Katastrofa lotu 401
Katastrofa lotu 401. Dlaczego świadkowie widzieli zmarłą załogę? fot. naTemat

W grudniu 1972 z lotniska w Nowym Yorku w kierunku Miami wystartował samolot firmy Lockheed w rejs o numerze 401. Tragicznej nocy na pokładzie znajdowało się 176 osób, w tym 13-osobowa załoga. Nikt nie przypuszczał, że dla wielu z nich będzie to ostatnia podróż.

REKLAMA

Podczas przygotowywania się do lądowania maszyna uderzyła w ziemię, co spowodowało śmierć 101 osób, w tym całej załogi w kokpicie. Lot 401 nie należy do grona 10 największych katastrof lotniczych w historii. Jednak to nie sama katastrofa sprawiła, że o locie 401 mówi się do dziś.

W kolejnych miesiącach i latach zaczęły pojawiać się relacje o czymś znacznie bardziej niepokojącym. Świadkowie twierdzili, że widzieli zmarłych członków załogi. Wśród osób składających takie relacje mieli znajdować się pasażerowie, stewardesy, piloci, pracownicy lotniska, a nawet przedstawiciele kierownictwa linii lotniczych.

Czy ofiary katastrofy naprawdę wróciły? Czy ich duchy pojawiały się na pokładach innych samolotów? Czy też może jest to tylko kolejna legenda, która wyrosła na prawdziwej tragedii – podobnie jak opowieści, którymi owiane są najbardziej nawiedzone miejsca w Polsce: zamki, cmentarze i lasy?

Tajemnica lotu 401. Co tam się wydarzyło?

Jest noc 29 grudnia 1972 roku – niemal równo rok po tym, jak Juliane Koepcke przeżyła katastrofę lotniczą nad peruwiańską dżunglą. Dwaj przyjaciele, Robert Marquis i Ray Dickinson, wypłynęli na bagna Everglades na Florydzie. Nie byli tam służbowo, nie uczestniczyli w żadnej akcji ratunkowej i nie mieli pojęcia, że za chwilę znajdą się w samym centrum jednej z największych tragedii lotniczych swoich czasów. Spędzali wieczór w sposób, który znali od lat. Pływali po mokradłach i polowali na żaby.

Było to popularne zajęcie w okolicy. Korzystali z reflektorów i latarek, które pozwalały dostrzec odbijające światło oczy zwierząt ukrytych wśród trzcin i błota. Panowała bezksiężycowa noc. Padał lekki deszcz. Wokół rozciągała się niemal całkowita ciemność. Jedynymi odgłosami były szum wiatru, odgłosy owadów oraz plusk wody poruszanej przez ukryte w niej zwierzęta. Robert i Ray znali ten teren doskonale, dlatego posługiwali się tylko jedną mocną lampą. Nie potrzebowali więcej światła. Wręcz przeciwnie. Im ciemniej było wokół, tym łatwiej dało się dostrzec odbicia światła w oczach żab.

W pewnym momencie ciszę przerwał potężny huk. Chwilę później niebo rozświetliła pomarańczowa łuna. Około osiem kilometrów dalej ponad horyzontem unosił się blask, którego żaden z mężczyzn nie potrafił wyjaśnić. Przez moment zastanawiali się, czy nie był to meteoryt, ale szybko uznali, że to nie ma sensu.

Ciekawość zwyciężyła. Uruchomili silnik łodzi i ruszyli w kierunku światła. Im bardziej się zbliżali, tym dziwniejsza stawała się sytuacja. Najpierw usłyszeli szmer przypominający dziesiątki nakładających się na siebie głosów. Potem zaczęły wyraźnie przebijać się krzyki. Były to wołania ludzi proszących o pomoc. Krzyki pełne bólu, paniki i rozpaczy. Ale wyraźnie słyszeli także, że ktoś śpiewał kolędy. Gdy dopłynęli bliżej, światło latarki Roberta zaczęło oświetlać przedmioty unoszące się na wodzie.

Na początku nie rozumiał, na co patrzy. Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że są to fragmenty wraku samolotu oraz ludzkie ciała. Niektóre osoby wciąż żyły. Jedna z nich krzyczała o pomoc, nadal przypięta do fotela. Ubranie mężczyzny było niemal całkowicie spalone i stopione z jego skórą.

Krzyki w bagnach

Robert i Ray wskoczyli do zimnej wody, wyciągnęli go i umieścili w łodzi. Kiedy inni rozbitkowie zauważyli, że ktoś dotarł na miejsce katastrofy, z każdej strony zaczęły rozlegać się błagania o ratunek.

Ludzie krzyczeli, że nie chcą umrzeć na środku bagien. Nie chcą zostać sami pośród aligatorów, węży i ciemności. Wokół dryfowały szczątki samolotu, bagaże oraz fragmenty siedzeń. Nikt nie wiedział wtedy, że pojawiło się jeszcze jedno śmiertelne zagrożenie. Na powierzchni wody zaczęły unosić się ogromne ilości paliwa lotniczego.

Robert i Ray odczuli piekący ból na skórze. Dopiero wtedy zorientowali się, że wokół nich pływają dziesiątki, a być może setki litrów paliwa odrzutowego. Wystarczyła pojedyncza iskra, aby zmienić okolicę w ogromny płonący zbiornik. Na środku bagien nie było lotniskowej straży pożarnej.

Mimo niebezpieczeństwa obaj kontynuowali ratowanie ludzi. Po pewnym czasie na miejsce dotarła straż przybrzeżna. Akcja ratunkowa trwała przez wiele godzin. Robert i Ray pomagali wyciągać rannych praktycznie przez całą noc. Dzięki szybkiej reakcji ratowników oraz przypadkowej obecności obu mężczyzn udało się uratować wielu pasażerów.

Ale co właściwie wydarzyło się kilka minut wcześniej na pokładzie samolotu? Szczegóły w Biurze Tajemnic. Zobacz odcinek na górze strony lub naszym kanale YouTube pod tym linkiem.