Janusz Piechociński, Hamlet roku
Janusz Piechociński, Hamlet roku fotomontaż: Anna Wittenberg, fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta

Zaczęło się jak u Hitchcocka – od trzęsienia ziemi. Później był szekspirowski Hamlet, a skończyło się Monty Pythonem. Dwa tygodnie temu wystartowała medialno-polityczna karuzela po zmianie szefa Polskiego Stronnictwa Ludowego. Ma zakończyć się dzisiaj o godz. 14 konferencją premiera i prezesa PSL, ale znając kunszt scenarzystów tego spektaklu, możemy się spodziewać kolejnego aktu. Przypominamy scenopis tej sprawy i listę hamletowskich dylematów Janusza Piechocińskiego "być, albo nie być".

REKLAMA
Spokojne, by nie powiedzieć nudne sobotnie popołudnie zmieniło się w horror. Żelazny wicepremier Waldemar Pawlak przegrał wybory ze znanym miłośnikiem grzybów Januszem Piechocińskim. Dziennikarze i politycy – zarówno koalicji, jak i opozycji – przeżyli szok. Zaszokowany był też sam prezes-elekt Piechociński. Nie zapomniał jednak, że od początku trzeba grać. I pokazał, że ma zadatki na aktora, gdy podczas przemówienia po głosowaniu stwierdził, że chce służyć ludowcom i demonstracyjnie padł na kolana.

Wydaje się, że chce im służyć nawet bardziej niż rządowi, bo zaraz zapewnił, że Waldemar Pawlak jest doskonałym ministrem gospodarki i będzie go przekonywał do pozostania na tym stanowisku. Sam chciał się skupić na "tworzeniu nowego rozdziału w historii partii", stabilizacji i mówieniu kolejnych okrągłych formułek. Nie wiemy, czy padły słynne słowa "Panie Waldku, pan się nie boi", ale premier Pawlak nie przestraszył się nowego prezesa. Wtórowali mu stronnicy odchodzącego prezesa nawołując: "Janusz, wejdź do rządu". Jednak wojowniczy zapał nieco opuścił pana Janusza i dobry film Hitchcocka zmienił się w "Hamleta".
Nadal nieźle, ale aktorzy nie chcieli opuścić sceny i przedstawienie zaczęło się przeciągać. Odchodzący prezes obraził się nieco na demokrację w Stronnictwie, na dziennikarzy i na cały świat. Swój żal leczył wywiadami, konferencjami prasowymi, z których wychodził w trakcie zadawania pytania i wizją. Wizją rychłego powrotu w glorii i chwale po tym, jak niedoświadczony w rządowym survivalu Piechociński polegnie. Nowy prezes wyczuł pismo nosem, więc po tym, jak dostał od pana Waldka kosza, zaczął tworzyć niezliczone wersje nowej rady ministrów.
Jednak i Piechocińskiemu nie można odmówić sprytu: do rządu próbował wepchnąć kolegów. Całą zabawę zepsuł Donald Tusk, który stwierdził, że nie wyobraża sobie, by prezes ludowców był poza rządem. Tutaj Hamlet zaczął się powoli przeplatać z Monty Pythonem. Mówiło się, że Piechociński chciał wygryźć Sławomira Nowaka, który niestrudzenie walczy o Wi–Fi w wagonach PKP i z marsową miną, nie zważając na błysk fleszy, otwiera mozolnie kolejne kilometry dróg. Piechociński zapomniał jednak, że zadziera z krajanem premiera i Donald Tusk szybko zakończył scenę pt. "Prezes PSL ministrem infrastruktury".
Jednak przedstawienie ma swoją dynamikę i by widz się nie nudził, trzeba zaproponować coś nowego. Namaszczono więc Władysława Kosiniaka-Kamysza na wicepremiera. Ta kandydatura szybko upadła. Do karuzeli nazwisk wciągnięto za to dawne gwiazdy PSL–u: zesłanego do Brukseli Jarosława Kalinowskiego i pokutującego za taśmy Serafina Marka Sawickiego.
Aby urozmaicić przedstawienie wniesiono na scenę rekwizyty – trzy koperty. Były w nich nie nazwiska zdobywców Oscarów, ale warianty obecności ludowców w rządzie. Jako, że w przeciwieństwie do pana Waldka pan Janusz na demokrację się nie obraził, o wszystkim miały zdecydować władze PSL. Dziennikarze karnie stawili się w siedzibie partii. Janusz Piechociński ich nie zwiódł i zaserwował widzom prawdziwą ucztę intelektualną. Były więc cytaty z Jana Pawła II, słowa z hitów polskiej muzyki czy rozbudowane i barwne metafory.
Jako, że chór ludowców śpiewał tak, jak dyrygował mu prezes Piechociński, de facto zostawił mu wolną rękę. Nie zakończyło to jednak spektaklu, bo lider PSL postanowił zaprezentować kolejną rolę. Dlatego też na pytanie dziennikarzy, czy będzie wicepremierem, wyraźnie zestresowany i przybity odpowiedział wymownym uśmiechem. Przedtem nazwany został "poważnym kandydatem na różne stanowiska".
"Kandydat na stanowisko" to zresztą kluczowe słowo całej sztuki autorstwa Janusza Piechocińskiego. Sztuki nowatorskiej w formie, bo w jednej roli obsadzano po kilku kandydatów. Poza Kalinowskim i Sawickim na afiszu pojawili się między innymi: Adam Jarubas i ekonomista Jerzy Witold Pietrewicz. Obaj pretendowali do części roli zostawionej przez Waldemara Pawlaka. Do części, bo złotousty prezes miał zostać wicepremierem bez teki.
Jednak kolejny raz do scenariusza wtrącił się producent, który nadzoruje całą zabawę. Donald Tusk w żołnierskich słowach dał do zrozumienia, że nie pozwoli Piechocińskiemu wcinać zdrowych przekąsek serwowanych na posiedzeniach rządu po próżnicy i lider PSL powinien objąć jakiś resort. Cała zabawa zaczęła już nieco mierzić obserwatorów. Później dała temu wyraz znana recenzentka Katarzyna Kolenda–Zaleska napisała o Piechocińskim, że został reżyserem na wyrost i wystawia na pośmiewisko swoich kolegów.
Jednak pan prezes niestrudzenie testował nerwy widzów i aby nie usnęli, serwował kolejne skoki adrenaliny. W poniedziałek wieczorem doszło do spotkania na szczycie – prezesi dwóch koalicyjnych partii przez trzy godziny rozmawiali. O czym? Nie wiem, pewnie o życiu, piłce nożnej i o polityce. Rozmowy musiały dotyczyć tak poważnych spraw, że Paweł Graś, rzecznik rządu, wił się jak piskorz we wtorkowym programie Bogdana Rymanowskiego próbując uniknąć powiedzenia czegoś konkretnego. Nie chciał zepsuć sceny finałowej, która jest zaplanowana na godzinę 14.
Miejmy nadzieję, że to będzie rozwiązanie akcji, a nie kolejny jej zwrot. Bo tym przedstawieniem wszyscy naprawdę jesteśmy zmęczeni.