
– Dziś właściwie nie bardzo wiadomo, czym, po co i dla kogo jest Prawo i Sprawiedliwość – mowi w rozmowie z naTemat Marcin Duma, analityk polityczny i założyciel IBRIS. Rozmawiamy o coraz lepszych wynikach sondażowych Konfederacji. Dlaczego i co to oznacza dla PiS i KO? Co może zdarzyć się w 2027 roku? I jak silny ból głowy musi mieć dziś Jarosław Kaczyński? – To już jest migrena – stwierdza Marcin Duma.
Sondaż United Surveys by IBRiS dla Wirtualnej Polski z 10-12 lipca pokazał, że tylko Konfederacje i Lewica odnotowały wzrost poparcia względem poprzedniego badania. Co więcej, obie Konfederacje razem osiągnęły wynik 25,9 proc. głosów. Wyniki wyglądały następująco:
Jeden z ostatnich sondaży pokazał, że łączny wynik Konfederacji i Konfederacji Korony Polskiej jest lepszy niż notowania PiS. Jest pan zaskoczony?
Marcin Duma: Właściwie nie. Nie ma w tym nic zaskakującego. Powinniśmy się byli tego spodziewać. W kampanii prezydenckiej również były sondaże, w których poparcie dla kandydata popieranego przez PiS zrównywało się z poparciem Sławomira Mentzena. A łączne poparcie dla Sławomira Menztena i Grzegorza Brauna było nawet wyższe niż dla samego Karola Nawrockiego.
Dlatego nie patrzmy na to: "Tego wcześniej nie było". Jest to proces kroczący. I trwa od paru lat.
Ten konfederacyjny trend jednak się nasila. Wyjaśnijmy po kolei – skąd się to bierze?
Jedną z podstawowych przyczyn jest to, że nie bardzo wiadomo, po co PiS jest w polskiej polityce. Przez 20 lat było wiadomo po co – znana była jego oferta i wiadomo było, jakie jest oblicze, które Prawo i Sprawiedliwość chce sprzedać swoim wyborcom. Natomiast dziś właściwie nie bardzo wiadomo czym, po co i dla kogo jest Prawo i Sprawiedliwość.
Jak to?
Brakuje podstawowej opowieści. Oczywiście przy PiS wciąż są wyborcy – niektórzy z przyzwyczajenia, inni z głębokiego emocjonalnego przywiązania. Jednak siła przyciągania nowego wyborcy zasadza się na ofercie partii. A dziś PiS właściwie tego nie ma. Ono głównie komunikuje: "Głosujcie na nas, bo jesteśmy tacy sami jak Konfederacja". To dlaczego ktoś ma głosować na PiS, skoro Konfederacja – jedna i druga – już są?
Czyli to PiS jest winien sytuacji, że Konfederacje rosną w siłę?
Tak, sami to sobie zrobili. Zrobili to już w wyborach prezydenckich, kiedy taka strategia miała doprowadzić do wygranej. A dzisiaj z tej strategii prezydenckiej nie ma wyjścia. PiS PiS-owi zgotował ten los.
"Podziękujmy" więc prezesowi Kaczyńskiemu za to, że obie Konfederacje notują w sondażach skoki w górę, a PiS w dół?
Jarosław Kaczyński jest mimowolnym architektem wzrostu radykalnej prawicy w Polsce, chociaż to sytuacja, której starał się unikać jako ognia. Jego strategią była absolutna dominacja po prawej stronie i od bardzo dawna nie był w takiej sytuacji jak teraz. Dla PiS to coś nowego.
Podejrzewam, że byli przekonani, że na fali zwycięstwa Karola Nawrockiego notowania tej partii wyraźnie wzrosną. Ale po ponad roku wiemy już, że nic takiego się nie wydarzyło. PiS się nie odbiło, a raczej od tego momentu tylko pogłębia się zapaść sondażowa tego ugrupowania. Bo prezydentem został Nawrocki, ale wybory prezydenckie właściwie wygrały obie Konfederacje.
PiS i politycy Zjednoczonej Prawicy bardzo próbują, żeby ten komunikat w żaden sposób nie wybrzmiał. Cały czas mówią: "Wygraliśmy wybory". To prawda, wygrał Nawrocki. Ale to nie oni wygrali te wybory. Przewrotnie można powiedzieć, że po wygranych wyborach prezydenckich premie otrzymały Konfederacje.
W jakim sensie?
Już w pierwszej turze wyborów prezydenckich, gdy poparcie dla Karola Nawrockiego wyniosło ok. 30 proc., PiS straciło 2 miliony wyborców, którzy przeszli do Konfederacji. I dzisiaj ten trend tylko się pogłębia.
Tylko przypomnę, jak zabiegano o poparcie Konfederacji, jak Karol Nawrocki zaglądał w oczy Sławomirowi Mentzenowi. To chyba dość oczywiste, kto jest dzisiaj kingmakerem w polskiej polityce. W wyborach prezydenckich był nim Sławomir Menzten i Konfederacja. I – jeżeli nic się nie zmieni – obydwie Konfederacje będą kingmakerem na polskiej scenie politycznej jesienią 2027 roku.
Rozmawialiśmy w listopadzie 2025 roku. Konfederacja Brauna miała wtedy 7 proc. poparcia i mówił pan, że to jest ból głowy dla prezesa Kaczyńskiego. Jak duży ten ból musi być dziś, gdy Braun może liczyć na 10 proc.?
To już jest migrena. Mam wrażenie, że przewlekły stan. I nie chodzi już o same notowania Brauna, ale o to, że cały wysiłek włożony w działalność Przemysława Czarnka i PiS-u jako próba odebrania wyborców Braunowi, to fiasko. Braun się nie osłabił. A PiS nie wzrósł i jego pozycja jest coraz słabsza.
Co jeszcze ma na to wpływ? Narracja antyukraińska?
Oczywiście, że tak. Przypomnę, że wiosną 2022 roku była konferencja prasowa w Sejmie, na którą nie przyszli dziennikarze. Konfederaci mówili wtedy do pustej sali o przywilejach Ukraińców w Polsce. Wtedy dziennikarze postanowili nie transmitować tych treści. Ale dzisiaj jesteśmy w 2026 roku i każda antyukraińska wypowiedź jest rozchwytywana.
Tamta konferencja ma znaczenie, bo dzisiaj w Konfederacjach zbierają plon tego, co wtedy zasiali. I nie chodzi o nienawiść. Chodzi o korzyść polityczną, którą uzyskali z tego, że w 2022 roku, na przekór trendom społecznym, zbudowali sobie wiarygodność. Jako jedyni mogą powiedzieć: "Słuchajcie, my od początku tak mówiliśmy". A PiS ma "nawis proukraińskości". Oczywiście z punktu widzenia polskiej racji stanu PiS dobrze robił, wspierając Ukrainę.
Czy jakieś wydarzenia mogły mieć znaczenie dla wzrostu poparcia obu Konfederacji?
Wydarzenia raczej wzmacniają podskórne procesy. Między innymi pogłębiają kryzys zaufania do klasy politycznej.
Ostatnio mieliśmy przede wszystkim kłótnię Zełenskiego z Nawrockim, która nie buduje PiS, tylko Konfederację. Również afera w Szpitalu Południowym robi Konfederacji bardzo dobrze, bo Konfederacja Mentzena i Bosaka od zawsze mówiła: "Słuchajcie, trzeba obniżyć składkę zdrowotną, bo ten system jest chory".
"A za PiS" jeszcze się nie zatarło. Rządy PiS wciąż są dla nich obciążeniem. W Konfederacji mówią też: "Słuchajcie, oni wszyscy kradną, a my jeszcze nie rządziliśmy". To samo mówi Grzegorz Braun, ale dodaje jeszcze po cichu: "I są zdrajcami". Bo wysługują się Ukraińcom, Izraelowi i Ameryce.
To jest moment, że PiS i KO powinny bić na alarm?
To zależy, czy mówimy o strategii, czy o taktyce. Dla KO taktycznie jest to dobra sytuacja. Rozbicie prawej strony, zdefragmentowanie najsilniejszego ugrupowania, skłócenie – to wszystko będzie utrudniało zawiązanie prawicowej koalicji. Z drugiej strony dbanie o to, żeby Konfederacji bardzo nie dystansować. Polityka jest pragmatyczna, nie wiadomo, czy przypadkiem, po wyborach nie trzeba będzie szukać jakiegoś porozumienia.
Ale strategicznie dla KO nie jest to dobra sytuacja. KO to część starego porządku. I fala, która zmyje Prawo i Sprawiedliwość równie dobrze może zmyć i KO.
Natomiast w PiS powinni bić na alarm – i taktycznie, i strategicznie.
Tymczasem w ostatnich dniach widziałem fragment wywiadu z Patrykiem Jakim, który mówił, że najlepiej byłoby, gdyby PiS miał 35 proc., poparcia, bo wtedy będzie rozdawał karty na prawicy. Słuchałem tego wywiadu sprzed dwóch, trzech dni, i myślałem: "Jezu, co za odklejenie. Jakie 35 proc.? Ludzie, wy macie 23-24, może 25 proc. Nie rozdajecie żadnych kart, tylko próbujecie bronić ustalonej linii, ale właściwie na całej tej linii trochę się cofacie. Wasi konkurenci systematycznie wypychają was z waszych pozycji".
Zobacz także
Nie rozumieją, co się dzieje?
Nie sądzę, żeby tego nie dostrzegali. Na pewno głosem alarmującym jest Mateusz Morawiecki. On mówi: "Słuchajcie, ogarnijmy się. Poprzez cosplay Konfederacji nie da się pokonać Konfederacji. Musimy wrócić do naszej opowieści, po co Polsce jest PiS". I nieważne czy mówi we własnym interesie, czy nie – ma rację. Jego komunikat sprowadza się do tego: "Zeszliśmy na manowce. Potrzebna jest nam zmiana. Im szybciej ona nastąpi, tym mniejsze poniesiemy straty".
Zabrzmiało jak ratunek dla PiS.
Wszystko zależy od tego, co PiS zrobi. Partia jest rozdarta wewnętrzną walką frakcyjną. Ona jest ważniejsza niż cokolwiek innego, bo to, czy dana frakcja zwycięży, jest ważniejsze od tego, czy cała partia wygra w wyborach. Myślą: "Co nam po tym, że nasza partia zwycięży, gdy moja frakcja będzie rozbita?".
Jak może rosnąć poparcie dla Konfederacji do 2027 roku? Na jakim poziomie może się zatrzymać?
Musimy być świadomi, że na horyzoncie mogą pojawić się zdarzenia, których dzisiaj nie jesteśmy w stanie przewidzieć, a które mogą wpłynąć na obraz polskiej polityki. To może być np. aktywność Rosji, decyzje prezydenta Trumpa, czy materializujące się widmo jakiegoś kryzysu gospodarczego albo ekonomicznego.
Marcin Duma
założyciel IBRIS
Nie sądzę też, żebyśmy z dnia na dzień nagle doświadczyli spadku nastrojów antyukraińskich i żeby radykalizacja i polaryzacja nagle zniknęły. Będziemy więc widzieli umacniające się Konfederacje. Ale niekoniecznie muszą one radykalnie zwiększać swoje poparcie. Mogą jednak scementować i skonsolidować poparcie swoich wyborców, czyli doprowadzić do sytuacji, w której ci wyborcy nie będą chcieli nigdzie indziej sobie pójść. To będzie absolutną tragedią z punktu widzenia PiS.
Czyli załóżmy – np. silne 15 proc. i koniec?
Mniej więcej tak. To coś, o czym możemy spokojnie myśleć. Ale jest jeszcze jeden czynnik, na który warto zwrócić uwagę. Mianowicie wyborcy, których będziemy obserwować bliżej wyborów, a którzy teraz są trochę z boku.
To głównie młodzi ludzie, ewentualnie wyborcy centrowi, bardzo labilni. O nich będzie się toczyć walka w 2027 roku. Myślę, że PiS jest pozbawione większych szans na łowienie w tamtych rejonach. To będzie walka, którą Konfederacja Mentzena i Bosaka będzie prowadziła głównie z centrolewicowymi formacjami. I przyznam szczerze, aż prosi się o nową partię w centrum.
Ryszard Petru zapowiedział powstanie Konfederacji Light.
Roboczo mówimy o czymś takim jak ugrupowanie Ryszarda Petru, ale docelowo raczej trochę o innej, szerszej formule. Od powodzenia albo fiaska takiego ugrupowania będzie zależało też to, kto będzie rządził. Jestem w stanie sobie wyobrazić sytuację, w której sukces – czyli np. 10 proc. takiej formacji – może spowodować, że prawica nie będzie rządzić po 2027 roku.
Czyli jest nadzieja, by skrajna prawica nie doszła w 2027 roku do władzy.
Tak, tylko że to nie jest bazowy scenariusz. To jest scenariusz alternatywny. Równie dobrze taka inicjatywa może przegrać walkę o rząd dusz nad centrowym wyborcą z Konfederacją. I Konfederacja może skonsumować labilnego wyborcę.
PiS może mieć też nadzieję na to, że Konfederacja bywa silna między wyborami, a kiedy przychodzi do wyborów, to ludzie wybierają inaczej. Tak było wcześniej. Tylko pamiętajmy, że to już też nie jest ta sama Konfederacja, co wcześniej.
Kim jest dziś wyborca Konfederacji?
Jest raczej młodszy. Trzon wciąż jest konserwatywno-liberalny, ale to również wyborca liberalny. Do Konfederacji napłynęło sporo wyborców Trzeciej Drogi rozczarowanych Koalicją 15 października. Jest sporo wyborców centrowych PiS-u, którzy lepiej się teraz odnajdują w Konfederacji.
Patrząc na skład wyborców, Konfederacja Menztena i Brauna jest dzisiaj ugrupowaniem bardziej centrowym niż skrajnie prawicowym. Jest też dużo bardziej stabilnym i przewidywalnym bytem. Z punktu widzenia wyborcy to nie jest nowy, zupełnie nieprzewidywalny twór.
Marcin Duma
założyciel IBRIS
Przypomnijmy, że to jest wynik, który właściwie moglibyśmy odnieść do wyniku Szymona Hołowni w 2020 roku – tylko wyższy. Dziś trzeba więc spojrzeć na Konfederację jako na politycznie dociążone ugrupowanie, które ma dużo większe szanse, żeby skonsolidować wyborcę i nie odpuścić go, jak to było w poprzednich cyklach wyborczych.
Co oznacza...
Że dla PiS jest to dramat. Dla KO jakaś szansa w 2027 roku. Bo ileż można straszyć Kaczyńskim? Lepiej jest straszyć Kaczyńskim, Bosakiem, Mentzenem i jeszcze straszliwym, brunatnym Braunem. Po środowym spotkaniu Tuska już pojawiła się informacja – pytanie, na ile spontanicznie, a na ile był to sterowany przeciek – że już sam nie Kaczyński jest głównym wrogiem, tylko Konfederacje.
Czy poparcie dla PiS może spaść poniżej 20 proc.?
Tak, jeżeli dojdzie do rozłamu. Jednak myślę, że są w stanie utrzymać 20 proc. Natomiast, jeśli w obliczu klęski wyborczej PiS – nie tego, że prawica przegra, tylko że PiS zdobędzie nie 30 tylko 20-kilka procent głosów – to w następnych wyborach, szczególnie przedterminowych, PiS może już nie utrzymać tego poparcia. Bo ludzie zobaczą, że król jest nagi. Dziś wyborcy mogą wierzyć TV Republika, czy komunikatom: "Tak nie jest, to złe sondażownie". Ale wyniki wyborcze to co innego.
To może być początek upadku PiS?
PO-PiS-u. Bo patrząc na sondaże, zyskuje tylko Konfederacja i trochę odbudowuje się Lewica. To pokazuje, że polityka zdominowana wokół Tuska i Kaczyńskiego już nie organizuje sporu politycznego. W wyborach prezydenckich Rafał Trzaskowski i Karol Nawrocki w najmłodszej grupie wiekowej otrzymali razem mniej niż 20 proc. Polska scena polityczna zmienia się w sposób naturalny, ale też świadomościowo.
Zmierzamy do nowej rzeczywistości politycznej?
Do punktu kulminacyjnego. Tak bym to określił.
Dziś można mieć wrażenie, że PiS i KO się biją, a Konfederacje niewiele muszą robić, bo i tak pną się w sondażach.
Nie, to tylko złudzenie i pozory. Muszą pracować, rozbudowywać struktury, cementować poparcie świeżo zdobytego wyborcy. Tam musi odbywać się ciężka robota. Nie mogą sobie pozwolić na rozłożenie leżaczków, założenie okularów przeciwsłonecznych i obserwowanie. Muszą wkładać dużo pracy, żeby ich wyborca nie znalazł w sobie chęci, żeby poszukać czegoś innego. Muszą utwierdzać go, że jest dokładnie w tym miejscu, w którym chciałby być.
Załóżmy, że Konfederacje wypadają świetnie w wyborach 2027. I to nie PiS rozdaje karty. Jaki byłby najgorszy scenariusz dla Polski?
To rozbicie partii politycznych albo takie rozbicie miejsc w przyszłym parlamencie, że nie byłoby możliwe stworzenie koalicji. Na przykład Konfederacja byłaby na tyle silna, że nie miałaby żadnego interesu w tym, żeby dogadywać się z Prawem i Sprawiedliwością. Albo inaczej – że byłaby na tyle silna, że postawiłaby warunki, które byłyby praktycznie nie do spełnienia dla PiS, bez upokorzenia dla tej partii.
Tragedią i destabilizatorem byłaby też bardzo silna pozycja Brauna, gdyby okazało się, że bez niego po prawej stronie nie da się zrobić koalicji. Tego typu scenariusze prowadziłyby nas do sytuacji, w której w najlepszym razie powołany byłby rząd mniejszościowy. O ile w ogóle taki rząd doszedłby do skutku. Bo przy takim rozbiciu jestem sobie w stanie sobie wyobrazić kryzys polityczny i przedterminowe wybory.
W obecnej sytuacji, w jakiej jest Polska, Europa i świat, brak stabilnego rządu – nieważne czy centroprawicowego, czy centrolewicowego – to byłby fatalny scenariusz. Można byłoby nawet przytoczyć wyświechtany już frazes, że na Kremlu strzelałyby wówczas szampany.
Najlepszy scenariusz jest taki, w którym uzyskujemy stabilny rząd. Czyli taki, który nie będzie targany wewnętrznymi konfliktami. I tego się trzymajmy.





