
Po rosyjskiej stronie granicy z Estonią robi się coraz ciaśniej. FSB ogranicza możliwość poruszania się po zmroku, zabrania dostępu do części brzegów rzek i używania małych łodzi. Oficjalnie chodzi o bezpieczeństwo granicy i przestrzeganie przepisów. Istnieje jednak drugi, znacznie bardziej niepokojący scenariusz.
Wczoraj, 20 września, zakończyły się wybory do Dumy w Rosji. Władze państw europejskich analizują scenariusz, w którym niedługo po nich Moskwa ogłosi powszechną mobilizację.
O możliwości takiej eskalacji konfliktu informowała przede wszystkim Ukraina. Rosyjska mobilizacja mogłaby okazać się skutecznym sposobem na wywieranie coraz silniejszego nacisku na Kijów i przechylenie wojennej szali na korzyść Moskwy. Zwłaszcza biorąc pod uwagę to, że mobilizacja mogłaby odbyć się już niedługo, w zimowych miesiącach. Wołodymyr Zełenski wielokrotnie wspominał, że zależy mu na zakończeniu konfliktu przed mrozami.
Taki ruch ze strony Kremla spotkałby się jednak z bardzo silnym sprzeciwem społecznym, ale też mógłby wywołać próby ucieczki z kraju. Jednym z kierunków, które mogliby obrać mężczyźni obawiający się poboru, jest granica pomiędzy Estonią a Rosją.
Wygląda na to, że FSB zdaje sobie sprawę z zagrożenia. Niezależnie od tego, czy do mobilizacji faktycznie dojdzie, wywiad przejął kontrolę nad newralgicznym obszarem i zapowiedział dodatkowe "działania operacyjne".
FSB informuje o "działaniach operacyjnych"
W komunikacie Zarządu Służby Granicznej FSB czytamy, że na terenach przygranicznych rejonów słancowskiego i kingiseppskiego prowadzone będą "działania operacyjne", które mają na celu "zapobieganie naruszeniom przepisów granicznych, prawa migracyjnego oraz zasad ochrony wodnych zasobów biologicznych".
W okresie do 26 września zabronione są:
- Przebywanie osób na brzegu oraz obecność małych jednostek pływających na wodzie na odcinku rzeki Narwa pomiędzy rzekami Bolszaja Czeremucha a Kriusza.
- Polowanie oraz przemieszczanie się z bronią palną w obrębie strefy przygranicznej w rejonie słancowskim oraz w pasie o szerokości pięciu kilometrów wzdłuż granicy państwowej w rejonie kingiseppskim.
- Przebywanie i przemieszczanie się osób oraz pojazdów po zmroku poza obszarami zabudowanymi w pasie o szerokości pięciu kilometrów wzdłuż granicy w rejonach kingiseppskim i słancowskim.
FSB przypomniała też, że osoby niebędące Rosjanami, a przebywające w strefie przygranicznej po stronie rosyjskiej (nawet poza okresem ważności komunikatu) muszą mieć przy sobie odpowiednie dokumenty. Bezwzględny zakaz ww. aktywności do 26 września obowiązuje również cudzoziemców.
Estonia reaguje na rosyjską decyzję
"W związku z decyzją Rosji o czasowym ograniczeniu ruchu w niektórych rejonach w pobliżu granicy z Estonią sytuacja po estońskiej stronie granicy wschodniej pozostaje spokojna. Estońskie władze uważnie monitorują rozwój wydarzeń i zachowują czujność" – przekazało estońskie MSWiA w komunikacie na X, 20 września.
17 września do sprawy odniósł się premier Estonii Kristen Michal. Jak podaje publiczny nadawca "ERR News", w trakcie konferencji dotyczącej bezpieczeństwa Estonii Kristen Michal nazwał Rosję "głównym i jedynym rzeczywistym zagrożeniem dla bezpieczeństwa kraju". Polityk twierdzi, że sytuacja w Rosji jest fatalna, co oznacza, że Federacja będzie musiała podjąć kroki w kierunku utrzymania wysiłku wojennego, w tym właśnie powszechnej mobilizacji.
Strona estońska ma świadomość, że w takiej sytuacji może dojść do prób przekroczenia granicy. W takim scenariuszu może zostać ona zamknięta. – Granicę można zamknąć natychmiast, tak jak robiliśmy to wcześniej, gdy w punktach granicznych dochodziło do zamieszek. Straż Graniczna i minister spraw wewnętrznych są tego świadomi i mamy taką zdolność – deklarował polityk.
Dalsza część artykułu poniżej.
Zobacz także
Do jego słów odniósł się minister spraw zagranicznych Margus Tsahkna. – Osoba przebywająca w Rosji może sądzić, że w razie mobilizacji zdoła uciec do Europy i uzasadnić to potrzebą uzyskania ochrony międzynarodowej. Tak jednak nie jest – zauważył.
Jednocześnie władze Estonii wyraziły ubolewanie z powodu wydawania wiz osobom z Rosji przez państwa członkowskie UE. – W Estonii nikt by nawet o czymś takim nie pomyślał. Niektóre kraje nadal wydają te wizy i presja z tym związana rośnie. Nie wiemy, kim są ludzie przybywający do Europy – podkreślał szef estońskiego MSZ.






