
Minister obrony narodowej znalazł się w gronie osób przesłuchanych po styczniowym karambolu pod Toruniem. Jednak jego zeznania raczej niczego nie wniosły do sprawy. Tygodnik "Wprost" dotarł do nowych ustaleń w tej kwestii. Wszystko wskazuje na błąd jednego z kierowców.
REKLAMA
Jak opisuje "Wprost", wiozące Antoniego Macierewicza BMW 750 nie zakręciło za prowadzącą rządową kolumnę skodą. Faktem jest jednak, że samochód jadący na czele kolumny wykonał ten manewr nagle. Skończyło się to tym, że pierwsza w kolumnie skoda zakręciła na zjazd na Lubicz, z kolei samochód z ministrem obrony pojechał prosto. Wówczas zamykające kolumnę BMW X5 starało się dogonić "uciekający" samochód z szefem MON.
Do karambolu doszło na światłach. Kierowca Macierewicza zdołał wyhamować na czerwonym przed stojącymi na jezdni samochodami, z kolei BMW X5 goniące ministra nie dało rady zatrzymać się w odpowiedniej odległości przed skrzyżowaniem i uderzyło w tył limuzyny szefa MON. Potem oba auta z rządowej kolumny uderzyły w dwa kolejne pojazdy czekające na zmianę świateł. Jak pisze tygodnik, biegli oszacowali prędkość BMW X5 z dużymi "widełkami" – pomiędzy 80 km/h a 150 km/h. Kolumna mogła jechać szybciej niż pozwalają na to przepisy, miała bowiem włączoną sygnalizację i świetlną, i dźwiękową.
Do zdarzenia doszło pod koniec stycznia, gdy minister obrony bardzo spieszył się na drodze z Torunia do Warszawy. Pędził z sympozjum u o. Tadeusza Rydzyka na galę wręczenia nagrody "Człowieka wolności" Jarosławowi Kaczyńskiemu. Jeden ze świadków wówczas relacjonował: "jechali jak jacyś idioci". Początkowo informowano, że był to wypadek; potem wypadek "zamienił się" w kolizję. Choć nie brakowało też zwolenników teorii, iż był to zamach.
Sam Macierewicz ze zdarzenia niewiele pamięta. Jak pisze "Wprost", minister miał zeznać, iż w czasie zdarzenia "spał i niczego nie widział". Co nie przeszkodziło mu już na samym początku oświadczyć, iż kierowca jego limuzyny na pewno nie jest winny.
źródło: onet.pl
