Turyści na kamiennej plaży w Chorwacji
Zamiast odpoczywać, po prostu haruje. Polak o koszmarze rodzinnych wakacji. Fot. Jure Divich / Shutterstock

Długo gryzłem się w język, ale czytając wasze ostatnie teksty o urlopowych dylematach stwierdziłem, że muszę to z siebie wyrzucić. Wyjazd do Chorwacji już na dniach. Skręca mnie na samą myśl, że rodzina chce tam wracać. Dla mojej żony i dzieci to jedyny słuszny kierunek, a ja po prostu czuję, że znowu pakuję się w ten sam koszmar. I to za duże pieniądze.

REKLAMA

Zaczyna się już od samej logistyki. Zamiast wsiąść do samolotu z małą walizką i po dwóch godzinach leżeć nad basenem, znów czeka mnie ten sam rytuał. Pakowanie bagaży po sam dach naszej Meganki i modlenie się, żeby nie wyzionęła ducha gdzieś na autostradzie.

Wszyscy w aucie będą spać albo patrzeć w telefony, a ja mam dowieźć "rodzinkę" na miejsce. Kiedy docieramy wreszcie na kwaterę, ja potrzebuję doby, żeby w ogóle zacząć funkcjonować jak człowiek, a oni już od progu krzyczą, że idziemy na plażę.

Chorwacja droga po wejściu do strefy euro

Kiedyś to miało sens. Zjeżdżało się do Makarskiej czy na Istrię, brało się tani apartament z aneksem, a ceny na miejscu pozwalały na w miarę luźne życie. Ale od kiedy Chorwaci przeszli na euro, ten kraj zrobił się dla nas absurdalnie drogi. Ceny w zwykłych marketach potrafią przyprawić o zawrót głowy.

Co poza tym oznacza apartament z aneksem? Przeniesienie obowiązków domowych tysiąc kilometrów na południe. Po porannym plażowaniu i wciskaniu się między dmuchane materace sąsiadów (swoją drogą, z roku na rok jest tam coraz ciaśniej), wracamy na kwaterę, żeby stać przy garach.

Jaki to jest odpoczynek? A gdy już zdecydujemy się zjeść na mieście w jakiejś "urokliwej konobie", to po opłaceniu kalmarów i porcji frytek dla dzieciaków, patrzę na paragon i odechciewa mi się wszystkiego.

"Ale przecież zawsze tam jeździmy"

Taki argument słyszę, gdy tylko próbuję zaproponować cokolwiek innego. Siedziałem wieczorami i pokazywałem żonie oferty z biur podróży. Przeliczyłem ceny paliwa, winiety na autostrady (które znów podrożały) i zakupy na miejscu.

Wyszło mi czarno na białym, że lecąc na gotowe all Inclusive, zapłacilibyśmy praktycznie to samo. Różnica jest taka, że na miejscu wiedziałbym, że nie wydam ani grosza więcej i odzyskałbym kontrolę nad budżetem.

Ale nie. Bo tradycja, znamy trasę, bo widoki są ładne, bo "wiesz, że w Turcji to za gorąco".

Szkoda tylko, że nikt z mojej rodziny nie widzi, że ja na tym urlopie po prostu haruję. Jestem szoferem, tragarzem, kucharzem i mobilnym bankomatem. Serio, czasem mam ochotę wziąć urlop od własnego urlopu, zostać w pustym mieszkaniu i w końcu porządnie się wyspać.