu na miarę "The Florida Project" Seana Bakera lub "Aftersun", pełnometrażowego debiutu reżyserskiego i scenopisarskiego Charlotte Wells, będącego smutną i pełną współczucia opowieścią przedstawiającą rodzicielstwo oczami dziecka. Fundamentem tej biografii miały być wspomnienia syna tytułowej śpiewaczki, Krzysztofa "Dzięcioła" Gospodarka, zatem dzieło Bielawskiej sprawdza się najlepiej tam, gdzie konfrontuje romantyczne wyobrażenie o Villas z tym, jak widzieli ją najbliżsi.

Twórcy najwyraźniej chcieli mieć ciastko i zjeść ciastko, co poskutkowało charakterystycznym dla biografii muzycznych chaosem i idącą z nim w parze bezcelowością. Fabuła skacze między różnymi etapami kariery Villas, w tym trzema (bądź czterema) rozdziałami z dzieciństwa Dzięcioła. Filmowi wyszłoby na dobre, gdyby pominął wiele – kuszących swoją drogą – karierowych smaczków na rzecz bardziej przyziemnego portretu dobrej, ale zagubionej kobiety. Oczywiście po części mu się to udaje, aczkolwiek postępy te idą na marne, tracąc swoje wyraziste rysy w natłoku niepotrzebnych wątków.
Dalsza część artykułu poniżej.
Zobacz także
Sandra Drzymalska ("Lalka" Netflixa) nie tylko do złudzenia przypomina Violettę Villas, ale świetnie oddaje także magnetyzm i charakterystyczne gesty pieśniarki estradowej, choć koncertowe sekwencje z jej udziałem wybijają z rytmu mało przekonującym playbackiem. Sercem filmu są momenty, gdy dzieli ona ekran z Jowitą Budnik ("Papusza"), którą obsadzono w roli babci, oraz wszystkimi odtwórcami ról Krzysztofa (m.in. z Antonim Tyszkiewiczem). Dramat rodzinny faktycznie potrafił poruszyć we mnie najczulszą strunę.
"Violetta Villas" kontynuuje dziedzictwo wszystkich tych filmów, które rozprawiają się z czasami PRL-u, pokazując kontrast między szarą i biedną rzeczywistością "za komuny" a uosobieniem skrajnego kapitalizmu, czyli błyszczącym od neonów Las Vegas. Z biografii możemy wyciągnąć pojedyncze zdania, które sugerują, że amerykański sen to samotny sen. Scenografia i charakteryzacja robią wrażenie, ale nie są w stanie uratować produkcji przed jej zachowawczym tonem.
Film poświęcony Violetcie Villas jest powściągliwy pod niemalże każdym względem (z wyjątkiem aktorstwa). Ta powściągliwość nie pozwala wybrzmieć najszczerszym nutom płynącym z pieśni, jakie pozostawiła po sobie barwna jak ptak artystka z burzą blond loków.




