
W naszym drogim społeczeństwie informacyjnym zachodzi bardzo ciekawa zmiana sposobu przetwarzania informacji. Nazwałbym to degradacją do przekazu ustnego, tradycji ustnej. Może to mieć kluczowy wpływ dla niektórych kompetencji związanych z inteligencją. Skąd taki wniosek?
Obecny przekaz medialny coraz częściej dociera do nas w formie audiowizualnej. Objawia się to we wzroście popularności platform pokroju YouTube, TikTok czy Instagram (obecnym w ostatnich latach, ostatnio nieco wyhamowanym), ale także coraz większej modzie na podcasty, wideo typu commentary, audiobooki czy nawet systemy automatycznego przekładania tekstu na mowę, które wdrażane są na niektórych portalach internetowych.
Mam wrażenie, że to niepozorne zjawisko ma silne przełożenie na to, co określamy inteligencją w ujęciu analityczno-logicznym. Nie chodzi więc tu o zdolność adaptacji organizmu do jego otoczenia (ten egzamin też oblewamy, ale to inny temat), ale przede wszystkim rozwijanie jego zdolności do abstrakcyjnego myślenia, szeregowania abstrakcyjnych faktów i przetwarzania świata na bardziej ulotnym, symbolicznym poziomie.
Inteligencja ewoluuje, a umysł ciągle się zmienia
Na te zdolności kluczowy wpływ miały rewolucje komunikacyjne, bo to dzięki nim udało się "okiełznać" abstrakcję i odejść od czystej emocjonalnej narracji na rzecz gromadzenia dużych zasobów informacji. Wśród takich rewolucji wymienić należy wynalezienie pisma i odejście od tradycji ustnej, wdrożenie druku i umieszczenie informacji w elektronicznym przekazie (radiowym, telefonicznym, telewizyjnym), by na końcu wszystko spiąć w ramach internetu. A, no i jeszcze potem rzucić na to wszystko LLM-y, by sobie zmądrzały.
Żarty odkładając na bok, na każdym etapie rozwoju komunikacyjnego, w każdej z tych rewolucji zmieniał się sposób gromadzenia tych informacji, ale także ich zakres i sam zasób zapisywanych i przekazywanych danych. Co zazwyczaj sprzyjało treściom coraz to bardziej głębokim, skomplikowanym i abstrakcyjnym.
Natomiast być może po raz pierwszy, w dobie popularności treści audiowizualnych, obserwujemy coś odwrotnego lub równoległego, ale znaczącego. Chodzi tu o odwrót od treści pisanych / skodyfikowanych na rzecz powrotu do tradycji ustnej. O upraszczanie sposobów myślenia i przetwarzanie informacji na "niższym" poziomie.
Idziemy na łatwiznę, bo mózg tak chciał
Nie da się nie odnieść wrażenia, że oddalamy się od tzw. uwagi wolicjonalnej i analitycznego przetwarzania informacji. Jest ono trudne i jest potężnym kosztem poznawczym, nic więc dziwnego, że umysł wybiera prostszą drogę. Kontekst emocjonalny, mikroekspresje, ton głosu, wyraz twarzy, narracja – to rozumiemy wręcz doskonale. I co więcej – nie wymaga to żadnego rozwoju, a (w większości przypadków) nabywanie kompetencji w tym zakresie jest zupełnie naturalne i podświadome. Podstawowe przesłanki związane z przetwarzaniem ludzkich reakcji posiada przecież każde dziecko.
Percepcja słuchowo-wzrokowa jest dla nas prosta też biologicznie. Oczy są najbardziej wydajnym źródłem danych do mózgu, a struktury odpowiedzialne za przetwarzanie tego typu treści są obecne bardzo długo w naszym mózgu, w przeciwieństwie do tych związanych z abstrakcyjnym myśleniem – one są akurat stosunkowo nowe.
Ocena kontekstu emocjonalnego drugiej jednostki jest podstawowym komponentem komunikacji. Jest ona starsza niż pismo, starsza niż Homo Sapiens per se. Z kolei ponownie – struktury logiczne są czymś, czego percepcję mamy ograniczoną, dopóki nie zaczniemy aktywnie się starać rozwijać kompetencje w tym zakresie.
Słuch i wzrok to narzędzia łowcy, nie pracownika za biurkiem. Reszta to iluzja
No ale czy to jest tak naprawdę problem? W końcu odejście od tekstu nie oznacza, że treści są gorsze lub mniej wartościowe. Merytoryka i jakość informacji zawartych w przekazie audiowizualnych tworzą jednak pewną iluzję. Odsłuchiwanie wartościowych podcastów, wywiadów z autorytetami, przerabianych metodą text-to-speech treści naukowych – to wszystko stwarza pozory podobnej wartości informacyjno-analitycznej, jak w przypadku treści pisanej. Mówimy tu o treściach, które odbierane są jako wartościowe, które mają jasno przypisany autorytet, domenę tematyczną – i często faktycznie niosą za sobą ogromną wartość.
Wystarczy wspomnieć, że podstawą tych treści audiowizualnych bardzo często jest precyzyjnie napisany skrypt. Skąd więc zarzut pozorów i iluzji? Problem nie polega na jakości treści per se, ale na ich rzeczywistej przyswajalności, podatności na przetworzenie (uszeregowanie, kategoryzację) i wreszcie analizy tego, co do nas trafia.
Z tą krytyczną analizą jest zresztą największy problem, bo zapis audiowizualny w tej chwili nie daje możliwości wykonania jej nawet w przybliżeniu na tyle skutecznie, co tekst. Co gorsza, przekaz audiowizualny musimy najpierw doprowadzić do formy tekstowej, np. spisując go (lub w leniwszej wersji zlecić to zadanie jakiemuś botowi).
Inteligencja kontra emocja w walce o fakty
W praktyce iluzja wartości informacyjno-analitycznej chyba jednak wystarcza – podstawową funkcją umysłu jest zapewnienie domknięcia poznawczego. To jedno z najpotężniejszych zjawisk, które zachodzi w naszym mózgu. Jest jednak poczuciem subiektywnym, silnie podatnym na błędy myślowe i opierającym się przede wszystkim na wartości, nazwijmy to, "marketingowej" treści – to, jak coś jest naszemu umysłowi sprzedane i czy zaspokaja jego ewolucyjno-adaptacyjny głód wiedzy.
Domknięcie poznawcze (które zresztą kieruje naszym zachowaniem znacznie częściej, niż mogłoby się wydawać) nieczęsto sięga po pytania głębokie, abstrakcyjne, analityczne czy ustrukturyzowane. Bo tego po prostu nie potrzebuje. Do zapewnienia poczucia komfortu związanego z prostym: "wiem!" wystarczy bardzo trywialny zasób informacji, a to, czy jest poprawna, czy odpowiada na pytanie i czy ma merytoryczny charakter, wcale nie jest tu głównym obszarem zainteresowania. Wręcz odwrotnie, domknięcie szuka bezpieczeństwa kognitywnego, a nie kolejnych powodów do zmartwień.
Wydaje mi się więc, że treści audiowizualne pełnią w tej strukturze zupełnie inną rolę, są przystosowane do innych procesów. Nie mogę jednak nie odnieść wrażenia, że w dłuższej perspektywie czasowej skutki tego zjawiska mogą być negatywne. Brak ćwiczenia kompetencji analityczno-logicznych, brak konfrontacji w tym zakresie (podobnie jak w wielu innych przypadkach ludzkich umiejętności) prowadzi po prostu do ich osłabienia. A to może być wyraźna strata zasobów w kontekście społecznym.
A może nie jest tak źle? Tradycja pisana też była w ogniu krytyki
Co ważne – każda z rewolucji komunikacyjnych miała swoich zwolenników i przeciwników. Nawet jeśli mówimy o czymś tak oczywistym, jak pismo. Niekiedy bardzo kompetentnych przeciwników.
"Ten wynalazek niepamięć w duszach ludzkich posieje, bo człowiek, który się tego wyuczy, przestanie ćwiczyć pamięć; zaufa pismu i będzie sobie przypominał wszystko z zewnątrz, ze znaków obcych jego istocie, a nie z własnego wnętrza, z siebie samego" – tak pismo oceniać miał egipski król Tamuz, którego słowa przytacza Sokrates w dialogu platońskim "Fajdros" (tłum. Władysław Witwicki).
Pismo w tej anegdocie miało być boskim darem od Teuta, który zachwalał je jako "lekarstwo na pamięć i mądrość". Sceptycyzm Tamuza jest jednocześnie wyrazem negatywnej oceny wynalazku, która przypisywana (nomen omen) jest właśnie Sokratesowi, jednemu z czołowych filozofów starożytności.
Tradycja pisana miała pozbawiać mądrość zrozumienia i własnej pracy koniecznej do przetworzenia informacji. Miała być martwa, cicha, niezdolna do obrony swoich tez i podatna na rozmaite interpretacje.
Sam Sokrates nigdy nic nie spisał (nic dziwnego, biorąc pod uwagę jego nastawienie), ale zakłada się, że był zwolennikiem dialektyki, narracji, żywej i dynamicznej komunikacji. To były jego sposoby akumulowania wiedzy, "do wewnątrz". Zresztą założenia te są czynione na bazie dialogów właśnie, bo sam Platon nie miał odwagi spisać wielkich filozoficznych myśli swojego mistrza w "suchej", "martwej" formie.
Karma dla emocji - czy współczesność nie jest sokratejskim ideałem?
No to spójrzmy teraz na problem z perspektywy współczesnych technologii. Skoro Sokrates widział mądrość w żywej rozmowie i znaczenie dla niego miała właśnie ta forma, to być może ucieszyłby się z obecnej rewolucji informacyjnej? Powrót do narracji, erystyki!
Tego się nigdy nie dowiemy, ale należy uwzględnić dwie rzeczy, które też mogą być sporym problemem z perspektywy rozwoju inteligencji analitycznej. Po pierwsze – oglądanie treści na YouTube nie stanowi żywego kontaktu z twórcą (choć biorąc pod uwagę zjawisko relacji parasocjalnych można mieć pewne wątpliwości, czy każdy to rozumie). Bez relacji i mentalnego "sparringu" nie ma natomiast szansy na kształtowanie dojrzałej myśli. Nawet jeśli po drugiej stronie stoi najlepszy autorytet (zaznaczam, dalej nawiązujemy tu do Sokratesa). Film jest martwy niczym pismo oczami Sokratesa. Ale za to bardziej kolorowy, no i głośny.
Po drugie – ktoś może zauważyć, że przecież namiastkę czegoś takiego, rozwoju "żywego", dialektycznego, dają nam czatboty. Taka głęboka konwersacja (dialog!) może zaistnieć sama z siebie – wystarczy wziąć telefon do ręki i "posiłować" się mentalnie z "Jeremiaszem", "Dżepetto" albo innym "Klaudiuszem".
Dalsza część artykułu poniżej.
Zobacz także
To jednak też dość pozorna droga – AI jest niezwykle uległe i miłe, a w tej całej grze chodzi właśnie o konfrontację, o dyskomfort, o tzw. pytania (ponownie nomen omen) sokratejskie. W rozwoju intelektu i mądrości mówimy o żywym oporze, o konieczności formułowania myśli i budowaniu głębi myślenia potężnym (syzyfowym wręcz) wysiłkiem.
Droga na skróty rzuca inteligencję w pradawną pułapkę
Sokrates miał świetną intuicję. Dziś wiemy, że to właśnie na tych kosztach i trudzie buduje się zdolność do analizy logicznej, to ona buduje zdolność do tworzenia złożonych konstrukcji myślowych, a nie prostych, narracyjno-afektywnych schematów. Nawet bez udziału pisma. Oczywiście, jest to kwestia bardzo skomplikowana i czynników jest jeszcze więcej. Ale te są dostatecznie ważne, by się nad nimi pochylić.
Tu dochodzimy do ściany – z jednej strony rezygnujemy z pisma, z drugiej strony z konfrontacji z drugą osobą, a z trzeciej strony mamy chatbota, który nas idealizuje i YouTubera, który mówi nam, co mamy kupować. A we wszystkim tym rolę odgrywa także samotność i izolacja społeczna, doskwierająca coraz większej liczbie osób. Ona także sprzyja smutnej bierności.
Może zanadto marudzę, ale wydaje mi się, że te zjawiska stanowią jednak pewien regres. Odważę się zakończyć tym, że do tej pory siłą napędową ludzkości była jednak abstrakcja, a dążenie do rozumowania w sposób analityczny, choć nasz umysł nie jest zupełnie do tego powołany, stanowiło ogromny wkład w rozwój na każdym etapie ludzkiej drogi – od (rzekomo i z przymrużeniem oka) bagien, po LLM-y i neuralinki. I mam nadzieję, że rozwój ten będzie trwał w najlepsze, a my (nasza inteligencja) nie cofniemy się do starożytności. A jeśli tak to z sokratejskim pazurem, a nie smętnym popcornem.






