Wyborcze zaklęcia w Krakowie i zniecierpliwienie w Warszawie. Samorządowe trzęsienie ziemi
Wyborcze zaklęcia w Krakowie i zniecierpliwienie w Warszawie. Samorządowe trzęsienie ziemi Fot. naTemat.pl

Ostatnie godziny na polskiej scenie samorządowej przyniosły dawno niespotykane nagromadzenie politycznych paradoksów. Z jednej strony obserwujemy krakowskie wybory przedterminowe, w których zdobycie trzeciego miejsca i odpadnięcie z rywalizacji zostało ogłoszone przez partyjny aparat jako "historyczny sukces". Z drugiej – obserwujemy Warszawę, gdzie mija kluczowy termin zbiórki podpisów pod odwołaniem Rafała Trzaskowskiego.

REKLAMA

Od czarnego humoru na Nowogrodzkiej po milczący dramat na placu Bankowym w Warszawie. Pierwsza tura wyborów w Krakowie i kulisy referendum w stolicy obnażyły nowe, zaskakujące trendy na polskiej scenie politycznej. Sprawdzamy, dlaczego PiS świętuje wyborczą klęskę i co Polacy naprawdę myślą o przyszłości Rafała Trzaskowskiego.

Dane z PKW zdmuchnęły partyjną euforię. Kulisy samorządowej jesieni

Pierwsza tura przedterminowych wyborów na prezydenta Krakowa zakończyła się awansem do dogrywki bezpartyjnego Łukasza Gibały (36,38 proc.) oraz wspieranej przez Koalicję Obywatelską Moniki Piątkowskiej (29,91 proc.). Kandydat Prawa i Sprawiedliwości, Michał Drewnicki, zdobył 17,50 proc. głosów i odpadł z gry.

Mimo to sztab PiS rzucił się do ogłaszania "klęski Tuska" i "świetnego wyniku", bazując na błędnym wstępnym badaniu exit poll. Gdy PKW podała dane, okazało się, że PiS uderzył w metropolitalny szklany sufit, co wywołało falę krytyki ze strony polityków własnego obozu – m.in. Janusza Kowalskiego i Łukasza Schreibera, którzy wprost nazwali tę narrację "zaklinaniem rzeczywistości do kwadratu".

Szczegółowy bilans wyścigu opisywaliśmy w tekście, w którym Gibała wszedł z pierwszego miejsca, a Piątkowska zameldowała się w finale – kandydatka KO zdobyła niemal dwukrotnie więcej głosów niż reprezentant Nowogrodzkiej.

Sieroty po Konfederacji wybrały Gibałę

Ogromna wpadka organizacyjna krakowskiego sztabu Konfederacji (brak wystarczającej liczby ważnych podpisów do rejestracji kandydata) stworzyła na prawicy unikalną sytuację.

Choć PiS liczył na przejęcie wolnościowego elektoratu, dane sondażowe pokazały brutalną rzeczywistość: aż 61,9 proc. wyborców Konfederacji oddało głos na Łukasza Gibałę, uznając go za bardziej autentycznego w antyukładowym przekazie. Na kandydata PiS zagłosowało zaledwie 14,8 proc. tej grupy.

To zjawisko widać dziś także w skali kraju. Analitycy podkreślają, że Konfederacje rosną w siłę, a PiS sam zgotował sobie ten los, oddając formacjom wolnościowym monopol na kontestowanie układu.

Zmienia się przy tym sam profil wyborcy, do którego trafia taki przekaz. Badacze wskazują, że to koniec stereotypu młodego wyborcy – biernego i lewicującego. Dziś to właśnie osoby w wieku 18–29 lat są najbardziej zaangażowane i najchętniej głosują poza głównym nurtem.

Warszawa: referendum kuleje

W Warszawie mija ostateczny termin zgłaszania podpisów pod wniosek o przeprowadzenie referendum ws. odwołania Rafała Trzaskowskiego (potrzeba min. 132 tys. ważnych głosów). Choć inicjatywa referendalna była mocno rozproszona i szła jak po grudzie, to ujawniła rosnące zniecierpliwienie polityczną postawą prezydenta stolicy.

Mimo że organizatorzy chwalą się, iż przekroczyli próg 100 tysięcy, to w kuluarach mówi się wprost: idzie to jak krew z nosa, a zebranie bezpiecznej nadwyżki (uwzględniającej błędy w PESEL-ach czy adresach) graniczy z cudem.

Skąd to zniecierpliwienie warszawiaków

Kapitał polityczny gospodarza stolicy nadwątliły przede wszystkim afery w miejskich instytucjach. Gdy Trzaskowski świecił oczami po aferze w szpitalu, audyt ujawnił rozliczanie tych samych dyżurów na dwóch oddziałach i stawki rosnące do 330 zł za godzinę.

Komentatorzy zwracali wtedy uwagę, że choć afery w Warszawie były zamówieniem na Trzaskowskiego, to sam się podłożył – kolejne nieprawidłowości wychodziły z instytucji bezpośrednio nadzorowanych przez ratusz.

Mimo wszystko Rafał Trzaskowski musi mierzyć się z rosnącym zniecierpliwieniem wyborców, którzy coraz głośniej mówią mu: "czas na emeryturę albo do roboty".

Podpisy to dopiero połowa drogi

Ale gdyby organizatorom nawet się udało zebrać podpisy, to trzeba jeszcze warszawiaków zapędzić do referendum. I tam zaczynają się naprawdę strome schody. Bo aby było ważne, musi w nim wziąć udział ok. 450 tysięcy ludzi. Realne?

Tło ogólnopolskie sprzyja przy tym raczej koalicji niż opozycji. Nowy sondaż, 16,5 proc. i koszmar PiS pokazał najniższe poparcie partii Kaczyńskiego od ostatnich wyborów – a to właśnie ta formacja miała być głównym beneficjentem warszawskiej mobilizacji.