
Ponad połowa okręgów sejmowych w Polsce wybiera dziś zbyt wielu lub zbyt mało posłów w stosunku do liczby mieszkańców. Zawetowanie przez Karola Nawrockiego automatycznej korekty demograficznej to nie troska o stabilność prawa, lecz świadoma próba zachowania przewagi w regionach sprzyjających prawicy.
W cieniu niemal 50 prezydenckich wet jedno przeszło bez należytego rozgłosu, choć uderza w sam fundament demokracji. Karol Nawrocki zablokował nowelizację Kodeksu wyborczego, która miała dostosować liczbę posłów w okręgach do zmian demograficznych w Polsce. Konserwowanie systemu, w którym w jednym regionie mandat zdobywa się ułamkiem głosów potrzebnych w metropoliach, ociera się o jawną próbę wypaczenia wyniku wyborów w 2027 roku.
Głos ze stolicy warty połowę tego ze świętokrzyskiego. Nawrocki betonuje niesprawiedliwą ordynację
Każdy głos w wyborach powinien ważyć dokładnie tyle samo – tak stanowi Konstytucja. W rzeczywistości jednak Polska od lat cierpi na wyborczą fikcję, w której wyludniające się regiony mają nadreprezentację w parlamencie, a rosnące przedmieścia są karane za swój rozwój. Weto prezydenta wobec apolitycznej arytmetyki to cyniczna gra na korzyść własnego obozu politycznego.
Głowa państwa seryjnie odrzuca kolejne ustawy uchwalane przez parlament, więc niemal bez echa przeszła jedna z najbardziej destrukcyjnych decyzji Karola Nawrockiego: zablokowanie naprawy Kodeksu wyborczego.
Nie chodziło o żadną partyjną rewolucję ani nagłe przerysowywanie granic okręgów pod osłoną nocy. Chodziło o elementarną, konstytucyjną zasadę, od której zależy sens pójścia do urn: głos każdego obywatela powinien ważyć tyle samo. Dziś tak nie jest. A po wecie prezydenta w wyborach parlamentarnych w 2027 roku ta niesprawiedliwość osiągnie poziom wręcz karykaturalny.
Decyzja zapadła przy okazji kolejnej legislacyjnej potyczki z rządem. Opisywaliśmy ją w tekście Nawrocki rozegrał z Tuskiem kolejną bitwę na ustawy – tym razem wynik to 8:3, w którym prezydent przekonywał, że "weto nie jest blokadą".
Demograficzny walec i grzech zaniechania
Polska podzielona jest na 41 okręgów sejmowych, w których łącznie wybieramy 460 posłów. Aby ustalić, ilu obywateli powinien reprezentować pojedynczy parlamentarzysta, wystarczy podzielić całkowitą liczbę mieszkańców kraju przez liczbę foteli w Sejmie. W ten sposób otrzymujemy tzw. jednolitą normę przedstawicielską, która wynosi obecnie w przybliżeniu 78 tysięcy osób na jeden mandat.
Problem w tym, że Polska od lat przechodzi rewolucję demograficzną i migracyjną. Z jednej strony dramatycznie spada liczba urodzeń, a tradycyjne ośrodki prowincjonalne czy poprzemysłowe wyludniają się w zastraszającym tempie. Z drugiej – wielkie metropolie oraz otaczające je podmiejskie powiaty (tzw. obwarzanki) gwałtownie pęcznieją od nowych mieszkańców.
Skalę zjawiska pokazują twarde dane. Jak wyliczaliśmy, demograficzny hamulec Polski działa tak, że populacja kurczy się szybciej, niż zakładano – na koniec roku było nas 37,3 mln, o 156 tys. mniej niż rok wcześniej.
Ile kosztuje mandat w Warszawie, a ile w Elblągu?
W wyborach parlamentarnych w 2023 roku średni "koszt" jednego mandatu poselskiego w Polsce wyniósł ok. 46,9 tys. oddanych ważnych głosów. Czyli mniej więcej tyle osób musiało zagłosować na danego kandydata, by stał się on posłem. Ale różnice pomiędzy poszczególnymi regionami były gigantyczne: w najdroższym okręgu na jeden mandat trzeba było zebrać ponad dwa razy więcej głosów niż w najtańszym.
Zdecydowanie najtrudniej o mandat poselski było w wielkich aglomeracjach oraz na ich dynamicznie rosnących przedmieściach. W Warszawie (okręg nr 19) potrzebne było ok. 85,7 tys. głosów na mandat. W stolicy oddano łącznie ponad 1,7 mln ważnych głosów na zaledwie 20 mandatów. W rezultacie warszawski mandat był najdroższy w historii III RP.
W podwarszawskim obwarzanku było niewiele lepiej – ok. 61–63 tys. głosów na mandat. Powiaty okalające Warszawę (m.in. piaseczyński, pruszkowski, wołomiński) zmagają się z potężnym napływem mieszkańców, co przy niezmienionej od lat liczbie 12 posłów wywindowało próg wejścia. W Poznaniu trzeba było zdobyć ok. 59 tys. głosów na mandat, we Wrocławiu ok. 55 tys., w Krakowie i Gdańsku ok. 53–54 tys.
Na przeciwległym biegunie znalazły się regiony zmagające się z wyludnieniem, starzeniem się społeczeństwa oraz niższą frekwencją wyborczą. W Elblągu wystarczyło ok. 37,4 tys. głosów na mandat. W tym okręgu na 8 mandatów padło niespełna 300 tys. głosów. Zdobycie mandatu wymagało tu ponad 2,2 razy mniej głosów wyborców niż w Warszawie. W Opolu wystarczyło ok. 40,5 tys. głosów na mandat, w Wałbrzychu 40,8 tys. W Częstochowie, Koszalinie, Krośnie czy Chełmie trzeba było zebrać jedynie ok. 41–43 tys. głosów na mandat.
Trzy zjawiska, które wywróciły system
Ta dysproporcja wynika ze zbiegu trzech nakładających się zjawisk. Jeden to zamrożone limity mandatów. Liczbę posłów w okręgach ustalono na stałe w 2011 roku. Przez 12 lat z Elbląga czy Opola wyjechały dziesiątki tysięcy ludzi, a pod Warszawę i do dużych miast wprowadziły się setki tysięcy nowych mieszkańców. Sejm nie korygował liczby mandatów, więc wyludnione okręgi zachowały nadreprezentację.
Zjawisko to uderza zresztą nie tylko w ordynację. Opisywaliśmy, jak pętla na szyi gmin zaciska się przez depopulację – wyludnianie rujnuje finanse i usługi publiczne w całych regionach.
Druga sprawa to rozrzut frekwencyjny. W 2023 roku frekwencja w Warszawie wyniosła rekordowe 84,9 proc., a w obwarzanku podwarszawskim przekroczyła 84 proc. Tymczasem w województwie opolskim do urn poszło 66,5 proc. uprawnionych, a w okręgu elbląskim nieco ponad 67 proc. Im wyższa frekwencja przy stałej liczbie mandatów, tym droższy staje się każdy z nich.
Warszawę dobija jeszcze tzw. zagranica. Zgodnie z Kodeksem wyborczym wszystkie głosy Polonii i obywateli głosujących za granicą (w 2023 r. było to ponad 600 tysięcy oddanych głosów) dopisuje się automatycznie do protokołu Okręgu nr 19 w Warszawie, nie zwiększając tam puli mandatów ani o jeden. To właśnie ten czynnik wystrzelił warszawski próg w kosmos.
Państwowa Komisja Wyborcza ostrzegała parlament już czterokrotnie (w 2014, 2021, 2022 i na początku 2026 roku). Dziś w 23 z 41 okręgów wybieramy nieprawidłową liczbę posłów. Narusza to nie tylko sam Kodeks wyborczy, ale wprost uderza w zapisaną w art. 96 Konstytucji zasadę proporcjonalności wyborów.
Zobacz także
Dlaczego Sejm tego nie naprawił? Błąd pierworodny z 2011 roku
Skoro problem jest znany od lat, dlaczego nikt go nie rozwiązał? Źródłem patologii okazał się przepis wprowadzony do Kodeksu w 2011 roku, który zastrzegł, że korekty liczby mandatów musi dokonać Sejm w drodze ustawy.
Włączenie polityków do zatwierdzania danych statystycznych okazało się pomysłem fatalnym. Żadna partia rządząca nie kwapiła się do odbierania mandatów okręgom, z których startowali jej czołowi posłowie. Parlamentarzyści z wyludniających się regionów za każdym razem blokowali zmiany w obawie o własne stołki.
W uchwalonej niedawno nowelizacji wprowadzono dość racjonalne rozwiązanie: odebrano politykom możliwość decydowania o podziale mandatów i powierzono to zadanie Państwowej Komisji Wyborczej. To PKW, bazując wyłącznie na suchych danych GUS o liczbie ludności, miała w drodze obwieszczenia automatycznie korygować liczbę posłów przed wyborami. Bez przetargów partyjnych, bez kuluarowych układów.
I właśnie ten bezstronny automat zablokował Karol Nawrocki.
Weto pod fałszywym pretekstem
Uzasadnienie, jakim posłużył się prezydent, to podręcznikowy przykład politycznego cynizmu. Nawrocki oburzył się, że przesunięcia mandatów miałyby następować "urzędniczym obwieszczeniem" PKW, po czym w wystąpieniu rzucił hasło o "niedopuszczalności zmieniania reguł gry na zaledwie rok przed wyborami", zarzucając rządzącym nerwowość.
Ta argumentacja nie wytrzymuje zderzenia z faktami. Po pierwsze: rok przed wyborami to idealny moment na zmiany. Utrwalone orzecznictwo Trybunału Konstytucyjnego wyznacza tzw. okres ciszy legislacyjnej na 6 miesięcy przed zarządzeniem wyborów. Zmiana dokonywana na rok przed głosowaniem w 2027 roku szanuje ten standard, dając partiom i komitetom mnóstwo czasu na dostosowanie struktur.
Po drugie: korekta demograficzna nie jest manipulacją granicami okręgów. Nikt nie proponował cięcia mapy pod konkretną partię (tzw. gerrymanderingu). Chodziło wyłącznie o to, by w okręgu, w którym ludzi ubyło, wybrać np. o jednego posła mniej, a tam, gdzie ludzi przybyło – o jednego więcej.
No i po trzecie, PKW jest instytucją konstytucyjną. Przekazanie jej technicznego przeliczania wskaźników to odpolitycznienie procesu, a nie "zamach na demokrację".
Rekord, z którego trudno być dumnym
Skala wetowania sama w sobie stała się tematem debaty publicznej. W felietonie "Karol Nawrocki i 37 na 11 – panie prezydencie, te liczby mówią, że czas się ogarnąć" zwracaliśmy uwagę, że głowa państwa zawetowała w niespełna rok więcej ustaw niż kilku poprzedników przez całe kadencje razem wziętych.
Podobne zarzuty padały też przy innych decyzjach Pałacu. Opisywaliśmy m.in., że Nawrocki stracił ostatnie argumenty za wetowaniem, a cios dostał z samego serca PiS przy okazji ustawy o opodatkowaniu nadzwyczajnych zysków koncernów paliwowych.
Konserwowanie bezprawia w imię partyjnego rachunku
Dlaczego zatem Karol Nawrocki zawetował ustawę? Prawdziwe motywy nie mają nic wspólnego z troską o ład ustrojowy.
Po pierwsze, zmiany demograficzne uderzają w tradycyjne bastiony polskiej prawicy. Regiony wschodnie i mniejsze ośrodki, gdzie PiS regularnie osiąga wysokie poparcie, wyludniają się najszybciej. Z kolei aglomeracje i przedmieścia, tradycyjnie bardziej liberalne i niechętne prawicy, zyskują mieszkańców.
Odebranie kilkunastu mandatów w regionach konserwatywnych i przeniesienie ich do wielkich miast oznaczało realną stratę mandatową dla obozu, z którego wywodzi się prezydent. Zablokowanie tej korekty to jawna obrona niesprawiedliwego bonusu wyborczego.
Po drugie, weto dostarcza wygodnego paliwa politycznego. Odrzucając ustawę pod hasłem "próby majstrowania przy ordynacji przez rząd", Pałac Prezydencki świadomie buduje narrację o rzekomych manipulacjach władzy, mobilizując własny twardy elektorat.
Cena tej partyjnej gry jest jednak olbrzymia. Pozostawienie podziału mandatów w obecnym kształcie oznacza, że wybory parlamentarne w 2027 roku odbędą się w oparciu o ordynację, która w rażący sposób łamie zasadę równej siły każdego głosu. Prezydent, który ma być pierwszym strażnikiem Konstytucji, własnoręcznie przypieczętował to, że głos jednego Polaka nadal będzie wart znacznie więcej niż głos drugiego.






