
"Niewiarygodne szmaciarstwo", "skrajna patologia", "obrzydlistwo" – to najbardziej pieszczotliwe określenia, jakie znalazłem po akcji Tomasza Sakiewicza na krakowskim rynku. To był jego solowy popis: zasłaniając własnym ciałem policjantów, opowiadał, że na miejscu nie ma policji, opowiadał bajki o "grupie cudzoziemców", która strzelała, i szczuł na służby. Wstyd mi za tego człowieka. Szkoda, że on tego pojęcia nie zna.
Czasem mam wrażenie, że w polskim krajobrazie medialnym istnieje kategoria moralnego upadku, zarezerwowana wyłącznie dla jednego człowieka. Kiedy myślisz, że Tomasz Sakiewicz dotarł już do absolutnego dna i wygodnie się na nim umościł, on puka od spodu i wchodzi z kamerą, by udowodnić, że w poszukiwaniu politycznego zysku można się z lubością nurzać w każdym dramacie, bez cienia żenady łżeć i szczuć.
Sakiewicz na Rynku Głównym w Krakowie: "Gdzie jest policja?"
Centrum jednego z najtragiczniejszych wydarzeń w powojennej historii Polski. Wokół Sukiennic trwa walka o ludzkie życie. Ratownicy medyczni prowadzą segregację rannych. Funkcjonariusze ryzykują wszystko, by obezwładnić uzbrojonego mordercę. Czego w takiej chwili oczekujemy od dziennikarza obecnego na miejscu? Rzetelności, powagi, szacunku dla dramatu i przekazywania sprawdzonych faktów.
Co robi Tomasz Sakiewicz? Stawia w centrum wydarzeń swoją własną, niezastąpioną osobę i odpala protokół, który opanował do perfekcji: zaczyna szczuć. Stojąc niedaleko miejsca tragedii, Sakiewicz patrzy prosto w obiektyw i z grobową miną pyta: "Gdzie jest policja?". A potem z pełnym przekonaniem brnie w narrację, że na miejscu nie ma ani jednego mundurowego, ponieważ "wszystkie rezerwy policji zostały wywiezione do Warszawy".
Rozumiecie? Redaktor naczelny stacji informacyjnej stoi w strefie, w której przed chwilą policjanci strzelali się z zamachowcem. I na żywo na całą Polskę ogłasza, że państwo nie działa, a policji nie ma. Trudno oprzeć się wrażeniu, że dla Sakiewicza policja istnieje tylko wtedy, gdy otacza go szczelnym kordonem i śpiewa mu sto lat, ewentualnie chroni jego reporterów podczas prowokacji pod Trybunałem Konstytucyjnym. Albo wtedy, gdy można ją oskarżać o bezprawie – jak po głośnej interwencji w jego domu.
Kiedy policjant z narażeniem życia zatrzymuje terrorystę, kamera Republiki go nie widzi. Serio, oglądałem ten popis Sakiewicza. Facet naprawdę celowo ustawił się tak sprytnie, by zasłonić krzątających się w tle funkcjonariuszy. Poprawiał się, przesuwał, właśnie po to, by swoim ciałem przesłonić stojącego za nim policjanta!
Przechodzący obok mężczyzna nie wytrzymał tego seansu kłamstw, rzucając prosto w kadr: "Jak można takie bzdury. Co za bzdury pan gadasz!". Sakiewicz, niewzruszony faktem, że właśnie został sprowadzony na ziemię przez przypadkowego świadka, wolał skwitować to uwagą o "bardzo agresywnych ludziach". To nie on, to nie jego wina, to inni. To inni kłamią, on nie kłamie. Mentalność dziecka.
Zobacz także
"Grupa cudzoziemców". Plotki zamiast faktów
Na tym jednak nie koniec. Sakiewicz bez cienia wahania obwieścił, że "prawdopodobnie strzelaniny dokonała jakaś grupa cudzoziemców". Bo takie nieoficjalne informacje otrzymał. Tymczasem sprawcą zamachu w Krakowie okazał się 24-letni Polak z Ostrowca Świętokrzyskiego. Dziennikarze mają swoje nieoficjalne źródła i informatorów. Tomasz Sakiewicz nie ma.
Powtarza najgłupsze i najbardziej obrzydliwe plotki, które ktoś sufluje, które jacyś durnie wypisują w sieci. A Sakiewicz to powtarza. Ma tylko swoją nieograniczoną wyobraźnię i cel polityczny do zrealizowania. Facet, który przez lata lansował bzdurne teorie o zamachu w Smoleńsku i bez mrugnięcia okiem powiązał ataki w szkołach z rządem Donalda Tuska, po raz kolejny pokazał, że jego opus magnum – TV Republika – to generator medialnego fetoru.
Chociaż nie wiem, czy to cel polityczny, moim zdaniem bardziej finansowy. Sakiewicz znalazł na rynku niszę, odbiorców naiwnych, dzielących się z nim pieniędzmi, kiedy tylko TV Republika prosi o datki. Bez cienia żenady wysysał pieniądze z państwowych spółek w zamian za pokazywanie polityków jednej partii i z jednego metra ciętych. O tym, jak państwowe spółki zasilają media Sakiewicza, pisał już INNPoland. Politycznie źródełko wyschło, ale ludzi wierzących w opowiadane przez niego bzdury ciągle jest na tyle, by kasa w miarę się zgadzała. Kasa Sakiewicza, rzecz jasna, bo z terminowego wypłacania pensji to on raczej nie słynie.
Reakcje dziennikarzy i polityków na relację Sakiewicza
Reakcja środowiska dziennikarskiego była dla niego miażdżąca. Bartosz Wieliński podsumował to krótko i celnie: "Niewiarygodne szmaciarstwo". Janusz Schwertner zauważył, że stacja szczuła na polską policję dokładnie w momencie, gdy bohaterski krakowski funkcjonariusz ratował ludzkie życia – tego samego wieczoru Donald Tusk ujawnił nazwiska rannych policjantów w Krakowie. Z kolei Paweł Kapusta z "Rzeczpospolitej" celnie zapytał, jak tacy ludzie mogą później patrzeć w lustro. Niestety, mogą.
Co gorsza, w ślad za naczelnym Republiki poszli politycy. Krystyna Pawłowicz i Mariusz Gosek ochoczo powielali w sieci zmyśloną narrację o braku mundurowych, zmuszając rzeczniczkę MSWiA do otwartego zaapelowania: "Przestańcie kłamać i wykorzystywać ludzką tragedię do politycznej propagandy. Wstyd!".
Ale większość polityków z obu stron barykady zachowała się przyzwoicie. Wsparcie dla ofiar, wyrazy solidarności. Poważny człowiek wie, że z ocenami lepiej się wstrzymać. Plotki rzadko się potwierdzają, dziś wiemy, że cały zamach trwał minuty a nie godziny, że policjanci szybko pojawili się na miejscu, podjęli pościg i dopadli zbira. Czy popełnili jakieś błędy? Pewnie tak, ale dwóch policjantów z krótką bronią na faceta z karabinem to nie jest element standardowego szkolenia, to nie jest scenariusz, który codziennie ćwiczą. Mogli działać ostrożniej, bezpieczniej dla siebie. Ale oni tak nie myśleli: podjęli działanie, zapłacili straszną cenę. I uratowali nie wiadomo ile ludzkich żyć.
TV Republika bez wstydu po zamachu w Krakowie
Wstyd to kategoria, której w stacji Sakiewicza po prostu nie ma. Zastąpiły ją paski pseudoinformacyjne i kalkulacja w Excelu. Tomasz Sakiewicz udowodnił, że w imię partyjnej lojalności i utrzymania atencji swoich widzów jest gotów wejść w każdą kałużę krwi i zrobić z niej polityczne błoto.
Za tę konkretną transmisję z Rynku Głównego nie grozi mu pozew – przed sądem za opinie i publicystyczne relacje (nawet te najbardziej odklejone od faktów) zazwyczaj się nie staje. Ale przed sądem przyzwoitości wyrok zapadł w chwili, gdy z ust naczelnego padło zmanipulowane "Gdzie jest policja?". Zostało jedynie obrzydzenie.






