
Po co fałszować wybory, w których i tak nie ma realnej konkurencji? Rosjanie nauczeni czytania między wierszami zobaczyli w tym głosowaniu jasny sygnał: władza panicznie boi się tematu pokoju, a uzyskany "mandat" ma być przepustką do powołania na front kolejnych setek tysięcy rekrutów.
Putinowska partia Jedna Rosja znów bierze wszystko (dostała ok. 57 proc. głosów), a cała koncesjonowana opozycja popiera wojnę w Ukrainie. Oto kulisy trzydniowych wyborów w Rosji. Były one raczej manifestacją poparcia dla "specjalnej operacji wojskowej". Choć Putin zapewnia, że nowej mobilizacji "na dziś" nie będzie, to uzyskany mandat ma posłużyć do wcielenia do armii kolejnych kilkuset tysięcy ludzi.
O czym naprawdę mówią wyniki "wyborów" w Rosji?
Wyniki wyborów do Dumy Państwowej były znane zanim otwarto lokale, ale tegoroczny spektakl przyniósł kilka zaskakujących wniosków. Od panicznej reakcji władzy na słowo "pokój", przez masowy drenaż pracowników budżetówki, po sygnał do kolejnej fali mobilizacji – prześwietlamy, co z oficjalnych danych wyczytali sami Rosjanie.
W rosyjskim systemie politycznym wybory od lat nie służą wyłanianiu władzy, lecz jej rytualnemu potwierdzaniu. Wynik głosowania do Dumy Państwowej był znany na długo przed otwarciem lokali: partia władzy Jedna Rosja zdobyła według wstępnych danych 57,54 proc. głosów, a próg wyborczy przekroczyły wyłącznie te same, w pełni lojalne wobec Kremla ugrupowania (KPRF, LDPR, Sprawiedliwa Rosja oraz Nowi Ludzie).
Jednak nawet w takim państwie jak Rosja, nawet tak wyreżyserowany spektakl, dostarcza pewnych danych. Rosjanie oraz zachodni analitycy nauczyli się wyciągać z tego fasadowego procesu bardzo konkretne wnioski.
Tło tych wyborów było dla Kremla wyjątkowo niewygodne. Gdy Rosjanie szli do urn, analitycy Instytutu Europy Środkowej zwracali uwagę, że po raz pierwszy od lat głosowanie odbywa się w warunkach wyraźnego spowolnienia gospodarczego i narastającej frustracji społecznej.
Paniczny lęk przed słowem "pokój"
Najbardziej znaczącym incydentem kampanii było błyskawiczne wyrzucenie z listy wyborczej partii Jabłoko – jedynej legalnie działającej formacji otwarcie sprzeciwiającej się wojnie. Zaledwie 12 dni po rejestracji Sąd Najwyższy unieważnił jej start.
Skoro Kreml oficjalnie twierdzi, że społeczeństwo monolitycznie popiera działania zbrojne, dlaczego przestraszył się małego, marginalizowanego ugrupowania? Zanim Jabłoko zostało skreślone, jego antywojenne hasła zaczęły zyskiwać niepokojący dla władzy poklask. W efekcie lider partii Nikołaj Rybakow w geście protestu unieważnił swoją kartę, dopisując na niej hasło "Za pokojem", a przebywający na emigracji opozycjoniści (m.in. Julia Nawalna) wzywali do głosowania na kogokolwiek poza Jedną Rosją.
– Jakiego innego wyniku można się było spodziewać, skoro na karcie było 10 partii i wszystkie popierają politykę Putina? Zgadza się 100 procent z tym, co robi prezydent – skomentował gorzko dla BBC Nikołaj Rybakow.
Emigracyjna opozycja od miesięcy ostrzega, że Kreml myśli w kategoriach szerszych niż wojna z Ukrainą. W rozmowie przytaczanej przez media rosyjski opozycjonista powiedział, co knuje Putin – według Garriego Kasparowa celem jest moment, w którym Kreml uzna, że NATO jako realny sojusz przestało istnieć.
Zobacz także
Piątkowy przymus i systemowa alchemia
Trzydniowy tryb głosowania (od piątku do niedzieli) po raz kolejny posłużył jako narzędzie kontroli frekwencji. Z oficjalnych danych wynika, że ogólna frekwencja sięgnęła 56,66 proc., z czego aż 29 proc. wyborców oddało głos już pierwszego dnia – w piątek. To efekty masowego mobilizowania pracowników sektora państwowego i budżetówki, którzy musieli zameldować się przy urnach w godzinach pracy pod czujnym okiem przełożonych.
Drugim elementem gwarantującym władzy absolutną dominację jest ordynacja wyborcza. Łączy ona listy krajowe (proporcjonalne) z okręgami jednomandatowymi. Efekt jest taki, że poparcie na poziomie 50–57 proc. daje ponad 75 proc. miejsc w parlamencie, a więc większość konstytucyjną.
Wojna pod drzwiami. Płonąca rafineria w Moskwie
Ostatni dzień głosowania przyniósł dość spektakularne zderzenie oficjalnej propagandy z rzeczywistością. Ukraina przeprowadziła zmasowany atak dronów na obwód moskiewski, w wyniku którego trafiona została m.in. stołeczna rafineria.
Ukraińskie uderzenia w przemysł naftowy mają zresztą wymierne skutki. Kryzys paliwowy w Rosji zwiększa presję na Kreml – niedobory benzyny dotykają co najmniej 30 regionów, a służby państwowe dostały pierwszeństwo przy dystrybutorach.
W reakcjach mieszkańców Moskwy idących do lokali wyborczych nie było jednak zaskoczenia – dominuje ponura rezygnacja. Po ponad czterech i pół roku od rozpoczęcia pełnoskalowej agresji wojna przestała być obrazkiem z telewizji, a stała się tłem codzienności, do którego mieszkańcy rosyjskiej stolicy musieli przywyknąć.
Prawdziwa stawka. Przepustka do nowej mobilizacji
Po co Kremlowi ten cały teatr, skoro kontroluje każdy aparat państwa? Wybory miały dać Władimirowi Putinowi oficjalny "mandat społeczny" do kontynuowania wojny i legitymizować kolejne decyzje.
Choć prezydent Rosji tuż przed głosowaniem uspokajał, że "na dziś nie ma scenariusza, który wymagałby nowej fali mobilizacji", to w rosyjskim społeczeństwie narasta ogromny lęk przed tym, co nastąpi jutro. Słowo "dziś" jest w oficjalnym języku Kremla traktowane ze skrajną nieufnością.
Sygnały o planach poborowych pojawiały się już wcześniej. Gdy szef CIA z Moskwy wrócił po zaledwie 4 godzinach, analitycy wskazywali, że amerykański wywiad zebrał informacje o wczesnych przygotowaniach Rosji do mobilizacji i o planach sprawdzania determinacji NATO.
Brytyjscy eksperci formułowali to jeszcze ostrzej. Putin może "rzucić się na Europę" – ostrzegał analityk Robert Fox, przewidując, że jeśli wojna potrwa do zimy, ogłoszona zostanie częściowa lub całkowita mobilizacja.
Według ustaleń ukraińskiego wywiadu wojskowego (HUR) oraz wypowiedzi prezydenta Wołodymyra Zełenskiego, zamknąwszy procedurę wyborczą, władze w Moskwie planują uruchomić powszechną mobilizację, wcielając do armii kolejne setki tysięcy ludzi jeszcze do końca tego roku oraz w kolejnych etapach. "Wybory" nie były więc świętem demokracji, lecz formalnym przygotowaniem społeczeństwa na kolejne koszty trwającej wojny.






