"Skończył się chleb, muszą zacząć się igrzyska". Eksperci o słowach Kaczyńskiego o "zbrodni"

Mateusz Przyborowski
11 kwietnia 2022, 17:12 • 1 minuta czytania
Ekspertów poprosiliśmy o analizę niedzielnego przemówienia Jarosława Kaczyńskiego przed Pałacem Prezydenckim. Nasi rozmówcy są zgodni: takiego przemówienia prezesa PiS dawno nie widzieliśmy. Zgodnie też twierdzą, że była to mobilizacja twardego elektoratu. – 10 kwietnia Jarosław Kaczyński zapoczątkował kampanię wyborczą – uważa dr Mirosław Oczkoś, ekspert ds. wizerunku.
Ekspert o mowie ciała Jarosława Kaczyńskiego podczas przemówienia nt. katastrofy smoleńskiej Fot. Zbyszek Kaczmarek / REPORTER

Obserwuj naTemat w Wiadomościach Google


Dwunastą rocznicę katastrofy smoleńskiej podsumował w niedzielę wieczorem Jarosław Kaczyński. Prezes PiS zapowiedział, że opinia publiczna pozna "pełną" i "zweryfikowaną przez różne ośrodki" prawdę o katastrofie smoleńskiej.

– Dowody trzeba umieć zebrać, to było niesłychanie trudne, ale udało się. Dzisiaj wiemy, co się stało. Mamy tę odpowiedź. Pełną, konkretną i zweryfikowaną, także przez wiele zagranicznych ośrodków – powiedział prezes PiS. I dodał: – Chciałem to w 12. rocznicę katastrofy, a tak naprawdę zbrodni, zamachu, państwu powiedzieć.

Czytaj także: Mowa ciała zdradziła Andrzeja Dudę. "Kiepski teatr, ciało odmówiło współpracy"

W swoim przemówieniu Jarosław Kaczyński stwierdził, że spotkanie po trzech latach przerwy z powodu pandemii koronawirusa odbywa się w szczególnych okolicznościach. Bo w ciągu tych trzech lat "nastąpiła wielka zmiana".

– Dziś chce państwu powiedzieć, że w ciągu tych trzech lat nastąpiła tu wielka zmiana i wynika ona nie tylko z tego tragicznego kontekstu, a więc wojny w Ukrainie, która potwierdza, że Rosja się nie zmieniła, że "postkomunizm" jest równie zbrodniczy jak komunizm. Zmiana wynika też z tego, co dziś wiemy o "katastrofie" – wygłosił prezes PiS.

W trakcie swojego przemówienia lider partii rządzącej gestykulował, a nawet groził palcem. I to dosłownie. O analizę jego wystąpienia poprosiliśmy ekspertów.

Eksperci analizują mowę ciała Kaczyńskiego w trakcie przemówienia

Daria Domaradzka-Guzik, uważa, że Jarosław Kaczyński był "absolutnie spójny z tym, co mówił". – Jeżeli weźmiemy pod uwagę słowa, które wypowiedział, i to jak groźnie przemawiał, to – na poziomie jego mowy ciała – wszystko pasowało – stwierdza Domaradzka-Guzik.

Jak zaznacza, były trzy elementy jego wystąpienia. – Na początku zaczął od podziękowań, czyli wkradania się w łaski, a tego u Jarosława Kaczyńskiego raczej nie obserwujemy. On ma zazwyczaj taki charakter trochę ignorancki, patrzy z góry. W niedzielę zobaczyliśmy prezesa PiS, który chce być charyzmatycznym mówcą ludowym. Na początku wystąpienia widać było ból i smutek. I to pasowało do kontekstu – ocenia ekspertka mowy ciała.

Czytaj także: Ekspertka o mowie ciała Wołodymyra Zełenskiego. "Wojna zmienia wszystko"

W drugiej części przemowy, jak mówi nasza rozmówczyni, nastąpił "zwrot retoryczny" i "szybsze tempo mówienia". – Kiedy zaczął mówić o Rosji i Kremlu, zobaczyliśmy Kaczyńskiego, który gestykuluje. A to niezmiernie rzadka sytuacja, ponieważ niekoniecznie używa gestów, żeby wesprzeć słowo. Pojawiła się złość, spięte mięśnie twarzy, ręka tnąca powietrze i atakujący palec. To był Kaczyński z sejmowego wystąpienia o "zdradzieckich mordach", tyle że trochę spokojniejszy. To była mikroekspresja złości – stwierdza Domaradzka-Guzik.

I dodaje: – Apogeum widzieliśmy w momencie, kiedy słowa "w 12. rocznicę katastrofy" zamienił na "12. rocznicę zbrodni". Widzieliśmy nieskrywaną złość, głośnie wykrzykiwanie i wymachiwanie rękami. To był przekaz oparty na emocjach do samego końca przemówienia. Można zatem stwierdzić, że prezes PiS wierzy w to, co mówił.

"To wszystko dobrze się łączy"

Podobnego zdania jest Łukasz Kaca, ekspert od mowy ciała, a także specjalista od wykrywania kłamstw i możliwości umysłu. Zwraca uwagę na dwie kwestie, które w trakcie przemówienia Jarosława Kaczyńskiego mocno się od siebie różniły.

– W pierwszej części, o "nowych dowodach", działo się zdecydowanie mniej. Mniej było mowy ciała, a ręce Jarosława Kaczyńskiego były "przyklejone" do pulpitu. Ta część przemówienia była dość sztywna i nie było spójności. Do momentu mówienia o Smoleńsku i "nowych dowodach" widzieliśmy wycofanego prezesa PiS, przestępującego z nogi na nogę i mylącego się – stwierdza w rozmowie z naTemat Łukasz Kaca.

Zauważa, że gdybyśmy wyłączyli dźwięk, to moglibyśmy stwierdzić, że "Kaczyński pił np. herbatę z koleżanką". – Mieliśmy do czynienia z zadziwiająco niewielką ekspresją mowy ciała w stosunku do informacji, która powinna być fundamentalnie ważna. Jestem jednak w stanie uwierzyć, że w wiele z tych rzeczy, o których mówił prezes PiS, on sam wierzy – mówi ekspert.

Czytaj także: "Nawet nie starał się tego ukryć". Ekspert o tym, co zdradza mowa ciała Zełenskiego

I dodaje, że pierwsza część przemówienia miała być wprowadzeniem do "nowych dowodów smoleńskich", a druga udowodnić, że te dowody mają prawo istnieć.

– Nadarzyła się okazja, ponieważ mamy Rosję, która jest agresorem, a jednocześnie Jarosław Kaczyński wyraźnie i dosłownie pogroził palcem Zachodowi i unosił pięści – komentuje Łukasz Kaca. – Widać było, że chciał podbić ten przekaz, bo to wszystko dobrze się łączy. Realna groźba ataku Rosji na inne kraje Europy była dobrym argumentem, żebyśmy w dalszej części wysłuchali całego kontekstu ws. Smoleńska - mówi.

Nasz rozmówca zauważa, że nie było to jednak naturalne zachowanie prezesa PiS. – Takie gesty mają pokazywać siłę i spełniają swoje zadanie, jednak wyłącznie w koordynacji z tym, co mówimy. To musi być spójne, a tej spójności brakowało. Podniesiony palec miał mówić: "Uważajcie, bo Rosjanie się nie zatrzymają" i skoro byli w stanie napaść na Ukrainę, to na pewno byli w stanie wywołać katastrofę smoleńską. To logika, która ma nie wybrzmieć wprost, ale która miała trafić do elektoratu PiS – stwierdza ekspert.

"To początek kampanii wyborczej"

Zarówno Daria Domaradzka-Guzik, jak i Łukasz Kaca, zwracają uwagę, że Jarosław Kaczyński przemawiał do swojego twardego elektoratu. Zgadza się z tym dr Mirosław Oczkoś, ekspert ds. wizerunku politycznego, który dodatkowo stwierdza, że niedzielne przemówienie Kaczyńskiego przed Pałacem Prezydenckim było początkiem kampanii wyborczej.

– "Skończył się chleb, muszą zacząć się igrzyska". Podejrzewam, że jest to przygotowanie do wyborów parlamentarnych na jesień lub wiosnę przyszłego roku. Widać, że prezes PiS jest w gazie i główny cel był taki: mobilizacja twardego elektoratu – mówi Mirosław Oczkoś w rozmowie z naTemat. – Jarosław Kaczyński ma również ten komfort, że nie posiada wyborców, tylko wyznawców, którzy na pewno pójdą do urn, jeśli dostaną paliwo – dodaje.

Czytaj także: Putin jest w coraz gorszej kondycji? Ekspert: Nie kontroluje się, to coś nowego

Zdaniem Mirosława Oczkosia, przemówienie prezesa PiS miało także zbudować mit Lecha Kaczyńskiego. – A tym, co uruchomiło całą tę machinę, jest wojna w Ukrainie. Sztabowcy i PR-owcy wymyślili spójny przekaz, że skoro Putin jest mordercą, a widzimy, że jest, to da się go podpiąć pod wszystko. Wprowadzono to podprogowo trochę na zasadzie skojarzeń i niedopowiedzeń. Widzimy przecież śmierć na żywo i tuż za rogiem – podkreśla ekspert.

Zaznacza też, że Jarosław Kaczyński "nie ma żadnych granic, by tę sytuację wykorzystywać". – Po poniedziałkowym wystąpieniu Antoniego Macierewicza wiemy, że ws. katastrofy smoleńskiej nie ma nic nowego. Prezes PiS też o tym wiedział, więc należało ten balon napompować – ocenia.

I dodaje: – W przemówieniu zostały również zakamuflowane wina i przyczyna, więc musiała być jeszcze kara. I to zawisło w powietrzu, żeby opozycjoniści się bali, że przed wyborami może zaaresztuje się Tuska, może się kogoś wezwie na przesłuchanie. To jest brutalna gra polityczna i tym wystąpieniem Kaczyński, według mnie, rozpoczął kampanię wyborczą. I gra ostro. Prezes PiS to jest taki punk w polityce, on idzie do końca. Reszta się zastanawia, on nie.

Czytaj także: https://natemat.pl/401323,co-zdradza-mowa-ciala-lawrowa