gniazdko w kuchni
Oto jeden z największych złodziei prądu w domu Fot. Shutterstock

Odłączanie ładowarki od telefonu daje oszczędność rzędu dwóch złotych rocznie, podczas gdy jedno urządzenie w kuchni potrafi w ułamku sekundy pociągnąć z sieci tyle mocy, co kilkadziesiąt pracujących lodówek. Rozprawiamy się z mitami o domowym prądzie. Oto sprzęty, które naprawdę drenują portfel, na innych oszczędzamy tylko we własnej wyobraźni.

REKLAMA

Wielu z nas panikuje na widok włączonego przez cały dzień laptopa czy telewizora, zupełnie ignorując to, co dzieje się w kuchni podczas przygotowywania obiadu. Wszędzie tam, gdzie pojawia się wysoka temperatura, licznik kręci się jak szalony.

Oto jeden z największych złodziei prądu w domu

Wszystko, co posiada spiralę grzejną, kompresor lub cewkę indukcyjną, operuje na zupełnie innych rzędach wielkości. Numerem jeden jest płyta indukcyjna. Choć technologia indukcyjna jest znacznie sprawniejsza od starych płyt żeliwnych czy ceramicznych (ogrzewa bezpośrednio dno naczynia, a nie blat), moc zainstalowana płyty potrafi sięgać 7,2 kW. Godzina przygotowywania wielodaniowego obiadu na dwóch lub trzech polach pochłania od 2 do 3 kWh energii.

Piekarnik elektryczny posiada zazwyczaj grzałki o mocy znamionowej rzędu 2000–2500 W. Oznacza to, że w fazie intensywnego nagrzewania komory (obie grzałki plus termoobieg) urządzenie chwilowo pobiera z sieci tyle samo mocy, co nawet 50 pracujących sprężarek nowoczesnych lodówek.

Chłodziarka podczas pracy pobiera zazwyczaj ok. 50 W energii, gdy kompresor pracuje na niskich lub średnich obrotach podtrzymania temperatury. To oczywiście kalkulacja mocno uśredniona, bo lodówki również pracują w różnych cyklach. Kompresor włącza się na ogół na kilkanaście minut w ciągu każdej godziny, by schłodzić wnętrze. Średnio lodówka pracuje na ogół od 8 do 12 godzin na dobę, wiele zależy od tego, jak często ją otwieramy.

Na szczęście również piekarnik nie działa na pełnej mocy bez przerwy. Po osiągnięciu pożądanej temperatury termostat odcina zasilanie i uruchamia grzałki jedynie impulsowo. Dlatego realny koszt godziny pieczenia ciasta czy pieczeni to zazwyczaj od 0,8 do nieco ponad 1 kWh, a nie pełne 2,5 kWh, jak wynikałoby z prostej mocy na tabliczce znamionowej. Jeśli jednak pieczemy często – np. 3-4 razy w tygodniu – roczne zużycie samego piekarnika bez trudu przekroczy 150–200 kWh. Dla porównania: lodówka działająca 24 godziny na dobę przez 365 dni w roku pobierze od 150 do 300 kWh rocznie.

Czajnik elektryczny to kieszonkowy potwór. Ma moc od 1800 do 2200 W. Jednorazowe zagotowanie pełnego dzbanka (1,5–1,7 litra) pochłania ok. 0,13–0,15 kWh. Jeśli czteroosobowa rodzina nastawia czajnik 6–8 razy dziennie, w ciągu miesiąca samo gotowanie wody zużyje nawet 30–35 kWh. To więcej niż miesięczna praca domowego komputera.

Mit smartfona i laptopa: oszczędzasz na tym... dwa złote rocznie

Wokół urządzeń mobilnych narosło najwięcej mitów. Wielu użytkowników obawia się, że codzienne podłączanie baterii do kontaktu winduje opłaty. Zmierzone fakty przynoszą jednak uspokojenie. Naładowanie smartfona ze standardową baterią (ok. 5000 mAh) pochłania zaledwie 0,015–0,02 kWh. W ujęciu miesięcznym to wydatek rzędu kilkudziesięciu groszy, a w skali całego roku – mniej niż 7–10 zł.

Pozostawiony w ścianie zasilacz bez podpiętego telefonu pobiera tak znikome ilości prądu, że standardowe domowe mierniki w ogóle nie rejestrują przepływu. Koszt takiego zapominalstwa to około 1,50–2 zł w skali... dwunastu miesięcy. Dokładne wyliczenia pokazywaliśmy w tekście o tym, ile prądu zużywa ładowarka podpięta do gniazdka i ile to kosztuje w skali roku.

Cały, 8-godzinny dzień roboczy przy komputerze przenośnym zużywa średnio ok. 0,3 kWh. Miesiąc pracy na home office (20 dni roboczych) przekłada się na zużycie zaledwie 6 kWh. Nawet 55-calowy nowoczesny telewizor, grający przez 5–7 godzin bez przerwy, zużywa w granicach 0,7–0,8 kWh.

Podobnie wygląda odwieczny spór o tryb uśpienia. Rozstrzygaliśmy go w materiale: jedni wyłączają, drudzy usypiają laptopa – co jest lepsze dla sprzętu i naszego portfela. Prawdziwe uderzenie czeka nas za to po wejściu do kuchni.

Jak realnie urwać kilowatogodziny? 5 nawyków, które działają

Zamiast biegać po domu i wyłączać router na noc, skup się na miejscach, gdzie dochodzi do wymiany termicznej.

  • Gotuj tyle wody, ile wypijesz. Gotowanie całego czajnika, by zalać jedną filiżankę kawy, to wyrzucanie prądu w błoto. Nalewaj dokładnie tyle, ile potrzebujesz – skrócisz czas pracy grzałki.
  • Ujarzmij piekarnik (termoobieg i planowanie). Termoobieg równomiernie rozprowadza gorące powietrze, co pozwala obniżyć zadaną temperaturę pieczenia o 15–20°C bez straty jakości potrawy. Jeśli planujesz piec ciasto i obiad – rób to jedno po drugim, wykorzystując w pełni rozgrzaną już komorę.
  • Nie otwieraj drzwiczek piekarnika bez potrzeby. Każde uchylenie szyby w trakcie pieczenia oznacza natychmiastowy spadek temperatury wewnątrz o 20–30°C. Termostat natychmiast załącza grzałki na maksymalną moc, by wyrównać stratę.
  • Pierz w 40°C zamiast w 60°C. Niemal 80 proc. energii pobieranej przez pralkę idzie na podgrzanie wody przez grzałkę, a nie na kręcenie bębnem. Nowoczesne detergenty radzą sobie z zabrudzeniami w niższych temperaturach. Zmniejszenie temperatury prania z 60°C do 40°C redukuje zużycie prądu na jeden cykl niemal o połowę.
  • Używaj pokrywek na indukcji i na gazie. Gotowanie pod przykryciem skraca czas dojścia do wrzenia nawet trzykrotnie i pozwala utrzymać temperaturę na najniższych stopniach mocy płyty.
  • Prawdziwa kontrola nad rachunkami zaczyna się od zrozumienia, gdzie w instalacji uciekają najgrubsze ampery. Odłączenie telefonu od ładowarki to drobny gest estetyczny – to garnek z pokrywką i mądre korzystanie z piekarnika decydują o tym, ile zostanie w kieszeni pod koniec roku.

    A jeśli szukacie oszczędności także po stronie ogrzewania, sprawdźcie, czy ma sens gadżet, o którym pisaliśmy: Action sprzedaje wentylatory... na zimę za 89 zł, mają obniżyć rachunki za ciepło.