Rejs statkiem jest lepszy od wakacji all inclusive
Znalazłam wakacje lepsze od all inclusive. To idealne połączenie wypoczynku i zwiedzania Fot. Klaudia Zawistowska/naTemat

Wakacje all inclusive nie są mi obce. Od kilku lat każdego roku ruszam na takie wczasy, bo tam odpoczywam. Nie martwię się jedzeniem i sprzątaniem, wyłączam laptopa i przez tydzień mam czas tylko dla siebie. Jednak tym razem było inaczej. Zamiast na all inclusive ruszyłam w podróż, która zmieniła moje podejście do zorganizowanych wyjazdów.

REKLAMA

Nie jestem przeciwniczką wakacji all inclusive. Wręcz przeciwnie, zdecydowanie bliżej mi do ich miłośniczki. Zawsze doceniam możliwość odpoczynku na plaży i dużego wyboru jedzenia w bufecie. Nie szanuję natomiast osób, które cały taki urlop spędzają tylko w hotelach. Na łamach naTemat pisałam wam już o moim budżetowym all inclusive w Egipcie, podczas którego zwiedziłam m.in. Kair. Opisałam też pobyt w czterogwiazdkowym hotelu w Albanii, który chyba nadal jest moim ulubionym allem. I być może już nim pozostanie, bo prędko nie wybiorę się ponownie na takie wakacje.

All inclusive jest super, ale znalazłam opcję, która łączy jego wygodę ze zwiedzaniem

Na wakacje all inclusive latałam głównie ze względu na rodziców. To oni po miesiącach ciężkiej pracy fizycznej potrzebują odpoczynku i urlopu podczas którego nic nie muszą. Przy okazji muszą mieć też tłumacza, bo sami nie mówią po angielsku. A ponieważ ja jestem singielką i latać lubię, to od kilku lat podróżujemy razem. Takie wakacje spędzaliśmy już w Turcji, Tunezji, Grecji, a także wspomnianych już Albanii i Egipcie.

W tym roku postawiliśmy jednak na zmianę. Rodzice obejrzeli odcinek o moim rejsie wycieczkowcem, który ukazał się na kanale "kierunek:PODRÓŻE" na YouTubie i bardzo chcieli spróbować takich wczasów. Tym bardziej, że cena od osoby za 8-dniową podróż po Wyspach Kanaryjskich wyniosła nas niespełna 3 tys. zł (później doszła jeszcze opłata za serwis hotelowy w wysokości 11 euro od osoby za noc). Można było taniej, ale stwierdziliśmy, że pierwszy wspólny rejs chcemy spędzić w kajucie z oknem, a nie w ciemnicy. Tym bardziej, że ja wiedziałam, że nie mam choroby morskiej, a reszta wycieczki nie mogła być tego pewna.

I tak oto zapakowaliśmy się w plecaki i polecieliśmy na Teneryfę, skąd wypływał nasz statek. Loty kupowaliśmy oddzielnie, w dwie strony zapłaciliśmy ok. 800 zł za osobę. Po 6 godzinach lotu wylądowaliśmy na miejscu i niedługo później weszliśmy na pokład statku Costa Fortuna. Wiedzieliśmy, że tym razem będzie to znacznie bardziej intensywny urlop niż dotychczasowe all inclusive. Ale o to nam chodziło. Oprócz udogodnień, które dawały nam hotele chcieliśmy się przekonać, która z Wysp Kanaryjskich jest dla nas.

logo
Costa Fortuna była widoczna z wielu miejsc podczas zwiedzania La Gomery, więc nie baliśmy się, że się zgubimy Fot. Klaudia Zawistowska/naTemat

Costa Fortuna karmi lepiej niż jakiekolwiek all inclusive

Costa Fotruna to statek oddany do użytku w 2003 roku, który w 2018 roku przeszedł dużą modernizację. W barwach Costa Cruises jednostka będzie pływała do września 2026 roku, bo później wycieczkowiec stanie się własnością Margaritaville at Sea i po ogromnym remoncie wróci na morza pod szyldem Margaritaville at Sea Beachcombe.

Miałam zatem jedną z ostatnich szans na podziwianie jego wnętrz będących synonimem włoskiego smaku. Retro rodem z Italii w połączeniu z elementami Art Deco to ciekawe zestawienie, które jest także hołdem dla włoskiej żeglugi. I naprawdę, można się tam poczuć luksusowo.

logo
Włoski styl na Costa Fortuna czuć na każdym kroku. Podobnie było na Costa Smeralda, ale obie jednostki nawiązują do zupełnie innych epok Fot. Klaudia Zawistowska/naTemat

Statek mieści 3400 pasażerów, do których dyspozycji jest 13 pokładów, 4 baseny, 5 jacuzzi, siłownia, SPA, ale i 3-poziomowy teatr w którym spędzaliśmy niemalże każdy wieczór. Przedstawienia akrobatów nie było tam może tak imponujące jak na Costa Smeralda, ale i tak były o kilka poziomów wyżej od wszystkich show, które oferowały odwiedzane przez nas dotychczas hotele.

Kolejna zaleta – nawet w dni spędzane na morzu nie było wojny o leżaki. Słoneczko rozgrzewało górny pokład i wystarczyło wziąć jeden z odłożonych na stosy leżaków, żeby móc się nim cieszyć. Nieco trudniej było o wolne miejsce w jacuzzi, ale i tak udało nam się kilka razy z niego skorzystać. Dobrze, że załoga pilnowała, żeby w wewnętrznej wannie z bąbelkami nie kąpały się dzieci, bo było to niezgodne z regulaminem.

logo
Statek oferuje atrakcje na cały dzień. Można brać udział w animacjach, konkursach z nagrodami, chodzić do teatru, pływać, albo bawić się na wieczornych imprezach. Program każdego dnia jest pełen różnych aktywności Fot. Klaudia Zawistowska/naTemat

Nasza kajuta również nie zawiodła. Może nie był to nowoczesny wielki pokój jak w niektórych hotelach w Egipcie, ale na potrzeby trójki dorosłych w zupełności wystarczył. Rodzice dostali duże dwuosobowe łóżko, a ja miałam wygodną rozkładaną sofkę, do tego biurko, szafy i łazienka. Dla trzech osób idealnie, bo ostatecznie i tak w zasadzie tylko tam spaliśmy.

Największą zaletą jak na Costę przystało było oczywiście jedzenie. Tak dobrze nie karmią na żadnym all inclusive. Włoskie makarony, świeże wędliny, ogromny wybór serów i dań. Wszystko gorące, pachnące i dobrze doprawione. Kocham kuchnię włoską, a na pokładach Costy smakuje ona tak, jak w dobrych restauracjach. I jest w cenie rejsu, nawet w wersji À la carte. W cenie nie ma za to napojów gazowanych i alkoholowych. Te dostępne są bez limitów po wykupieniu pakietu My Drinks, który zmienia taką podróż w all inclusive z prawdziwego zdarzenia. Jednak to od was zależy, czy w ogóle takiej opcji potrzebujecie.

logo
Codzienność na Costa Fortuna to idealne all inclusive. Włoskie jedzenie (moje ulubione), a później relaks w kajucie lub na słońca z książką w ręku Fot. Klaudia Zawistowska/naTemat

Wygodne wakacje i wielkie zwiedzanie. Tu hotel podąża za wami

Część hotelowa, czyli wszystkie atrakcje, baseny i animacje, które oferował statek, była tym, czego do udanego urlopu potrzebowali moi rodzice. Ale wspólnie lubimy też zwiedzać. Stąd podczas wakacji w Turcji byliśmy np. w kanionie Sapadere i Alanyię, na wakacjach w Albanii zwiedzaliśmy Ochrydę w Macedonii Północnej, ale i Tiranę oraz zamek Skanderberga. W Egipcie nie mogło obyć się bez Sahary, ale i Kairu z piramidami w Gizie.

Rejs statkiem był zatem idealną okazją do kontynuowania tych tradycji. W trakcie tygodniowego pobytu jednostka zawinęła do portów na Lanzarote, Gran Canarii, Maderze i La Gomerze, która była nagrodą pocieszenia po tym, jak z powodu awarii statek nie dopłynął do Agadiru w Maroku.

Na każdej z tych wysp mieliśmy przynajmniej 8 godzin na zwiedzanie. I oczywiście to nie wystarczy, żeby poznać jej kulturę i zwyczaje, ale jest idealne żeby sprawdzić, czy w ogóle pasuje nam jej klimat. Był to nasz pierwszy wypad na Wyspy Kanaryjskie i już wiemy, że zdecydowanie bardziej podobały nam się zielone i nieco dzikie Teneryfa i La Gomera niż księżycowy krajobraz Lanzaroty. 

logo
Lanzarote nie przypadło nam do gustu, choć nie powiem, uroku jej portowemu miasteczku nie można odmówić Fot. Klaudia Zawistowska/naTemat

Tych kilka lub kilkanaście godzin (w zależności od wyspy) wystarczy, żeby spokojnie obejść miasto, w którym się zatrzymujecie, a nawet na wynajęcie auta na jeden dzień i ruszenie w nieco dalszą podróż.

Nam udało się zobaczyć piękny Ogród Tropikalny Monte Palace i pospacerować po Funchal. W Las Palmas (stolica Gran Canarii, nie mylić z wyspą La Palmą) zobaczyliśmy najstarszy hotel na Kanarach, pospacerowaliśmy po zabytkowym centrum, ale i zwiedziliśmy katedrę wraz z punktami widokowymi na jej dachu. La Gomera to natomiast Dom Kolumba, a także studnia, z której wielcy odkrywcy czerpali wodą oraz kościół, w którym się modlili. W te miejsca pewnie będziemy próbowali wrócić w przyszłości.

logo
W każdym porcie możecie wyjść na ląd przynajmniej na kilka godzin. I oczywiście w tym czasie nie zobaczycie wszystkiego, ale to wystarczy, żeby poddać się urokowi danego miejsca i przekonać, czy chcecie tam wracać Fot. Klaudia Zawistowska/naTemat

Dziennie robiliśmy po 20-30 tys. kroków. Dlatego, kiedy przyszedł dzień, który w pełni spędzaliśmy na wodzie, po prostu zalegliśmy na leżakach na górnym pokładzie, żeby cieszyć się słońcem, wysoką temperaturą i relaksem. Moja kondycja była w miarę, u rodziców trochę gorzej, ale dzielnie dawali radę. Ostatecznie jednak to właśnie to połączenie intensywnego zwiedzania (choć bardzo powierzchniowego) z relaksem i wygodą hotelu z all inclusive bardzo przypadło nam do gustu. Stąd na przyszły rok także wstępnie planujemy wakacje na statku. O zwykłym all inclusive nie chcemy na razie nawet myśleć.