
Wspólna lista partii tworzących obecną koalicję rządzącą nie daje gwarancji utrzymania władzy, ale bez niej porażka w ogólnym rozrachunku wydaje się niemal pewna. Tak wynika z najnowszego sondażu badającego dwa alternatywne scenariusze wyborcze. Jak na jego wyniki patrzą w PSL i Nowej Lewicy? – Nie ma zgody w PSL na start na wspólnej liście – mówi naTemat.pl Marek Sawicki. Tomasz Trela dodaje, że Nowa Lewica też chce iść samodzielnie do wyborów, ale partia zostawia jeszcze jedną furtkę.
– Proszę następne pytanie – odpowiada w pierwszej chwili Marek Sawicki, kiedy pytamy, jak PSL patrzy na wspólną listę z KO. – To jest najważniejszy temat w Polsce. Rząd już rozwiązał problemy służby zdrowia, rozwiązał problemy kwoty wolnej od podatku, rozwiązał problemy związane z rynkami rolnymi. Wszystko już jest rozwiązane i teraz najważniejsze, co zostało tej koalicji, to ustalenie wspólnej listy i to, czy Tusk już wziął PSL na listy, czy jeszcze PSL się waha – dodaje z ironią polityk PSL.
Prawie całe PSL przeciwko jednej liście na wybory, Nowa Lewica też chce iść samodzielnie
Po chwili z ust doświadczonego ludowca pada jednak kluczowe zdanie.
– Nie ma zgody w Polskim Stronnictwie Ludowym, w mojej ocenie w 90 procentach, na start w wyborach na wspólnej liście z Koalicją Obywatelską. W moim rejonie 95 proc. działaczy jest przeciwnych jakiejkolwiek wspólnej liście z KO. Ja też nigdy nie byłem za wspólną listą. I w 2023 roku miałem rację, i w 2027 też będę miał rację – stwierdza stanowczo Sawicki.
A co by było, gdyby jednak PSL znalazło się na wspólnej liście z KO?
– Jeśli my wejdziemy na listę Koalicji Obywatelskiej, to im z tego tytułu procentów nie ubędzie, a 70 proc. naszych wyborców zagłosuje na Konfederację i PiS. Tego chce, że tak powiem, strona demokratyczna? – zastanawia się były minister rolnictwa.
Lewica ma podobny plan, ale tu narracja jest zgoła inna. – Mamy podjętą decyzję przez Radę Krajową, że tworzymy własny komitet wyborczy. I na ten moment to jest decyzja obowiązująca – mówi naTemat.pl Tomasz Trela, poseł Nowej Lewicy.
Od razu jednak zaznacza: – Natomiast na pewno nie jesteśmy zamknięci, nie jesteśmy usztywnieni w tej sprawie. Jeżeli okoliczności w przyszłym roku się zmienią, a na przykład zmiana okoliczności to jeden blok prawicowy, wówczas będziemy rewidować decyzję. W tym momencie podejmujemy jednak wszelkie działania, żeby startować samodzielnie.
Koalicja bez koalicjantów? To bardzo możliwe w 2027 roku
Kolejne turbulencje – w tym odejście Katarzyny Pełczyńskiej-Nałęcz z rządu i oddanie przez nią sterów Polski 2050 Szymonowi Hołowni po wcześniejszym rozłamie i powstaniu koła Centrum – na nowo otwierają dyskusję o formule wyborczej Koalicji 15 października.
Polskie Stronnictwo Ludowe i PL2050 lądują poniżej progu wyborczego, w efekcie czego Donald Tusk po wyborach w 2027 roku może nie mieć z kim tworzyć nowego rządu. Zostaje mu tylko jeden partner – Nowa Lewica, ale to za mało, by KO mogła marzyć o utrzymaniu władzy na kolejne cztery lata.
W tych realiach powraca koncepcja jednego, wspólnego bloku. Symulacja mandatowa (oparta na kalkulatorze prof. Jarosława Flisa) po nowym sondażu United Surveys by IBRiS dla Wirtualnej Polski wyraźnie pokazuje dwa odmienne scenariusze. Oba nie dają obecnemu obozowi władzy zwycięstwa, ale zjednoczenie wydaje się jedyną deską ratunkową.
Scenariusz 1: osobno. Prawica deklasuje rządzących
Gdyby obecna koalicja poszła do wyborów podzielona, Koalicja Obywatelska uzyskałaby wprawdzie najwyższy wynik (29,7 proc.), jednak jej koalicjanci ponieśliby klęskę. PSL z wynikiem 4,4 proc. oraz Polska 2050 z poparciem rzędu 0,4 proc. znalazłyby się poza parlamentem, co oznaczałoby zmarnowanie blisko 5 proc. głosów.
W takim układzie rozkład sił w Sejmie prezentowałby się następująco:
KO z Lewicą zebrałyby 217 mandatów, czyli o 14 za mało, by myśleć o większości w Sejmie. Z kolei szeroko rozumiany blok prawicowy (PiS, Konfederacja, formacja Brauna i ugrupowanie Morawieckiego) dysponowałby bezpieczną większością 243 mandatów, deklasując obecnie rządzących różnicą 26 miejsc w parlamencie.
Scenariusz 2: razem. Walka o pojedyncze głosy
Sytuacja zmienia się diametralnie, gdyby partie rządzące zdecydowały się na start pod jednym szyldem – Koalicji 15 października. W tym wariancie wspólna lista zdobywa 39,4 proc. głosów.
Kolejne miejsca w tym scenariuszu zajmują:
Odsetek niezdecydowanych wynosi w tym układzie 6,8 proc.
Przeliczenie tych wyników na mandaty drastycznie spłaszcza dystans między obozami. Zjednoczona Koalicja 15 października zdobywa 228 mandatów (+11 w porównaniu z osobnym startem), PiS – 103 mandaty, Konfederacja – 67, Konfederacja Korony Polskiej – 48, a Rozwój Plus – 14 mandatów.
Wspólna lista odbiera prawicy 11 mandatów, spychając ją do 232 posłów, czyli zaledwie o jeden mandat ponad bezwzględną większość (231). Przy marginesie błędu (wynoszącym ok. 3–5 mandatów) wynik rozstrzygałby się dosłownie o pojedyncze głosy.
Dodajmy, że startując osobno cztery partie obecnej koalicji uzyskują w sondażu łącznie 41,8 proc., a na jednej liście 39,4 proc., co oznacza utratę 2,4 pkt proc. Dlaczego więc koalicja zyskuje 11 mandatów? Głosy oddane na PSL i Polskę 2050 nie wylądowałyby w koszu, lecz pracowałyby na wspólny wynik.
Do głosu dochodzi też metoda D'Hondta. Jeden potężny komitet zgarnia lwią część premii w okręgach wyborczych. Choć prawica sumarycznie notuje wyższe poparcie procentowe (wzrost z 46,6 proc. do 49,7 proc.), płaci przez zjednoczonego rywala.
Zobacz także
Sawicki: Tusk chce wchłonąć PSL
Marek Sawicki zaznacza, że "PSL jest tą centrową kotwicą konserwatywną" i nie wyobraża sobie, by ugrupowanie znalazło się "na liście lewicowo-liberalnej". – Poza tym, jaki ma w tym interes Koalicja Obywatelska? Musi się dzielić miejscami z PSL-em, uzysku procentowego wielkiego nie ma, a niezadowolenie wśród swoich kandydatów do parlamentu byłoby ogromne. Nikt nie ma z tego korzyści – mówi nam polityk.
I dodaje: – Poza tym od 25 lat PSL jest niedoszacowane średnio o co najmniej 3 proc., a Lewica jest przeszacowana. Więc jak w sondażach widzę 5 proc. dla PSL-u, to jestem spokojny o 8 proc. Natomiast jak Lewica ma 7 proc., to znaczy, że jest pod progiem.
– W PSL-u nie ma tęsknoty za wspólną listą, a jeszcze jednej rzeczy nie bierze się pod uwagę: o co chodzi Tuskowi? Tuskowi wcale nie chodzi o to, żeby kontynuować rządzenie po wygranych wyborach, nie to jest najważniejsze. Najważniejsze jest, żeby, tak jak Kaczyński, być pierwszym, czyli jego lista ma wygrać wybory. A co będzie potem, to nie jest ważne. A jeśli po drodze – tak jak było z Nowoczesną – da się zjeść konkurencję ze środka PSL-u i zrobić z PSL-u Nowoczesną, to jest to większy dla niego zysk niż ewentualna kontynuacja władzy – słyszymy od polityka PSL.
Marek Sawicki
poseł PSL
Trela: lewicowy wyborca nie chce głosować na PSL
Lewica w scenariuszu z osobnymi listami może liczyć na około 30 szabel w Sejmie i zachowuje wyrazisty klub parlamentarny. Czy więc chodzi tu o to, że na jednej liście z KO i konserwatywnym PSL partia ryzykuje, że zostałaby zmarginalizowana w ramach jednego klubu?
– Po pierwsze, absolutnie nigdy nie byłoby takiej możliwości, że startując nawet taktycznie z jednej listy, po wyborach byłby jeden klub parlamentarny. Na sto procent tak by nie było. Przerabialiśmy już podobne historie w samorządach i nawet jeżeli były wspólne listy, to później i tak były wyodrębnione kluby radnych Nowej Lewicy, i tak byłoby w przypadku wyborów parlamentarnych. Tak więc tu nawet nie chodzi o marginalizację, tylko po prostu o to, co jest bardziej korzystne – stwierdza poseł Trela.
I precyzuje: – Z naszych badań wynika też, że w przypadku jednej dużej wspólnej listy partii demokratycznych niektórzy wyborcy się usztywniają i na przykład wyborca lewicowy nie chce głosować na listę, na której jest przedstawiciel konserwatywnego PSL-u.
Tomasz Trela
poseł Nowej Lewicy
Gdzie uciekają wyborcy?
Sondaż IBRiS wskazał też, gdzie przy wariancie wspólnej listy uciekają wyborcy poszczególnych ugrupowań. Zwolennicy KO popierają wspólną listę w stu procentach. Wśród wyborców Nowej Lewicy lojalność wynosi 91 proc. (pozostałe 9 proc. odpływa do Partii Razem).
Najbardziej sceptyczni są wyborcy PSL – tylko 55 proc. z nich popiera wspólny blok z KO i Lewicą. Z kolei aż 45 proc. odpływa na prawo: 21 proc. wybiera formację Morawieckiego, 19 proc. Konfederację, a 5 proc. PiS. To właśnie ta grupa odpowiada za ubytek blisko 2 pkt proc.
Wspólna lista nie przyciąga też niezdecydowanych. Jak podaje WP, "spośród osób, które w wariancie z osobnymi listami nie wiedziały, na kogo głosować, 77 proc. nadal nie potrafi wskazać ugrupowania". Zaledwie 5 proc. z nich skłania się ku zjednoczonej koalicji, ale jednocześnie to mniej niż na Konfederację (6 proc.) czy Partię Razem (7 proc.).
Jednocześnie po prawej stronie dochodzi do częściowej konsolidacji wokół Jarosława Kaczyńskiego. Blisko jedna czwarta (23 proc.) wyborców nowego ugrupowania Morawieckiego w wariancie jednej listy koalicji przenosi swoje poparcie bezpośrednio na PiS.
Matematyka kontra ambicje
Z innego niedawnego sondażu, przeprowadzonego przez Ogólnopolską Grupę Badawczą na zlecenie Stan360, wynika natomiast, że wspólna lista KO, Lewicy, PSL i Polski 2050 dostałaby 231 mandatów, czyli minimalną większość w Sejmie.
Wniosek z obu tych badań jest ten sam: wspólny start się opłaca, chociaż nie daje obecnej koalicji pewności utrzymania władzy. Liczby mówią jedno, politycy drugie. Sondaże pokazują, że osobny start to dla obecnej koalicji niemal pewna przegrana. Tyle że w PSL do wspólnej listy nikt się nie pali, a Nowa Lewica wolałaby iść po swoje.
Ludowcy wierzą, że sondaże znów ich nie doszacowują. Liczby z IBRiS pokazują jednak, że prawie co drugi ich wyborca przy wspólnej liście ucieka na prawo. Sawicki zapowiada, że Tusk "nie będzie miał z kim" rządzić. Może się okazać, że jesienią 2027 roku żadna z tych partii nie będzie miała z kim rządzić.






