
Jeszcze kilkanaście lat temu pendrive był niemal obowiązkowym dodatkiem do komputera. Dziś coraz trudniej znaleźć sytuację, w której naprawdę jest potrzebny.
Coś czuję w kościach, że przenośne nośniki pamięci na USB już w niedalekiej przyszłości będą traktowane w taki sam sposób jak kasety VHS, płyty CD czy analogowe kasety magnetofonowe. W codziennym zastosowaniu pendrive jest niemal bezużyteczny. Karty pamięci robią dokładnie to samo, przy podobnych przepustowościach, a jednocześnie są kompatybilne ze znacznie większą liczbą sprzętów.
Potrzebny jest schowek na dane? Karta pamięci bije na głowę pendrive'y
Pendrive'a nie podepnę wygodnie do aparatu, nie umieszczę w kamerze monitoringu, nie schowam go na tacce SIM w telefonie i nie wykorzystam do bardziej profesjonalnych rozwiązań, jak np. urządzenia do nagrywania audio. Wszystko to wymaga przejściówek.
A skoro o przejściówkach mowa – w przypadku kart SD działa to dokładnie tak samo, ale uniwersalność jest znacznie większa. Pendrive'a nie zmniejszymy magicznie do rozmiarów slotu SD, ale kartę pamięci bez problemu powiększymy do standardowych rozmiarów – z micro SD do SD, z SD do USB-C lub USB-A – do wyboru do koloru.
Same karty SD również mogą paść ofiarą ducha technologicznego czasu jak inne nośniki pokroju przenośnych dysków SSD. Te ostatnie na razie nieźle sobie radzą ze względu na wysoką przepustowość i pojemność. Ciekawostka – wiele z nich można przerobić na stacjonarne dyski i podpiąć do komputera. Ale nie o tym.
Canva i Google Drive robią 100 proc. roboty
Kolejnym zwiastunem zmierzchu pendrive'ów jest domyślny format pracy. Ogromna jej część dzieje się w chmurze – zwłaszcza gdy mowa o edycji tekstowej, arkuszach kalkulacyjnych czy nawet niewielkich plikach graficznych.
Współczesne platformy w chmurze oferują też coś, co bardzo trudno jest osiągnąć za pomocą pendrive'ów – wydajną kategoryzację danych. Projekt w Canvie można nie tylko szybko udostępnić, ale także wyszukać. Dokładnie to samo dzieje się w przypadku chmur iCloud czy Google Drive.
Oczywiście za chmurę trzeba płacić (od pewnego pułapu), ale ceny w porównaniu z kwotami, które trzeba wydać na sensowne pendrive'y, nie są wcale przerażające. Garść danych, przykłady pierwsze z brzegu – Google One Basic kosztuje 8,99 zł miesięcznie za 100 GB przestrzeni, Proton Drive Plus kosztuje 9,99 zł miesięcznie za 200 GB, natomiast iCloud życzy sobie 14,99 zł miesięcznie za 200 GB. Nie są to stawki z kosmosu, biorąc pod uwagę, że pendrive o pojemności 32 GB kosztuje około 30 zł.
Zresztą część usług oferuje pakiety darmowe, które wielu osobom i tak wystarczają. Co więcej, już teraz część komunikatorów pozwala na przesyłanie bardzo dużych plików – Slack do 1 GB, Discord do 500 MB (płatny), Signal do 200 MB, Messenger do 100 MB. W praktyce okazuje się, że pendrive staje się zbędny przy większości standardowych transferów danych. Szczególnie że w Polsce dostęp do szybkich łącz internetowych jest czymś raczej oczywistym – zwłaszcza biorąc pod uwagę, jak tanie są u nas usługi telekomunikacyjne na tle Europy.
Pendrive ma jednak pewne inne zastosowania, które wciąż utrzymują go na rynku. Choć i tu przyszłość raczej nie maluje się w optymistycznych barwach.
Pendrive to obowiązkowe wyposażenie w pewnych przypadkach
Takie urządzenie to wciąż dość tani sposób na trzymanie danych "offline". Część osób nie chce trzymać plików w chmurze (czasem słusznie – często chodzi tu o bezpieczeństwo i prywatność), a niektórzy wolą sentymentalne "digitalia" mieć na zewnętrznym nośniku.
Dalsza część artykułu poniżej.
Zobacz także
Tu pewnie lepiej sprawdziłby się pełnoprawny serwer NAS, który zapewniłby dodatkowo możliwość wykonywania bieżącej kopii zapasowej i sprawnego transferowania plików, gdy zajdzie taka potrzeba. Jest to jednak rozwiązanie, które raczej w domach Polaków się nie pojawia, chyba że mowa o zajawionych pasjonatach.
Zajawieni pasjonaci przechowują na pendrive'ach... systemy operacyjne. Wiem, co mówię, bo mam kilka takich urządzeń pod ręką i zdarza mi się z nich regularnie korzystać. Pendrive'y zostały zdegradowane w mojej "stajni" do nośników instalacyjnych Windowsa, Linuxa czy ChromeOS. Wygląda jednak na to, że nawet to odejdzie niedługo do lamusa, bo Microsoft zapowiedział, że testuje pobieranie plików instalacyjnych z własnych serwerów w ramach funkcji Cloud Rebuild.
Z mojej perspektywy to ostateczny cios w instytucję pendrive'a i nie wydaje mi się, bym jeszcze kiedykolwiek kupił tego typu sprzęt w przyszłości. I chyba nie jest mi z tego powodu specjalnie żal.






