
Dwudziestu jeden posłów PiS, Konfederacji, Rozwoju Plus i Konfederacji Korony Polskiej chce, by polski rząd zorganizował Marsz Niepodległości ulicami Lwowa. Patriotyzm? Raczej polityczny teatr, i to wystawiany w najgorszym możliwym momencie. Jeśli pomysłodawcy nie rozumieją, w co się pakują, nie powinni zabierać się za politykę zagraniczną. A jeśli doskonale to rozumieją, jest jeszcze gorzej. I pytanie zasadnie do Jarosława Kaczyńskiego i Mateusza Morawieckiego: co panowie na to?
Są pomysły złe, są pomysły szkodliwe i są pomysły, przy których człowiek przez chwilę sprawdza, czy nie czyta satyry. Interpelacja, która 28 sierpnia trafiła do premiera, należy do tej ostatniej kategorii. Dwudziestu jeden posłów z PiS, Konfederacji, Konfederacji Korony Polskiej i Rozwoju Plus pyta Donalda Tuska, czy polski rząd zorganizuje 11 listopada "we Lwowie oficjalne obchody Narodowego Święta Niepodległości, w tym polski Marsz Niepodległości ulicami miasta". Czy wystąpi o zgodę do władz Ukrainy. I czy za to zapłaci.
Jako autor podpisał się pod dokumentem Dariusz Matecki. A oprócz niego akcję wspierają:
Prawica, która kłoci się na lewo i prawo, tym razem znalazła wspólny mianownik. Jak widać, nic tak nie łączy, jak wspólny wróg. Szkoda, że akurat taki. I ciekawe, jak wyżej wymienieni zareagowaliby na przykład na pomysł niemieckich posłów, by rząd w Niemczech zorganizował w naszym kraju Dzień Jedności Niemiec 3 października.

Posłowie PiS, Konfederacji, Konfederacji Korony Polskiej i Rozwoju Plus w akcji
Uzadadnienie tej interpelacji, która brzmi jak mało śmieszny żart? Skoro 24 sierpnia w Warszawie obchodzono Dzień Niepodległości Ukrainy, Polska powinna odpowiedzieć tym samym we Lwowie. Święto za święto. Tyle że ta symetria jest urojona. Wielu Ukraińców, którzy świętowali w Warszawie, to ludzie wygnani z domów przez wojnę. Świętowali tam, gdzie znaleźli schronienie – nie tylko w Polsce, ale także w innych europejskich stolicach.
Tego wtrącenia w uzasadnieniu oczywiście zabrakło, ale posłowie polskiej prawicy proponują coś zupełnie innego: by państwo polskie zorganizowało manifestację na ulicach cudzego miasta. W dodatku miasta, które dla obu narodów jest jednym z najbardziej bolesnych punktów wspólnej pamięci.
Każdy, kto choć trochę zna relacje polsko-ukraińskie, wie, jak zostanie to odczytane. Nie jako hołd dla lwowskich Polaków, lecz jako demonstracja z podtekstem: to było nasze. Jeśli autorzy tego nie rozumieją, nie powinni zabierać się za politykę zagraniczną. Jeśli jednak doskonale to rozumieją, jest jeszcze gorzej.
Polska prawica chce "polskiego Marszu Niepodległości" we Lwowie. Pod dronami
Najbardziej zdumiewające w tej interpelacji jest to, czego w niej nie ma. Nie ma słowa o wojnie. Nie ma słowa o tym, że Lwów również jest celem rosyjskich ataków, że w Ukrainie obowiązuje stan wojenny, a każde masowe wydarzenie z udziałem zagranicznych polityków to wyzwanie dla służb, które mają dziś na głowie ważniejsze rzeczy niż ochronę grupy polityków znad Wisły, którzy na wojnie próbują zbić polityczny kapitał.
Wyobraźmy sobie, że pomysł zostaje zrealizowany. Ludzie na ulicach, biało-czerwone flagi, polscy parlamentarzyści na czele pochodu. I alarm przeciwlotniczy nad Lwowem. Kto wziąłby odpowiedzialność? Ci sami posłowie, którzy dziś tak chętnie składają podpisy?
A wszystko to w chwili, gdy wojna coraz wyraźniej puka do naszych drzwi, gdy do ataków dochodzi w pobliżu polskiej granicy, gdy mamy do czynienia z coraz większymi aktami dywersji i cyberataków. W takim momencie polska klasa polityczna powinna myśleć o schronach, obronie powietrznej i odporności państwa, a nie o trasie pochodu przez Lwów.
Zobacz także
Komu to służy?
Rosyjska propaganda od lat pracuje nad jednym celem: skłócić Polaków i Ukraińców. Każda awantura o historię, każdy spór o pomniki, każde "oni nam, to my im", jest dla Kremla prezentem. Trudno o lepszy materiał niż obraz polskich posłów domagających się marszu po ulicach ukraińskiego miasta w czasie, gdy Ukraina broni się przed Rosją. Nie trzeba nikomu przypisywać złych intencji, żeby zobaczyć, komu taki obraz jest na rękę.
Nie chodzi o udawanie, że między Polską a Ukrainą nie ma trudnych spraw. Są: Wołyń, ekshumacje, gloryfikowanie UPA przez część ukraińskich środowisk. O tych sprawach trzeba mówić twardo i konsekwentnie, w rozmowach dyplomatycznych, z konkretnymi żądaniami na stole. Marsz pod oknami Lwowian żadnej z tych spraw nie załatwi. Dostarczy za to argumentów drugiej stronie, która twierdzi, że Polacy wciąż patrzą na Lwów jak na swoje miasto.
Autorzy interpelacji przekonują, że chodzi o "wsparcie Polaków mieszkających we Lwowie". Ale ta społeczność od lat obchodzi 11 listopada: spokojnie, godnie, po swojemu. To ludzie, którzy żyją w tym mieście na co dzień, także wtedy, gdy posłowie wsiądą do autokarów i wrócą do Warszawy. Czy ktoś ich zapytał, czy w ogóle chcą takiego marszu? Tego w uzasadnieniu też nie przeczytamy.
Pomysłodawcy wykazują się także wielkim cynizmem. Można się spodziewać (i autorzy interpelacji zapewne też to wiedzą), że premier Tusk udzieli odpowiedzi negatywnej, a wtedy będą mogli wykrzykiwać, że szef rządu jest proukraiński, za to oni pilnują polskich interesów. Pytanie jednak, kto te polskie interesy chce zdradzić.
Nawet swoi się odwracają
Znamienne, że pomysłu nie obronił nawet współlider Konfederacji, choć interpelację podpisali posłowie jego formacji. Krzysztof Bosak na antenie RMF FM przyznał, że potrzebował chwili, by zrozumieć, o co w ogóle chodzi, uznał inicjatywę za niepotrzebną i radził traktować ją jak happening. Szkoda, że w tym przypadku nie padły mocniejsze słowa, ale jeśli tak ocenia to polityk z tego samego obozu, autorzy powinni się poważnie zastanowić nad swoją "akcją Lwów".
Bo to jest właśnie happening. Tani, obliczony na kilka dni medialnego szumu i zasięgi w mediach społecznościowych. Problem w tym, że happeningi w polityce zagranicznej mają realne koszty, a płacą je zwykle nie ich autorzy. A i patriotyzm nie polega na demonstrowaniu dumy na cudzych ulicach, tylko na tym, by w chwili zagrożenia nie dawać wrogowi tego, na czym zależy mu najbardziej. Dwudziestu jeden polskich posłów PiS, Konfederacji, Rozwoju Plus i Konfederacji Korony Polskiej o tym zapomniało. Albo, co gorsza, doskonale to rozumie.
I na koniec jedno pytanie do liderów PiS i Rozwoju Plus. Panowie Kaczyński i Morawiecki, co panowie na to? Brunatny Grzegorz Braun już wam nie przeszkadza?






