Marcin Przydacz
Tajny pakt Sikorskiego z Nawrockim? Przydacz oskarża Tuska o storpedowanie układu Fot. Alexandros Michailidis / Shutterstock

Od ponad 2 lat polskie ambasady w kluczowych stolicach działają w stanie zawieszenia, kierowane przez dyplomatów bez pełnomocnictw prezydenckich. Świeża wymiana ciosów między Marcinem Przydaczem a obozem rządowym dowodzi, że sprawa nie rozbija się o przepisy, lecz o polityczną dominację. Prezydent nie może powołać ambasadora sam, a rząd nie może go do tego zmusić.

REKLAMA

"MSZ po prostu kłamie, a minister został upokorzony przez swojego szefa" – tak ostrych słów z Pałacu Prezydenckiego pod adresem Radosława Sikorskiego nie było od dawna. Szef prezydenckiego Biura Polityki Międzynarodowej Marcin Przydacz twierdzi, że paraliż w polskiej dyplomacji to wina rządu.

Tajny pakt Sikorskiego z Nawrockim i weto Tuska?

Wpis Marcina Przydacza, szefa Biura Polityki Międzynarodowej w Kancelarii Prezydenta, to deklaracja, że próby wypracowania jakiegokolwiek kompromisu między Pałacem Prezydenckim a rządem Donalda Tuska legły w gruzach.

Zarzuty o "upokorzeniu ministra przez szefa", "manipulacji", "kłamstwie" i "chamstwie" padające z ust czołowego urzędnika prezydenta Karola Nawrockiego pokazują, że spór o obsadę polskich ambasad osiągnął temperaturę wrzenia.

Według relacji Marcina Przydacza, od jesieni ubiegłego roku do wiosny toczyły się nieoficjalne, zakulisowe negocjacje między Pałacem Prezydenckim a MSZ.

Na czym miało polegać porozumienie? Strony miały uzgodnić kompromisową listę kilkunastu ambasad w kluczowych państwach. Prezydent miał zgodzić się na podpisanie nominacji dla części kandydatów rządowych w zamian za uwzględnienie propozycji Pałacu.

Kluczowym punktem była ambasada w USA. Pałac żądał wycofania Bogdana Klicha, którego prezydent uważał za postać czysto polityczną i nie do zaakceptowania. W zamian – jak twierdzi Przydacz – obie strony miały porozumieć się co do nazwiska zawodowego dyplomaty z wieloletnim stażem w MSZ, niebędącego politykiem żadnej ze stron. Kandydatura ta miała uzyskać pełną akceptację Radosława Sikorskiego.

Jak twierdzi strona prezydencka, cały pakiet został storpedowany osobiście przez premiera. Donald Tusk miał nakazać MSZ powrót do twardego kursu i żądać, by prezydent po prostu podpisał wszystkie wnioski przesłane przez rząd.

"Niestety bez zaskoczeń. W sytuacji kiedy minister został upokorzony przez swojego szefa, próbuje salwować się manipulacją i kłamstwem. Musi odreagować poprzez to, co potrafi najlepiej – chamstwem. Nihil novi" – pisze Przydacz.

Konflikt tli się od marca 2024 roku. Wówczas szef MSZ Radosław Sikorski podjął decyzję o zakończeniu misji ponad 50 ambasadorów powołanych za czasów rządów Zjednoczonej Prawicy, argumentując to koniecznością dostosowania korpusu dyplomatycznego do linii nowego rządu.

Ówczesny prezydent Andrzej Duda odmówił podpisania ich formalnych odwołań oraz blokował nominacje nowych kandydatów. Po wygranych przez Karola Nawrockiego wyborach prezydenckich – nowy lokator Pałacu podtrzymał weto wobec kandydatów koalicji, na czele z Bogdanem Klichem (wysłanym do Waszyngtonu) i Ryszardem Schnepfem (Rzym). W efekcie polskimi placówkami w kluczowych stolicach zaczęli kierować dyplomaci w randze chargé d'affaires a.i. – formalnie bez listów uwierzytelniających od głowy państwa.

W ostatnich tygodniach pojawiła się ze strony MSZ narracja, że porozumienie rozbiło się o postać Nikodema Rachonia (doradcy prezydenta, byłego radcy ambasady w Waszyngtonie, prywatnie brata Michała Rachonia z Telewizji Republika). Radosław Sikorski sugerował, że to właśnie jego kandydaturę na ambasadora w USA forsował Karol Nawrocki, na co rząd nie mógł się zgodzić.

Do tego właśnie pije Przydacz w swoim wpisie: twierdzi, że wrzutka o Rachoniu to medialne kłamstwo mające przykryć fakt, że to Donald Tusk zablokował wynegocjowany wcześniej kompromis z zawodowym dyplomatą.

Kto powołuje ambasadorów? Przepisy kontra polityka

Wokół procedury nominacji narosło mnóstwo manipulacji. Politycy obu stron chętnie wyrywają z kontekstu pojedyncze zdania z ustaw, by udowodnić swoją wyższość. Prawda ustrojowa jest opisana w dwóch aktach prawnych: Konstytucji RP oraz Ustawie o służbie zagranicznej.

Zgodnie z art. 146 ust. 1 i ust. 4 pkt 9 Konstytucji RP, to Rada Ministrów prowadzi politykę zagraniczną państwa i sprawuje ogólne kierownictwo w dziedzinie stosunków z innymi krajami. Prezydent nie ma prawa prowadzić własnej, alternatywnej dyplomacji.

Z kolei art. 133 ust. 1 pkt 1 Konstytucji mówi wprost: „Prezydent Rzeczypospolitej jako reprezentant państwa w stosunkach zewnętrznych: mianuje i odwołuje pełnomocnych przedstawicieli Rzeczypospolitej Polskiej w innych państwach i przy organizacjach międzynarodowych".

Prerogatywa, której nie ma na liście

W art. 144 ust. 3 Konstytucji wymieniono 30 tzw. prerogatyw prezydenta – czyli decyzji, które głowa państwa podejmuje całkowicie samodzielnie, bez zgody rządu (jak weto, prawo łaski czy rozwiązanie Sejmu). Mianowania ambasadora na tej liście nie ma.

Zgodnie z art. 39 ustawy, procedurę rozpoczyna minister spraw zagranicznych, składając wniosek po akceptacji premiera. Następnie kandydat jest opiniowany przez sejmową komisję, uzyskuje agrément od obcego państwa i dopiero wtedy trafia do podpisu na biurko prezydenta.

Konstrukcja ta wymusza na obu ośrodkach władzy obowiązek współdziałania (art. 133 ust. 3 Konstytucji). Ani rząd nie może narzucić prezydentowi ambasadora, którego ten nie chce podpisać, ani prezydent nie może powołać nikogo wbrew woli premiera. To zresztą ten sam mechanizm, który napędza spór o Trybunał – niedawno Nawrocki idzie na noże ws. TK, oberwało się Berkowi i Komisji Weneckiej, a logika konfliktu była identyczna.

Koniec konwencji konstytucyjnej

Przez ponad trzy dekady III RP ten konstytucyjny węzeł funkcjonował dzięki tzw. konwencji konstytucyjnej, czyli niepisanemu obyczajowi politycznemu.

Zanim MSZ wysłało oficjalne pismo, minister spotykał się z prezydentem w cztery oczy. Panowie ustalali nazwiska przy kawie: rząd dostawał swoich ludzi w kluczowych stolicach, prezydent miał swoich przedstawicieli w kilku prestiżowych ambasadach, a tam, gdzie brakowało zgody, wysyłano bezpartyjnych zawodowców.

Ten mechanizm runął. Rząd Donalda Tuska uznał, że po latach upolitycznienia placówek przez PiS nie będzie tolerować dyplomatów powiązanych z dawną władzą, a prezydent nie ma prawa blokować polityki rządu. Z kolei Pałac Prezydencki uznał, że podpis prezydenta nie jest automatyczną pieczątką i głowa państwa ma prawo wetować nominacje polityczne (jak Klich).

W efekcie Polska wpadła w dyplomatyczną prowizorkę. Rząd omija prezydenckie weto, mianując kierowników placówek w randze chargé d'affaires (do czego wystarczy decyzja ministra), a Pałac Prezydencki odmawia podpisywania nominacji, oskarżając rząd o łamanie prawa. Ta sama arytmetyka siły widoczna jest przy ustawach – niedawno Nawrocki rozegrał z Tuskiem kolejną bitwę na ustawy, podpisując osiem i wetując trzy.