tankowanie samochodu
Do tej pory miałem pragmatyczne podejście do tankowania Fot. Rudy and Peter Skitterians / Pixabay

Do tej pory miałem pragmatyczne podejście do tankowania: wolę spędzić czas z rodziną, niż krążyć po mieście dla kilku groszy oszczędności. Jednak gdy wskazówka poziomu paliwa niebezpiecznie zbliża się do rezerwy, a tankowanie do pełna kosztuje już prawie 500 złotych, pragmatyzm ustępuje miejsca prawdziwemu strachowi.

REKLAMA

Wojna na Bliskim Wschodzie, ropa po 108 dolarów i koniec programu "Ceny Paliwa Niżej". Sprawdzamy, dlaczego prognozy analityków trafiły do kosza i ile naprawdę trzeba zapłacić za pełny bak w nowej polskiej rzeczywistości.

Zbliża się 9,51 zł. Przerażający rachunek przy dystrybutorze

Do tankowania od zawsze miałem podejście czysto pragmatyczne. Jeśli jest łatwo dostępna promocja – super, korzystam. Jeśli nie ma, szkoda mi czasu na kombinowanie. Jeżdżenie po obrzeżach miasta w poszukiwaniu stacji tańszej o 3 grosze na litrze i stanie w gigantycznych kolejkach mija się dla mnie z celem. Wolę ten czas spędzić z rodziną – kilka złotych w jedną czy drugą stronę nie robi mi wielkiej różnicy. Lepiej mieć, niż nie mieć, ale są sprawy ważniejsze niż równowartość litra paliwa.

Teraz jednak czuję, jak na czoło występują mi zimne poty. Wskazówka poziomu paliwa w moim aucie niebezpiecznie zbliża się do czerwonego pola. Dłużej odwlekać się nie da – muszę jechać na stację. Jeszcze nie tak dawno temu (moja pamięć nie wyrzuca tego wspomnienia) zalanie całego baku do pełna (wlewam na ogół do 40 litrów) kosztowało mnie ok. 180–190 zł. Potem ceny podskoczyły do poziomu, który moja percepcja ocenia na "nieco ponad 200, ale mniej niż 250 zł".

Tuż przed odpaleniem programu "Ceny Paliwa Niżej" (CPN) rachunek wzrósł do około 300 zł. A ile zapłacę dziś, gdy z obiecanych przez Donalda Tuska 5,19 zł za litr zostały tylko wspomnienia? Policzmy.

Rzeczywistość wyprzedziła tabelki. Rekordy na pylonach

Czytam o najnowszych cenach paliw i prognozach na nadchodzący tydzień. Paliwa ustanowiły nowe, absolutne rekordy, wyprzedzając nawet najbardziej pesymistyczne prognozy analityków e-petrol.pl i biura Reflex. Dziś w najtańszych, przymarketowych stacjach trzeba zapłacić ponad 7,50 zł za litr benzyny. Pozostałe utrzymują ceny w granicach 8 złotych, ale na trasie na pylonach widziałem nawet ponad 8,50 zł.

Na mojej ulubionej stacji urwę pewnie kilka złotych na promocji. Ale bak zaleję za cenę, którą moja percepcja ocenia na "zdecydowanie powyżej 300, ale nieco poniżej 350 złotych".

Olej napędowy (ON) bije wszelkie historyczne rekordy. Średnio jest nieco poniżej 9 złotych za litr. LPG kosztuje ok. 3 złotych.

Ten scenariusz mieliśmy już zresztą na przedpolu. Gdy 1 lipca wygasła pierwsza odsłona tarczy, ceny paliw poszły w kosmos i analitycy ostrzegali, że bez CPN nie każdego będzie stać na używanie auta. Wtedy mówiliśmy o 30–40 groszach na litrze. Dziś skala jest nieporównywalnie większa, na dodatek perspektywy są wybitnie nieciekawe.

Polska chlubnym... liderem drożyzny w Unii Europejskiej

Dlaczego jest aż tak źle? Oprócz czynników globalnych – takich jak ropa Brent kosztująca 108 dolarów za baryłkę, groźba paraliżu w cieśninie Ormuz czy kryzys rafineryjny na Bliskim Wschodzie – dane Eurostatu pokazują coś porażającego. Polska zanotowała największy skok cen paliw w całej Unii Europejskiej.

W ujęciu miesięcznym benzyna podrożała u nas o ponad 17 proc., a diesel o ponad 13 proc., podczas gdy średnia dla całej Unii wyniosła niespełna 5 proc. Wyprzedziliśmy pod tym względem m.in. Niemcy, Grecję czy Hiszpanię.

Skutki widać daleko poza dystrybutorem. Z raportu Instrat i Polskiego Stowarzyszenia Nowej Mobilności wynika, że między końcem marca a połową maja polska gospodarka wydała na paliwa około 10 mld zł więcej, a firmy transportowe płaciły realnie nawet o 1,77 zł więcej za litr diesla. O tym, jak wyrwać się z tej zależności, mówić będą eksperci, bo właśnie nadciąga Kongres Nowej Mobilności 2026 w Katowicach.

Polityczny klincz i widmo 10 zł za litr

Do tego dochodzi koniec tarcz osłonowych. Minister energii Miłosz Motyka przyznał wprost, że program "Ceny Paliwa Niżej" (CPN) to przeszłość z powodu napiętego budżetu państwa. Ogłaszając koniec z CPN od września, szef resortu energii wskazał jednocześnie na prezydenta, który odesłał do Trybunału ustawę mającą finansować pakiet.

Co prawda rząd deklaruje, że obniżka VAT-u i akcyzy mogłaby powrócić, ale warunkiem jest podpisanie przez prezydenta Karola Nawrockiego ustawy o podatku od nadzwyczajnych zysków firm paliwowych (która obecnie utknęła w weryfikacji prewencyjnej w Trybunale Konstytucyjnym). Sygnały, że program CPN może wrócić, pojawiały się już w sierpniu – i wtedy rzeczywiście na dwa tygodnie wrócił, ale wyłącznie w okrojonej formie.

Warto pamiętać, jak wyglądała ta ulga w praktyce. Obowiązujące wówczas nowe maksymalne ceny paliw opierały się na obniżonym do 8 proc. VAT i zamrożonej marży stacji na poziomie 30 groszy, a za ich złamanie groziła kara do miliona złotych. Dziś tego mechanizmu po prostu nie ma.

Efekt? Zamiast zapowiadanych w kampanii wyborczej "tanich paliw po 5,19 zł", kierowcy zmuszeni są płacić niemal 400 zł za tankowanie zwykłą benzyną i prawie 450 zł za diesla (przy 50-litrowym baku). A przy cenie rzędu 9,50 zł za paliwa premium granica 10 złotych za litr przestała być abstrakcyjną teorią, a stała się kwestią zaledwie groszy lub dni.

Wychodzi na to, że mój dotychczasowy pragmatyzm muszę schować do kieszeni. Najwyższy czas zrewidować domowy budżet, bo każda kolejna wizyta pod pylonem staje się powoli najbardziej stresującym momentem tygodnia.