
W Nowym Jorku pojawił się projekt ustawy zakładający 10-procentową zniżkę dla klientów korzystających z kas samoobsługowych. Na pierwszy rzut oka brzmi jak sprawiedliwy podział zysków z automatyzacji. Problem w tym, że taki pomysł może okazać się kosztowną iluzją, która pomija kluczowy aspekt.
Jak podaje "Forbes", w Nowym Jorku zaproponowana została ustawa o kasach samoobsługowych. Akt prawny ma na celu wprowadzenie 10 proc. zniżki na wszystkie towary zakupione w kasie samoobsługowej.
Magazyn przytacza argumentację projektu ustawy. Opiera się ona na skargach konsumentów, którzy wykonują pracę kasjerów bez żadnego wynagrodzenia i nie partycypują w oszczędnościach, które sklep uzyskuje, stawiając na samoobsługę.
Pomysł jest ciekawy, a podobne głosy pojawiają się także w Polsce. Wiele osób deklaruje jednocześnie, że kasy samoobsługowe doprowadzają ich do szału. Mam jednak wrażenie, że tego typu rabat to groźna broń obusieczna. W ustawie pomijany jest problem najpilniej wymagający regulacji.
"Rabat na 10 proc." to raczej podwyżka i to zresztą wykluczająca pewne grupy
Problem pojawia się jednak przy samym wstępnym założeniu – 10 proc. według Stowarzyszenia Przemysłu Spożywczego nie jest wartością, która odpowiada średniej marży zysku netto dla sprzedawców żywności. Ta wynosi zaledwie 2,1 proc.
Oczywiście, sklepy generują marżę również na innych towarach, np. elektronice, chemii, towarach luksusowych. Tam 10-procentowy rabat może być dla klienta strzałem w dziesiątkę i oszczędnością rzędu kilkuset złotych. Presja rabatowa oznacza jednak tyle, że sklep musi być na nią gotowy zanim produkt znajdzie się na półce. A to w większości przypadków sprowadza się do podniesienia bazowej ceny produktu, czyli standardowego przeniesienia kosztów na konsumenta.
Oznacza to tyle, że kompensujemy koszt rabatu uderzając w pewną konkretną grupę społeczną. I nie wiem jak w realiach amerykańskich, ale w polskich byłaby to wręcz katastrofa. Bo choć oczywiście głosy o dyskontowej pańszczyźnie pojawiają się wśród pokoleń młodszych i tych w średnim wieku, flagowym użytkownikiem kas tradycyjnych są osoby starsze. Często są to też osoby, których sytuacja finansowa nie należy do najlepszych, a jakakolwiek poprawa tego stanu jest bardzo trudna.
Obniżając ceny dla osób, które nie doświadczają wykluczenia technologicznego i podnosząc je dla osób, które nie są tak biegłe w technologicznych nowinkach, działamy wbrew zasadom dostępności. W Polsce obserwujemy zresztą zupełnie odwrotny trend – przykładowo, kiedy Biedronka ograniczyła część rabatów do aplikacji Moja Biedronka, internauci bardzo negatywnie odebrali to działanie, często odnosząc się do kwestii wykluczenia właśnie. Niedawno z konieczności instalowania usługi na smartfonie zrezygnowały Olejomaty wdrażając specjalne fizyczne karty.
Co to jest kasa samoobsługowa? Nie, to nie są filozoficzne dywagacje
Problem pojawia się także w innym miejscu. Zastanówmy się, co się stanie, gdy do osoby kasującej produkty w kasie samoobsługowej będzie musiał podejść kasjer. Czy w ogóle dalej możemy mówić tu o kasie samoobsługowej? Ustawa z NYC, jak podaje "Forbes", definiuje samoobsługę jako zautomatyzowany proces, który umożliwia zakupy bez pomocy człowieka. I tu pojawia się główny problem.
Technicznie rzecz biorąc bez pomocy człowieka nie da się kupić niektórych towarów, w tym np. papierosów, alkoholu i energetyków. Skoro jednak rabat ma być "na koszyk", czy konieczność potwierdzenia wieku kupującego pozbawia prawa do zniżki? Gorzej – czy awaria lub zawieszenie się kasy samoobsługowej np. w związku ze sprawdzeniem, czy nie doszło do próby oszustwa, również dyskwalifikować będą z promocji? Tu zresztą propozycja: trzeba będzie zmienić nieco komunikat "czekaj na pomoc". Będzie musiał on brzmieć "wyskakuj z kasy".
Amerykański pomysł znajduje się obecnie w procesie legislacyjnym, ale raczej nie ma szansy na wejście w życie. Stanowi on jednak ważny głos w dyskusji o kasach samoobsługowych jako takich i tym, kto powinien zarabiać na automatyzacji.
Czy w kwestii samoobsługowych kas naprawdę najważniejszy jest konsument?
I tu przechodzimy do sedna. Dziwi mnie to, że temat automatyzacji tak często pojawia się w kontekście społecznej użyteczności, dzielenia zysków i pytań "kto na tym zarabia". Bo przecież ważniejsze jest to, kto na tym traci i to wielowymiarowo.
To prawda, że sklepy wykorzystują automatyzację do ograniczania kosztów operacyjnych. Firmy skutecznie wdrażające nowoczesne technologie robią tak na masową skalę. Palącym problemem powinno być jednak chronienie miejsc pracy, a dopiero potem dzielenie potencjalnych zysków. Bo dumne zapowiedzi technologicznych CEO i naukowców – pokroju "AI nie zabierze ci pracy, sprawi tylko, że będziesz pracować mniej" – na rynku, gdzie gramy wszyscy w grę o sumie zerowej sprowadzają się do bardzo prostej konkluzji: mniejszy wolumen pracy w skali organizacji może raczej prowadzić do zwolnienia pracownika, a nie zatrudnienia kolejnych trzech.
Zakładam (być może błędnie, w duchu lump of labour fallacy), że liczba usług, które jesteśmy w stanie dostarczyć i skonsumować jako cywilizacja jest wyczerpywalna, bo ogranicza nas zwyczajnie czas naszego życia i liczebność konsumentów. To prawda, że rozwój tworzył do tej pory miejsca pracy, ale nigdy do tej pory nie symulował tak skutecznie ludzkich kompetencji kognitywnych. To sytuacja zupełnie nowa, a dyskurs często nawiązuje do danych z poprzednich rewolucji przemysłowych, które mogą, ale nie muszą, odzwierciedlać to, co nadchodzi w kolejnych dekadach.
Dalsza część artykułu poniżej.
Zobacz także
Osoby, które tak usilnie bronią automatyzacji, powinny sobie odpowiedzieć na jedno pytanie: dlaczego przy skończonej liczbie zadań, rosnących kosztach pracy i możliwościach delegowania codziennych operacji do systemów komputerowych (a w przypadku kas samoobsługowych również maszyn) przedsiębiorcy mieliby nie dokonywać optymalizacji. Robią to już teraz, i to na szeroką skalę – widzimy to chociażby w regularnych masowych zwolnieniach.
Nawet jeśli potem tych zwolnień żałują i nawet jeśli zwolnienia nie dotyczą automatyzacji per se, a optymalizacji regionalnej, bo kryje się za tym ten sam mechanizm. Skuteczne firmy, kiedy mają możliwość poczynienia oszczędności, będą to robić. A oszczędnością bardzo często jest najcenniejszy społecznie zasób – człowiek.
Praca jest czynnością sensotwórczą, mogącą dać poczucie struktury i bezpieczeństwa. Bez niej skazujemy się na bycie opisaną przez Harariego "kastą bezużyteczną".






