
Donald Trump twierdzi, że wybory w USA kradną nieobywatele i obiecuje milion dolarów każdemu, czyja informacja doprowadzi do aresztowania i skazania wyborczych oszustów. Na finiszu kampanii do Kongresu obóz prezydenta buduje grunt pod ewentualne podważenie wyników głosowania.
Świat według Donalda Trumpa od lat opiera się na prostej zasadzie: jeśli wygrywa, wybory były krystalicznie uczciwe, jeśli przegrywa – musiały zostać sfałszowane. Przed kluczowymi wyborami połówkowymi prezydent USA postanowił pójść o krok dalej. Ponieważ dowodów na masowe oszustwa wciąż brakuje, ogłosił milion dolarów nagrody dla każdego, kto pomoże wsadzić rzekomych fałszerzy za kraty. Krytycy nie mają wątpliwości: to desperacka próba podważenia demokracji i zastraszenia wyborców przed pójściem do urn.
Wyborcza krucjata czy histeria?
Przez lata snucia narracji o wyborczych oszustwach sądy, komisje wyborcze i śledczy z obu stron politycznej barykady wciąż nie byli w stanie dostarczyć prezydentowi upragnionych dowodów na istnienie systemowej machiny fałszerskiej.
Przed nadchodzącymi wyborami środka kadencji (tzw. midterms), w których Republikanie walczą o przetrwanie i kontrolę nad Kongresem, Donald Trump postanowił zagrać va banque. W poniedziałek na platformie Truth Social wyznaczył oficjalną, prywatno-publiczną nagrodę za donosicielstwo wyborcze. Stawka? Okrągły milion dolarów.
Komunikat opublikowany przez lokatora Białego Domu brzmi jak klasyczny list gończy z Dzikiego Zachodu, w którym zamiast rewolwerowca poszukuje się dowodów na poparcie własnych politycznych obsesji:
"Każdy, kto zgłosi fałszerstwo wyborcze w minionych wyborach lub w nadchodzących wyborach środka kadencji 2026 roku, otrzyma 1 000 000 dolarów po aresztowaniu i skazaniu tych, którzy dopuścili się fałszerstwa!" – ogłosił triumfalnie Trump.
Nie wiadomo, czy milionowa gratyfikacja ma pochodzić z prywatnych kieszeni miliardera, z funduszy kampanijnych partii, czy może prezydent planuje obciążyć nią federalny budżet.
Ten ruch nie dzieje się w próżni. Jak pisaliśmy w tekście sondaże pokazują, co się stanie podczas wyborów, prawica przeklnie Trumpa, Demokraci od miesięcy utrzymują wyraźną przewagę w badaniach dotyczących Kongresu. Najnowsze dane są dla prezydenta jeszcze gorsze. W materiale nowe sondaże nie pozostawiają wątpliwości opisaliśmy badanie Siena dla "NYT", w którym Demokraci prowadzą już 11 punktami procentowymi.
Zobacz także
Agenci z bronią u drzwi i medialny cyrk w Kalifornii
Obietnica miliona dolarów to zaledwie wierzchołek góry lodowej. Jak ujawniła stacja CBS, w kilku stanach uzbrojeni agenci federalni ruszyli od drzwi do drzwi, pukając do domów mieszkańców i wypytując ich o status imigracyjny oraz o to, czy brali udział w poprzednich głosowaniach.
W Teksasie prokurator federalny Aaron Reitz – ten sam prawnik, który po wyborach w 2020 roku pomagał forsować teorie o odebraniu zwycięstwa Joemu Bidenowi – opublikował w mediach społecznościowych bezpardonowe ostrzeżenie: "Jeśli złamiesz federalne prawo wyborcze, wytropię cię i postawię przed sądem. Amerykańskie wybory są wyłącznie dla Amerykanów".
Prawdziwy spektakl rozegrał się jednak w tradycyjnie demokratycznej Kalifornii. Władze federalne zorganizowały pokazowe zatrzymania 28 mieszkańców oskarżonych o nielegalną rejestrację do głosowania. Co istotne – część badanych spraw sięgała... 2002 roku.
Na akcję zaproszono kamery prawicowych stacji telewizyjnych, a podczas konferencji prasowej z dumą prezentowano policyjne zdjęcia zatrzymanych (tzw. mugshots). Asystent prokuratora Bill Essayli oświadczył przed mikrofonami, że te pojedyncze przypadki "udowadniają to, co powtarzaliśmy od lat: Kalifornia wysyła karty do głosowania nieobywatelom".
Brutalne zderzenie z faktami: 0,000008 procenta
Administracja Trumpa początkowo twierdziła, że na listach wyborczych w samej Kalifornii znajduje się 190 tysięcy nieuprawnionych cudzoziemców. Po weryfikacji urzędnicy musieli zredukować tę liczbę do 20 tysięcy, a w rzeczywistości prokuratura zdołała postawić zarzuty zaledwie 28 osobom w sprawach rozciągniętych na przestrzeni ćwierćwiecza.
Jeszcze bardziej druzgocące dla Trumpa są dane opublikowane przez The New York Times. Dziennikarze przeanalizowali bazę danych... The Heritage Foundation – ultradoktrynalnego, prawicowego think tanku, który od lat stanowi intelektualne zaplecze trumpizmu.
Okazało się, że w latach 1982–2025 w całych Stanach Zjednoczonych odnotowano łącznie zaledwie 100 udokumentowanych przypadków oddania głosu przez osoby niebędące obywatelami USA. W tym samym czasie Amerykanie oddali w wyborach prezydenckich ponad 1,3 miliarda głosów. Nieprawidłowości stanowią więc 0,000008 proc. całego wolumenu wyborczego.
Amerykańskie zasady głosowania bywają dla europejskiego odbiorcy niejasne, a to właśnie w tych niejasnościach rodzą się teorie spiskowe. Wszystko tłumaczyliśmy w poradniku głosy elektorskie, swing states – gubisz się w zasadach wyborów w USA?. Warto też przypomnieć, jak wyglądała noc, gdy Trump został prezydentem USA i ile miał głosów elektorskich – wtedy o fałszerstwach nie było mowy.
"Strach jest celem samym w sobie"
W odpowiedzi na działania administracji obrońcy praw obywatelskich uruchomili akcję "Vote Safe". W kluczowych stanach przed lokalami wyborczymi pojawią się wolontariusze – duchowni różnych wyznań, weterani wojenni i nauczyciele – którzy będą monitorować sytuację, deeskalować ewentualne prowokacje prawicowych bojówek i upewniać się, że nikt nie jest bezprawnie zastraszany w drodze do urny.
"Strach jest tutaj celem samym w sobie. Jeśli pozostawimy to bez odpowiedzi, strach wykona całą brudną robotę i zatrzyma ludzi w domach, bez konieczności wysyłania ani jednego agenta pod lokal wyborczy" – alarmuje Mary Corcoran, dyrektor wykonawcza Save America Movement.






