Donald Trump, Władysław Kosiniak-Kamysz i Konrad Bagiński
Prześwietlamy kulisy amerykańskiej próby przeformatowania polskiego rządu Fot. naTemat

Przez ponad pół roku treść tej rozmowy była jedną z najgorętszych tajemnic polskiej dyplomacji. Dziś znamy już kulisy marcowego spotkania Władysława Kosiniaka-Kamysza z Donaldem Trumpem. Prześwietlamy kulisy amerykańskiej próby przeformatowania polskiego rządu oraz wyjaśniamy, dlaczego ten misterny plan musiał spalić na panewce.

REKLAMA

Przejęcie fotela premiera w zamian za zerwanie koalicji z Donaldem Tuskiem i sojusz z prawicą – taką propozycję miał usłyszeć szef MON w Białym Domu. Analizujemy granice amerykańskiej dyplomacji, desperację polskiej opozycji oraz kalkulację ludowców.

USA próbowały meblować polski rząd? Prześwietlamy tajne spotkanie w Waszyngtonie

Przez ponad sześć miesięcy informacja o tej rozmowie pozostawała jedną z najpilniej strzeżonych tajemnic w polskich urzędach. W marcu 2026 roku w Waszyngtonie doszło do spotkania, które miało zmienić układ sił na polskiej scenie politycznej.

Donald Trump – zainspirowany przez wysłanników polskiej prawicy – próbował nakłonić wicepremiera Władysława Kosiniaka-Kamysza do opuszczenia koalicji z Donaldem Tuskiem i stworzenia nowego rządu z PiS. Prześwietlamy kulisy tej dyplomatycznej sensacji.

Miał być medal, wyszła próba obalenia rządu

Oficjalny cel marcowej wizyty Władysława Kosiniaka-Kamysza za oceanem był podniosły i niebudzący wątpliwości: wręczenie Medalu Honoru rodzinie amerykańskiego żołnierza Michaela Ollisa, który w Afganistanie oddał życie za polskiego oficera.

W kuluarach wydarzenia doszło jednak do rozmowy, której treść dopiero na przełomie września i października wyszła na jaw. Dzięki doniesieniom medialnym oraz wypowiedziom samego premiera Donalda Tuska – który przyznał, że rozmowa "dotyczyła sytuacji wewnętrznej w Polsce" – wiemy już, że Biały Dom złożył szefowi PSL propozycję nie do odrzucenia: fotel premiera i pełne wsparcie USA w zamian za rozbicie obecnej koalicji i sojusz z prawicą.

Sprawa wypłynęła przypadkiem – przy okazji zamieszania wokół innej wizyty. Opisywaliśmy ten zimny prysznic z Waszyngtonu, gdy Pentagon na kilkadziesiąt godzin przed wylotem przełożył wrześniowe spotkanie szefa MON z Petem Hegsethem.

Metody na republikę bananową. Dlaczego ta akcja oburza?

Powiedzmy to wprost: takie zachowanie amerykańskiej administracji musi budzić sprzeciw. Czym innym jest negocjowanie kontraktów zbrojeniowych czy dyplomatyczny nacisk, a czym innym bezpośrednia próba politycznej korupcji i ręcznego sterowania rządem sojuszniczego kraju.

Polska nie jest małym państewkiem ani kleptokratyczną dyktaturą w Ameryce Łacińskiej. Mówimy o 20. gospodarce świata i kluczowym państwie na wschodniej flance NATO. Traktowanie polskiego wicepremiera jak polityka, którego można skusić w kuluarach wizją władzy, to podejście rodem z polityki imperialnej z ubiegłego wieku.

Skalę naszego wkładu w bezpieczeństwo sojuszu najlepiej oddają liczby. Jak wyliczaliśmy, Polska wydaje na obronność blisko sześć razy więcej niż Litwa, Łotwa i Estonia razem wzięte, a budżet MON na 2027 rok sięga 198 mld zł.

Dlaczego Trump zdecydował się na taki ruch?

Po pierwsze, Waszyngton potrzebuje uległego partnera wewnątrz Unii Europejskiej, który pomagałby torpedować niekorzystne dla USA inicjatywy (jak choćby unijny program zbrojeniowy SAFE).

Po drugie, amerykańskiemu przemysłowi obronnemu "Excel musi się zgadzać" – a to szef MON w Warszawie dysponuje miliardowymi budżetami na zakupy broni.

W całej intrydze kluczową rolę odegrali jednak polscy politycy prawicy. Świadomi rosnącego dystansu do władzy, postanowili użyć wpływu w Białym Domu jako lewaru do powrotu do rządzenia. Za cenę obalenia Tuska zaoferowali Amerykanom pełną uległość.

Jak wygląda rachunek za amerykańskie obietnice

Doświadczenie uczy ostrożności. Gdy Trump obiecywał Polsce 5 tys. żołnierzy z USA, lepiej było zaczekać z otwieraniem szampana – deklaracja nigdy nie przełożyła się na realne przerzuty sił.

Podobnie jest dziś ze stałą bazą. Donald Trump ogłosił "wspaniałe wieści" o postępach w sprawie, ale konkretna lokalizacja i harmonogram wciąż nie zostały potwierdzone.

Nie brakuje też pytań o cenę takiej "przyjaźni". Szef MSZ przestrzegał przed uniżonością wobec Waszyngtonu, mówiąc "nie podałbym ręki Putinowi" i wskazując, że prezydent ma w relacjach z Trumpem jedno konkretne zadanie państwowe.

Dlaczego plan musiał spalić na panewce?

Inicjatorzy tego spisku popełnili fundamentalny błąd: nie zrozumieli specyfiki polskiej polityki. Władysław Kosiniak-Kamysz od razu po powrocie poinformował o wszystkim premiera Tuska, neutralizując próbę szantażu.

Co więcej, PSL ma długą pamięć historyczną. Ludowcy doskonale wiedzą, czym kończy się koalicja z Prawem i Sprawiedliwością. Jako jedyni przetrwali dawne sojusze z PiS, podczas gdy inni partnerzy (Samoobrona, LPR czy ugrupowanie Jarosława Gowina) zapłacili za to politycznym niebytem.

Dodatkowym argumentem jest arytmetyka wyborcza. Prawica jest dziś rozbita i słaba – nowy sondaż pokazał najniższe poparcie partii Kaczyńskiego od ostatnich wyborów, a kolejne badania potwierdzają, że rozłam z Morawieckim osłabił cały obóz.

Waszyngtońskie kuszenie okazało się całkowitym fiaskiem. Pokazało jednak, jak bezpardonowe metody potrafią towarzyszyć kulisom międzynarodowej gry. Przestroga na przyszłość jest jasna: sojusz z USA jest kluczowy dla naszego bezpieczeństwa, ale polską suwerenność i architekturę rządową buduje się wyłącznie w Warszawie, a nie w kuluarach za oceanem.